Czy mama nas widzi?

 

 

Pewnego popołudnia w trzy tygodnie później wydawało mi się, że Chrissie jest ze mną w kuchni. Opłukując naczynia w zlewie odwróciłem się i zacząłem mówić:
- Wiesz, nie mogę się nadziwić, jak...

Z nagłym ukłuciem bólu zdałem sobie sprawę, że jestem sam. Obecność Chrissie była dla mnie czymś tak oczywistym, że automatycznie włączałem ją we wszystko, co robiłem i o czym myślałem. Wciąż nie mogłem uwierzyć, że jej tu nie ma.

Następnego dnia, czyli 18 czerwca 1980 roku, przypadała dziesiąta rocznica naszego ślubu. Mieliśmy wybrać się wieczorem do restauracji - dla odmiany tylko we dwoje - a potem pojechać na spacer. Dziesięć lat. Teraz niemal co noc śniła mi się Chrissie.

Urodziliśmy się oboje i wychowali w Nowym Jorku, ale ani ona, ani ja nie byliśmy stworzeni do tamtejszego życia. W metrze, którym jeździliśmy przez tyle lat, na każdym kroku spotykało się różnego typu obłąkańców, rozwrzeszczanych wyrostków, nędzarzy. Dwa razy włamywano się do naszego mieszkania, kilkakrotnie byliśmy przesłuchiwani w związku z morderstwami popełnionymi w naszej okolicy, na Brooklynie.

Jako nauczyciel miejskiej szkoły musiałem stale odbierać uczniom noże i inne niebezpieczne przedmioty, a raz zdarzyło mi się skonfiskować pięć ostrych naboi.

Przenieśliśmy się do stanu Yermont w poszukiwaniu spokoju - żeby uciec od tłumu i stałego napięcia. Nie należeliśmy jednak do typu znanych skądinąd zwolenników "powrotu do natury", choć bardzo lubiliśmy nasz duży ogród. Co za ironia losu, żeby w takiej oazie ciszy i spokoju jak Yermont, wśród sosen i śpiewu ptaszków - utracić prawie całą rodzinę!

To był niedobry dzień. Wracając z zakupów, tuż przed skrętem w prawo, w odległości paru metrów od skraju drogi, znów ujrzałem miejsce, na które wyrzucone zostało auto Chrissie. Zapragnąłem wysiąść z samochodu, położyć się na zmaltretowanej trawie, przejrzeć odłamki szkła, dotykać ich i zabrać je do domu.

Chciałem odgadnąć - choć zarazem nie chciałem tego wiedzieć - co działo się w tym miejscu w ostatnich chwilach ich życia. Wysiadłem z wozu i skrajem rozpalonej od słońca szosy wolno ruszyłem przed siebie. Miejsce znajdowało się niecałe 30 metrów dalej, za zakrętem. Przejechał samochód. Czułem fale gorąca, pulsowało mi w głowie.

Co mówili? Co robili zbliżając się do tego miejsca? Co malowało się na ich twarzach w chwili, gdy znienacka zwaliła się na nich tamta ciężarówka? Na pewno śmiali się. Chrissie trzymała obie ręce na kierownicy.

Kręciło mi się w głowie. Nie mogłem dalej iść. Może następnym razem. Trzeba wracać do domu, do dziewczynek.

Kiedy następnego ranka Aimee zeszła na parter, zabierałem się do sprzątania. Odkurzacz dziwnie warczał i nie chciał zbierać kurzu. Ach prawda, tkwi w nim nadal główka Barbie. Jest na to tylko jeden sposób. Przełożyłem wąż na tył odkurzacza. Tak jest... Puuuuffff! - główka Barbie wystrzeliła jak z procy, uderzając w ścianę nad fortepianem.

Aimee zostawiła swoją owsiankę, żeby biec lalce na ratunek.
- Tato! Co ty wyprawiasz z moją Barbie?

Nie mogłem się zdobyć, żeby zostawić swoje dzieci z opiekunką tylko po to, by gdzie indziej zajmować się cudzymi dziećmi. Podjąłem decyzję - zrezygnuję z posady kierownika szkoły. Moje książki przynosiły skromny dochód i razem z tym, co miałem odłożone w banku, zdołamy się przez jakiś czas utrzymać.

Katie zrobiła się dziwnie cicha. Jej ból wyrażał się w tym, jak do mnie lgnęła. Zawsze sadowiła się tuż obok mnie jakby bała się zostać sama. Któregoś dnia zastałem ją wpatrującą się w wielkie lustro na drzwiach łazienki.
- Mama umarła, mama umarła - powtarzała sama do siebie.

Z Aimee było inaczej. Proste rzeczy, takie jak nieustające kumkanie żab wokół stawu po drugiej stronie ulicy, potrafiły wytrącić ją z równowagi. I zadawała mnóstwo pytań, zwłaszcza, kiedy układałem ją do snu:
- Czy mama uważnie prowadziła samochód? Dlaczego musiała umrzeć?

Aimee niewiele płakała, ale miała bardzo smutny głos. Aż pewnego wieczoru, tuż przed spaniem, coś w niej pękło i po raz pierwszy rozpłakała się jak jeszcze nigdy w życiu.
- Tato - łkała - ja tak strasznie tęsknię za mamusią... tak bym chciała, żeby do nas wróciła.

Mogłem ją jedynie przytulić i pozwolić się jej wypłakać. Zastanawiała się, czy Chrissie gdzieś się nie ukrywa, a kilka razy spytała:
- Czy mama nas widzi? Pewnego razu powiedziała:
- Jeżeli Pan Bóg kocha mamę, to dlaczego pozwolił jej umrzeć? Przecież kiedy się kogoś kocha, to chce się go uchronić od wszystkich złych rzeczy.
- Masz rację, Aimee - odparłem - mama umarła, nie dlatego że chciał tego Pan Bóg. Ludzie dobrzy czasami umierają młodo, a czasami dopiero, kiedy są starzy. Myślę, że Pan Bóg wcale nie chce byśmy umierali. Po prostu śmierć stanowi nieodłączną część życia i tak już jest.

Aimee popatrzyła na zawieszoną pod sufitem doniczkę z paprotką i pokazując ją palcem spytała:
- Czy te rośliny żyją? Odparłem, że tak.
- Czy one będą żyć zawsze?
- Nie, paprotki też umierają. Wszystko, co żyje, musi kiedyś umrzeć.
- Ale rośliny nie giną w wypadkach - zauważyła.





 



Przegląd Reader's Digest 1996
Tłumaczenie: Ewa Krasińska

  • /pisane-noc/197-y-od-nowa/962-zbieranie-jagod
  • /pisane-noc/197-y-od-nowa/960-pokonywanie-trudow-ycia