Pożar lasu

 

 

We wrześniu 1985 ROKU sucha pora doprowadziła rezerwat do sytuacji krytycznej. W gorącej, spieczonej sawannie i buszu znajdowało się dość łatwopalnego materiału, żeby spowodować potężny pożar.

Pewnego ranka w sobotę Kobus wyszedł do ogrodu i zobaczył pomarańczowoczerwoną łunę na wschodzie. To nie było świtanie słońca. Kobus w ciągu kilku minut zebrał pomocników. Wyposażeni w długie kije z płaskimi kawałkami dziurkowanej gumy na końcach do tłumienia ognia ruszyli na ratunek.

Pożar rozgorzał 40 kilometrów dalej na wschód. Płonął szerokim frontem ze wschodu na zachód i postępował na południe. Ekipa natychmiast zajechała przed ławę płomieni i utworzyła zaporę z niskich płomieni - niski ogień trawi ściółkę i zwykle wchłania impet pożogi. Ale było już za późno.

Nie zdołali powstrzymać naporu piekła. Do końca dnia wiatr rozwiewał płomienie, których nie mogły powstrzymać żadne sztuczki ani pasy przeciwpożarowe. Kobus z drużyną po raz pierwszy w życiu nie potrafił opanować ognia.

Wczesnym popołudniem wiatr zmienił kierunek i zaczął dmuchać na wschód. Pożoga ruszyła w stronę naszego domu. O zmroku widziałam daleką łunę nasilającego się ognia tworzącą pomarańczowoczerwoną koronę, która obejmowała prawie cały wschodni horyzont. Ptaki w naszym ogrodzie umilkły. Nawet cykanie świerszcza nie zakłócało złowróżbnej ciszy.

Dzieci mojej siostry spędzały u nas ferie. Na szczęście cała gromadka, nieświadoma zbliżającego się zagrożenia, zajęta była w domu grą w karty i słuchaniem muzyki.

Około 9.00 kolorowe fontanny trysnęły pod niebo, a na ogród spadł deszcz popiołu. Hettie i jej kuzyn Hennie - najstarszy syn mojej siostry -przejęli się pierwsi. Kiedy wyszli do mnie na dwór i zobaczyli wysoką łunę nadciągającego ognia, wpadli w panikę. Wyjaśniłam im spokojnie, że jeśli ogień zanadto się zbliży, wsiądziemy do łodzi i wypłyniemy na środek rzeki. Tam będziemy bezpieczni. Pokrzepieni na duchu, wrócili do pozostałych.

Postanowiłam, że rozpoczniemy ewakuację, gdy tylko pożar dotrze do przeciwnego brzegu potoku Shibyeni. Teraz był jakieś 3 kilometry od nas.

Łoskot zbliżającego się pożaru jest równie przerażający jak jego widok. Najpierw słychać niski, miarowy szum, potem hałas narasta, aż przechodzi w gwałtowny, napawający dreszczem ryk. Kiedy odgłosy stały się bardzo niepokojące, wróciłam do domu, żeby zwołać dzieci i kazać im się przygotować do wyjścia.

Sandra - zawsze najbardziej przezorna z moich córek - denerwowała się najbardziej. Martwiła się o nasze psy, konie i kury. Pocieszyłam ją, mówiąc, że psy zabierzemy ze sobą, a konie i kurki uwolnimy na czas, żeby zdążyły uciec.

Patrzyliśmy, jak pomarańczowe płomienie liżą niebo po drugiej stronie Shibyeni. Pożar, o dziwo, wyraźnie się zatrzymał, jak gdyby zbierał siły. Mijały minuty. Na co czekał?

I wtedy zrozumiałam - wiatr zmienił kierunek. Pożar nie przekroczy Shibyeni. Poczułam niewymowną ulgę, że jesteśmy bezpieczni, ale zamartwiałam się o Kobusa i jego ludzi. Już od 16 godzin zmagali się z ogniem.

Utuliłam dzieci na dobranoc, ale sama nie mogłam zasnąć. Ugotowałam tuzin jaj, pokroiłam dwa bochenki chleba, zrobiłam kanapki. Napełniłam dwie manierki mocną, słodzoną kawą na wypadek, gdyby zjawił się Kobus albo któryś z jego ludzi.

Około północy usłyszałam warkot samochodu. Wybiegłam na dwór. Przyjechał Kobus. Z trudem go poznałam. Był usmolony od stóp do głów. Błyskały tylko białka oczu. Powiedział, że muszą koniecznie mieć więcej ludzi, żeby opanować ogień.

Chciał, żebym pojechała do domu strażnika Dirka Swarta pod Phalaborwą.

Obudziłam Hettie, poprosiłam, żeby dopilnowała reszty dzieci. Przykazałam, że gdyby wiatr znów zmienił kierunek i przeniósł ogień przez potok, mają wypłynąć na środek rzeki. Obiecała, że zatroszczy się o siostry i kuzynów. Przed odjazdem sprawdziłam jeszcze raz kierunek wiatru. Dął miarowo na północ. Modliłam się, żeby nie zmienił kierunku.

Ruszyłam gazem do domu Dirka. Zabrało mi to niewiele ponad godzinę. Wyrwany ze snu Dirk przyrzekł, że dołączą do Kobusa tak szybko, jak tylko w ludzkiej mocy. Wskoczyłam do wozu i zawróciłam do Mahlangeni. Jakieś 20 kilometrów od domu nagły poryw wstrząsnął moim dżipem, a przed maską na drodze zawirowały tumany pyłu i liści. Wiatr zmieniał kierunek.

W dali, na horyzoncie, jarzył się kalejdoskop kolorów. Gigantyczny robaczek świętojański ognia jął pełznąć powoli, lecz nieubłaganie na zachód.

Wdepnęłam gaz. Ryzyko gnania na złamanie karku nocą w buszu było niczym w porównaniu z niepokojem o dzieci. Łuna na horyzoncie pełzła nieubłaganie na zachód. Pędziłam przez ciemności, co chwila wciskając hamulec, żeby nie wpaść na antylopę albo inne zwierze.

Około 10 kilometrów od domu zrozumiałam, że nie wygram tego wyścigu - pożar stanowił teraz wielką ścianę ognia ciągnącą się na północnej linii horyzontu ze wschodu na zachód. Nasz dom był akurat w środku.

Dopiero na ostatnim zakręcie drogi prowadzącej do rzeki zobaczyłam, że pożar ominął nasz dom. Łzy ulgi zapiekły mnie w oczach. Dzieci były bezpieczne.

Nad ranem mężczyźni wreszcie zdołali opanować ogień. Kobus przyjechał wraz z innymi tuż przed świtem. Wszyscy byli tak zmordowani, że ledwie trzymali się na nogach.

Dopiero po kilku godzinach odpoczynku wyszli ponownie, żeby ugasić tlące się pniaki i stłumić pozostałe gniazda ognia. Po tak straszliwym pożarze strażnik rezerwatu ma przykry obowiązek odszukania rannych zwierząt. W razie konieczności musi je dobić. Kobus wezwał do pomocy helikopter ze Skukuzy i rozpoczął smutne poszukiwania.

Przez wiele tygodni po pożarze wielkie połacie buszu na północ i wschód od naszego domu stały wypalone i opustoszałe. Pewnego dnia, jadąc do Shingwedzi, dostrzegłam rannego miodożera kuśtykającego na poboczu. Potykając się i obijając o wypalone pniaki i kamienie, brnął przez martwą okolicę. Zrozumiałam, że biedak oślepł od ognia.

Wysiadłam z wozu, odbezpieczyłam pistolet. Ze ściśniętym gardłem wycelowałam starannie i uwolniłam zwierzę od dalszej męki. Cała się trzęsłam. Tak strasznie było mi go żal. Usiadłam przy martwym ciałku i pogładziłam nadpalone futerko.
- Kocham miodożery - powiedziałam cicho. - Kiedyś jednego wychowałam.

Siedziałam tam długo, patrząc na zdewastowaną okolicę. Płakałam.





 



Przegląd Reader's Digest 1998
Tłumaczenie: Anna KOŁYSZKO

  • /pisane-noc/196-krugerowie-z-afrykaskiego-buszu/953-dzieci-z-guszy
  • /pisane-noc/196-krugerowie-z-afrykaskiego-buszu/951-mozart-w-mahlangeni