Fatalny błąd

 

 

08 rano na długie korytarze szpitala wpada szalony wir krzątaniny i kolorów. Sylwetki w białych, różowych i zielonych uniformach pędzą przed siebie albo pchają wózki, na których piętrzą się tace z jedzeniem lub pościel. Towarzyszy temu kakofonia brzęku metalu, pisku kółek, dzwonków telefonów i głośnych poleceń.

Pewnego ranka stałam w dyżurce pielęgniarek i słuchałam potoku słów siostry przełożonej. Co jakiś czas kiwałam głową. Miałam nadzieję, że sprawiam wrażenie osoby skupionej, chociaż moją uwagę bardziej przykuwały migające guziczki telefonu.

Wtedy usłyszałam brzęczyk swojego pagera. Sięgnęłam do kieszeni. O Boże, to już kolejne przywołanie. Ile razy dzwonił przedtem, dwa czy trzy?

Już odchodziłam, kiedy siostra przełożona zaskoczyła mnie pytaniem o lekarstwo dla pacjentki. W tym momencie wpadł stażysta i też o coś pytał.

Spojrzałam na niego. Jak on się nazywa? Usiłowałam dyskretnie przeczytać to na jego plakietce.

Student medycyny poprosił mnie na salę.
- Czyja to sala? - zapytałam.

Podał mi nazwisko pacjentki. O nią właśnie pytała mnie przed chwilą siostra przełożona.
- Na co choruje i gdzie jest jej karta? - spytałam.

Student pokazał mi, że trzymam kartę w ręce.

Spojrzałam na nią. Nic nie rozumiałam. To był koszmar - za dużo informacji naraz. Obezwładniał mnie ustawiczny hałas, natłok osób, irytowało przerywanie, naglące pytania i niezrozumiałe zapisy w historii choroby.

Prawda wyszła na jaw po dwóch tygodniach. Mój stażysta rozmawiał przez telefon. Odwrócił się do mnie, żeby powiedzieć, że pacjentka przeżyła operację. Spytałam, co to za pacjentka.

Odpowiedział, że to starsza pani, która musiała mieć amputację nogi. Nie sprawdziłam przed zabiegiem jej zdjęcia z prześwietlenia. Na szczęście on sprawdził i wszystko się dobrze skończyło.
- No to świetnie. Przepraszam na chwilę - powiedziałam i podeszłam do biurka w dyżurce pielęgniarek.

Usiadłam. Serce mi waliło, dłonie miałam mokre od potu.

Tego rana stażysta pod moim okiem miał wprowadzić pacjentce cewnik do żyły podobojczykowej. Potem trzeba było zrobić i sprawdzić zdjęcie rentgenowskie, żeby się upewnić, czy płuco nie zostało uszkodzone.

Najwyraźniej nie było, stan pacjentki był dobry. Ale nie dzięki mnie. Nawet nie spojrzałam na kliszę. To było niewybaczalne przeoczenie.

Trudno mi było pojąć, jak mogłam narazić życie pacjentki. Ale naraziłam. Czyżby z powodu tego urazu głowy? Musiałam to wiedzieć.

Sięgnęłam po książkę telefoniczną, ale nie umiałam znaleźć szpitala Henry Forda. Nie wiedziałam jak się to pisze! Poprosiłam telefonistkę o połączenie.
- Neurologia - wesoły głos odezwał się po dwóch dzwonkach.
- Mówi doktor Osborn. Chciałabym mówić z doktor Shatz. To bardzo pilne.

Zgłosiła się Rhonna Shatz, a ja natychmiast przyparłam ją do muru.
- Proszę o szybką konsultację.
- Dla kogo?
- Dla siebie - opowiedziałam jej w skrócie, co się zdarzyło i umówiłyśmy się na jutro.
- Proszę nie wykonywać żadnych lekarskich obowiązków, dopóki pani nie zbadam - poleciła.





 

Przegląd Reader's Digest 1998
Tłumaczenie: Anna Kołyszko


  • /pisane-noc/157-dzie-w-ktorym-straciam-siebie/670-jeden-dzie-ycia
  • /pisane-noc/157-dzie-w-ktorym-straciam-siebie/668-lekarka-zostaje-pacjentk