Jest śliczny

 

 

Brook Gladstone podała mi numer telefoniczny do Jamee Cretal z Agencji Adopcyjnej Kołyska Nadziei. Wyjaśniła, że ta agencja ma kontakty w regionie, w którym mieszka Wowa.

Odkładając słuchawkę, byłem niemal w euforii. Słyszałem, jak trudne są zagraniczne adopcje, ale jak dotychczas szło mi nieźle. To naprawdę takie trudne? Przesada!

Kiedy dodzwoniłem się do Jamee Cretal, wróciła twarda rzeczywistość.
- Nie załatwiamy adopcji w ten sposób. Zwykle najpierw zatwierdzamy rodzinę do adopcji, a dopiero potem szukamy dla niej dziecka - wyjaśniła, gdy opowiedziałem jej, że usłyszałem głos Wowy w radiu.

Zgodziła się jednak wysłać przedstawiciela agencji do sierocińca, by sprawdzić, czy Wowa wciąż tam jest i czy jest przewidziany do adopcji. Obiecała też przysłać przepisy dotyczące zagranicznych adopcji.

Kilka dni później trzymałem w ręku grubą kopertę z Kołyski Nadziei. No proszę, jak łatwo nam idzie - uradowałem się. A potem mina mi zrzedła. To bardzo trudne. I bardzo drogie.

Już wiele razy wypełnialiśmy z Dianą formularze adopcyjne, ale były one jak kaszka z mleczkiem w porównaniu z tym, czego wymagano przy zagranicznej adopcji.

Musimy dostarczyć mnóstwo zaświadczeń z Urzędu Imigracyjnegp oraz wielu innych urzędów, agencji i biur. Wszystkie dokumenty muszą być poświadczone przez notariusza, a następnie podpisane przez sekretarza stanu Ohio.

Potem każdy z nich trzeba przetłumaczyć na rosyjski i wysłać do Kołyski Nadziei. Wtedy dopiero agencja sprawdzi papiery i wyśle je do swojego pracownika w Moskwie. On zaś skieruje je do właściwych ropsyjskich urzędów.

Uważnie przeczytałem każdą kartkę z przesyłki od Jamee Cretal, włożyłem je z powrotem do koperty i położyłem na kuchennym stole. Potem wziąłem głęboki oddech, by uporządkować myśli.

Kilka tygodni temu ogromnym problemem wydawało się odnalezienie Wowy. Teraz zaczynało do mnie docierać, że adoptowanie go wymaga ogromnej pracy. Nie ma sensu teraz się tym martwić. Poczekaj na jego zdjęcie i raport medyczny - przekonywałem sam siebie.

I właśnie ta przesyłka miała odmienić wszystko. Nim nadeszła, działaliśmy z żoną po omacku.

Mniej więcej w tym samym czasie musiałem wyjechać do Nowego Jorku na kurs dla solistów kościelnych chórów. Któregoś dnia właśnie zacząłem śpiewać z męskim chórem, gdy usłyszałem cichy pisk mojego pagera. Natychmiast go wyłączyłem.

Podczas przerwy wyjąłem pager. Spojrzałem na malutki ekranik. To była wiadomość tekstowa od Diany. Jest śliczny. (..) Załatwiamy adopcję.





 

Tłumaczenie: PIOTR ART
Źródło: Reader's Digest Listopad 2000


 

  • /pisane-noc/155-piosenka-wowy/649-cuda-si-zdarzaj
  • /pisane-noc/155-piosenka-wowy/647-pocztki-poszukiwa