Początki poszukiwań

 

 

Po ślubie zadecydowaliśmy, że chcemy jak najszybciej mieć dzieci. Mijały miesiące 1983 roku, a Diana nie zchodziła w ciążę. Nie martwiliśmy się, miała dopiero 23 lata. Mieliśmy mnóstwo czasu.

Jednak minęło 6 lat, a nasze marzenia wciąż były niespełnione. Rozpoczęliśmy leczenie bezpłodności, ale po 4 miesiącach uciążliwej terapii i rozczarowań nadzieja prysła. Zaczęliśmy oddalać się od siebie. Wpadłem w depresję, a na jesieni wyprowadziłem się z domu. Sądziłem, że to koniec naszego małżeństwa.

Po kilku miesiącach zaczęliśmy się spotykać. Staraliśmy się ratować nasz związek. Tuż przed Bożym Narodzeniem umówiliśmy się, by wręczyć sobie prezenty. Najpiękniejszy z nich to decyzja, że zamieszkamy razem.

Wróciłem na studia muzyczne i zdobyłem dyplom. Jesienią 1991 roku znów zaczęliśmy myśleć o powiększeniu rodziny. Zwróciliśmy się do agencji adopcyjnej sponsorowanej przez nasz kościół.

Pewnego dnia wracając z pracy, zatrzymałem się przy domu, w którym właściciele urządzili na podwórku wyprzedaż. Między starymi tosterami i plastikowymi kubkami stała solidna kołyska z ciemnego drewna, wyglądała jak nowa. Kupiłem ją i postawiłem w nieużywanej sypialni. Tak powstał pokój dziecinny.

Na Dzień Matki kupiłem Dianie pięknie udekorowany tort z napisem "Wszystkiego najlepszego w Dniu Matki". Dołączyłem do niego kartkę z życzeniami, by były to ostatnie święta bez dziecka. Roześmiała się i powiedziała, że podobają się jej moje marzenia, ale jak zwykle starała się być realistką.

I słusznie. Dwie kolejne matki, które wybrały nas na rodziców swych niechcianych dzieci, w ostatniej chwili zmieniały zdanie. Po tym drugim razie byliśmy rozczarowani, zrozpaczeni i wściekli. Zlikwidowaliśmy pokój dla dziecka.

Dwa lata później usłyszałem audycję radia NPR o małym Rosjaninie. Kilka tygodni zastanawialiśmy się, czy powinniśmy brać niepełnosprawne dziecko. Modliliśmy się o wskazanie właściwej drogi. Radziliśmy się pracowników opieki społecznej, naszych rodziców i przyjaciół. Wszyscy mówili mniej więcej to samo: Poczekajcie.

- Jeśli już zdecydowaliście się na adopcję, przynajmniej weźcie sobie zdrowe dziecko z tego samego kręgu kulturowego -- dodawali. Mnie jednak cały czas dźwięczał w uszach słodki głosik malca 30 grudnia 1994 roku chwyciłem za słuchawkę. Tylko trochę popytam - powiedziałem sobie. Boba Duncana redakcji zagranicznej NPR w Waszyngtonie pytałem, jak mogę dotrzeć do Wowy. Bob przekazał moje pytanie e-mailem do Brook Gladstone, która 31 grudnia zadzwoniła do mnie z Moskwy. Była równie ostrożna, jak nasi krewni i przyjaciele.

- On jest bardzo kaleki. Nie wiem nawet, czy operacja mogłaby coś zmienić - ostrzegała. Spytałem, czy jest też upośledzony umysłowo.
- Ależ skąd. Jest bystry, inteligentny, otwarty i ciekawy świata - odparła.

Nie musiałem się zastanawiać.
- To wszystko, co chciałem wiedzieć. Brzmi wspaniale.





 

Tłumaczenie: PIOTR ART
Źródło: Reader's Digest Listopad 2000


 

  • /pisane-noc/155-piosenka-wowy/648-jest-liczny
  • /pisane-noc/155-piosenka-wowy/646-pi-sow