Idioci z półświatka

 

Autor tekstu: LESZEK SZYMKOWSKI

W środowisku przestępczym głupota zastraszająco często bywa przyczyną kuriozalnych wpadek, błędów, pomyłek i tragedii. Z reguły na własne życzenie.

 

- Pomnożę Twoje oszczędności trzykrotnie w 10 minut - ogłoszenie tej treści olsztyński przestępca Paweł K. zamieścił w kilku lokalnych gazetach i na popularnym internetowym portalu aukcyjnym. „Usługa" polegała na tym, że każdą kwotę zamieniał na trzykrotnie wyższą, z tym że płacił tylko banknotami stuzłotowymi. Zdziwieni ludzie powiadomili policję, która bardzo szybko odkryła, że banknoty mają podobne numery seryjne. Paweł K. został zatrzymany. Podczas przeszukania w jego domu policjanci odnaleźli całe laboratorium pełne urządzeń do produkcji fałszywych środków płatniczych. Zabezpieczyli również kilka tysięcy stu-, dwustu- i pięćdziesięciozłotowych banknotów. Jak się okazało, przestępca dał ogłoszenie po to, aby „legalizować"  fałszywki. Wszystkim, którzy się zgłosili, płacił podróbkami, i w ten sposób zdobywał prawdziwe pieniądze.

Młodszy aspirant, który kierował akcją przeszukania domu fałszerza, jeszcze tego samego dnia otrzymał od komendanta polecenie, by zabezpieczone banknoty wysłać do Komendy Głównej Policji, do ekspertyzy. Dopiero profesjonalna ocena mogła wykazać, że pieniądze są sfałszowane, i na tej podstawie uzasadnić postawienie przestępcy zarzutu. Młodszy aspirant poszedł na pocztę i fałszywe pieniądze wysłał do Komendy Głównej... przekazem pocztowym. W efekcie dowód rzeczowy przepadł i fałszerza wypuszczono na wolność.

Donos na samego siebie

Latem 2003 roku oficer dyżurny Komendy Stołecznej Policji otrzymał zgłoszenie o mężczyźnie pobitym przez gangsterów z grupy wołomińskiej. Z rozmowy ze zgłaszającym wynikało, że pobity chce złożyć zeznania. Policjantów zaintrygowało to o tyle, że pobity mężczyzna od lat związany był z podwarszawskimi grupami przestępczymi i nigdy nie chciał współpracować z policją, ani składać jakichkolwiek wyjaśnień. Tym razem zmienił jednak zdanie. Coraz bardziej zdumionym policjantom zeznał do protokołu: Sprawców pobicia rozpoznaję. Byli to Józef W. i Henryk S. Pobili mnie za to, że nie oddałem im należnej im części od 100 tysięcy złotych,   które  w ciągu  minionych trzech dni pozyskałem z tytułu wyłudzania haraczów na terenie powiatu wołomińskiego. Policjanci oczywiście zatrzymali sprawców pobicia. Obaj usłyszeli wyroki kilku miesięcy więzienia w zawieszeniu za pobicie. Poszkodowany, który przestępstwo pobicia zgłosił, usłyszał zarzut wyłudzania haraczów (tzw. „wymuszenie rozbójnicze") i trafił za kratki na 8 lat. W więzieniu przebywa do dziś.

W nieco inny sposób organy ścigania o własnym przestępstwie powiadomił młody mieszkaniec województwa podkarpackiego. Pewnej
jesieni napadł na ekspedientkę wiejskiego sklepu, która wracała do domu wraz z całodziennym „utargiem". Zabrał jej wszystkie pieniądze, a ponieważ było zimno, poszedł do pobliskiej restauracji, aby się rozgrzać. Spotkał tam kilku kolegów ze szkoły, którym zaczął stawiać „kolejki". Ci, zdumieni, natychmiast go zapytali, skąd ma tyle pieniędzy. Młody człowiek, już pod wpływem alkoholu, przyznał się, że kilkanaście minut wcześniej napadł na kasjerkę wracającą z „utargiem". Pech przestępcy polegał na tym, że opowiadanie słyszał narzeczony kasjerki, który był instruktorem technik samoobrony. Zaatakował bandytę i ciężko go pobił. Również napadnięta kobieta zapamiętała, dokąd udał się napastnik i natychmiast po jego odejściu powiadomiła policję. Funkcjonariusze natychmiast zjawili się na miejscu. Wycieczka do restauracji zakończyła się dla młodego bandyty w więziennej celi.

Dokument na miejscu zbrodni

Jacek N. - złodziejaszek z podwarszawskiego Wawra - utrzymywał się z włamań do mieszkań, domów i siedzib firm. Aby jednorazowo zdobyć więcej pieniędzy, postanowił obrabować hotel znanej sieci. Wynajął pokój i pod osłoną nocy wyniósł z jego wnętrza telewizor, zestaw kina domowego i kilka innych cennych drobiazgów. Zapomniał jednak o tym, że gdy wynajmował pokój hotelowy, zażądano od niego dowodu osobistego, a Jacek N. niefrasobliwie zostawił... swój dokument. Gdy wrócił do siebie, czekali już na niego umundurowani policjanci. Niefortunna kradzież w hotelu kosztowała Jacka N. wyrok bezwzględnego więzienia.

Dowód osobisty był też przyczyną wpadki 29-letniego Andrzeja J. - włamywacza z warszawskiego Śródmieścia. Pewnej zimy postanowił obrabować sklep ze sprzętem elektronicznym. Chcąc podnieść z ziemi kilka pudełek z małymi komputerami, pochylił się. Wówczas z kieszeni luźnych spodni wypadł mu portfel i dokumenty - wśród nich dowód osobisty. I jeszcze tego samego dnia Andrzej J. został zatrzymany. Policjanci nie musieli go długo szukać, ponieważ złodziej przebywał na stałe w tym samym miejscu, w którym był zameldowany. Co więcej: w jego domu znaleziono „fanty" pochodzące także z innych włamań. Sąd skazał go na 5 lat więzienia. Równie pechowy finał miało włamanie dokonane przez innego warszawskiego złodzieja. Podczas kradzieży zgubił swój telefon komórkowy, co pozwoliło policjantom bardzo szybko go „namierzyć".

Włamanie na sankach

- Jak powszechnie wiadomo, głupota ludzka nie zna granic - mówi Marcin Popowski, niegdyś rzecznik prasowy Stowarzyszenia Detektywów Polskich, dziś specjalista od spraw bezpieczeństwa. - Nie ma się więc co dziwić, że w świecie przestępczym jest tak samo powszechna jak gdzie indziej. Dowodzi tego przykład Józefa Z. - bezrobotnego mieszkańca wsi w pobliżu Białegostoku. Aby szybko się wzbogacić, Józef Z. postanowił obrabować sklep w sąsiedniej wiosce. Wybrał mroźny zimowy dzień, licząc, że aura pomoże mu uniknąć przypadkowych świadków. Istotnie, nad ranem włamał się do sklepu i zabrał towar o łącznej wartości ponad tysiąca złotych. Towar załadował na sanki, które ciągnął do domu. Sanki pozostawiły za sobą wyraźne ślady na śniegu, które kilka godzin później doprowadziły policjantów do Józefa Z. Podczas rozprawy sądowej bezrobotny próbował zdjąć z siebie odpowiedzialność, tłumacząc, że pożyczył komuś sanki, ale nie pamięta komu, bo był pijany. Sąd jednak nie uwierzył w te zapewnienia i skazał Józefa Z. na półroczną odsiadkę.

Jeszcze mniej pracy stróże prawa mieli w 2008 roku w Olsztynie, gdy zostali zaalarmowani o włamaniu do sklepu z alkoholem. Tym razem pościgu w ogóle nie trzeba było wszczynać. Złodzieje - nałogowi alkoholicy - zaraz po włamaniu postanowili spróbować wysokoprocentowych trunków. Próbowali tak długo, że spili się na umór i zasnęli na miejscu przestępstwa. Gdy się obudzili, ręce mieli już skute kajdankami, a wokół nich kręcili się stróże prawa. Sędzia nie dopatrzył się okoliczności łagodzących i skazał obu pijaków na pół roku więzienia i zobowiązał ich do naprawienia szkód.

Nagroda dla Polaka

Przestępcy coraz częściej są laureatami nagrody Darwina. To nagroda przyznawana na Uniwersytecie Stanforda za przypadki największej głupoty - najczęściej te, które kończą się śmiercią. W 2003 roku wśród laureatów znalazł się polski emigrant, próbujący ułożyć sobie życie w Londynie. Gdy przez długi czas nie mógł znaleźć pracy, musiał się zająć zbieraniem złomu. Pewnego dnia, w pijanym widzie, postanowił ukraść... druty wysokiego napięcia. Wspiął się na słup i próbował odczepić druty od słupa. Ta próba okazała się ostatnim przestępstwem jego życia. Mimo przyjazdu karetki i przeprowadzonej reanimacji mężczyzna umarł.

Straszliwe skutki gwałtu

Potwornego pecha miał również Paweł S. - 43-letni mieszkaniec Warszawy wielokrotnie notowany za przestępstwa seksualne. W 2009 roku, pod wpływem alkoholu, próbował zgwałcić swoją sąsiadkę. Przemocą zmusił kobietę do uległości. Jakież było jego zdziwienie, gdy następnego dnia kobieta odwiedziła go w jego mieszkaniu i powiedziała, że było jej tak dobrze, iż pragnie jeszcze. Paweł S. na propozycję przystał. Wieczorem znowu odwiedził swoją sąsiadkę. Nie przypuszczał, że ta pragnie się na nim zemścić. Kobieta dosypała mu do wina środek nasenny, a później skalpelem obcięła mu penisa. Na policji przyznała się do wszystkiego. Dziś odpowiada za trwałe uszkodzenie ciała, a Paweł S. odpowiada za gwałt. Jej grozi do 5 lat więzienia - a jemu do 8 lat.

- Niejeden raz ściganie przestępców okazywało się niepotrzebne, bo za kraty trafiali w wyniku własnej głupoty - mówi Jerzy Dziewulski, były policjant i były szef komandosów na warszawskim Okęciu. Jego słowa potwierdzają historie z województwa warmińsko-mazurskiego. W lutym tego roku 24-letni Wojciech S. z Kętrzyna dowiedział się od swoich krewnych, że szuka go policja. Poszedł więc do dzielnicowego, by zapytać, o co chodzi. Dzielnicowy natychmiast go zatrzymał. Okazało się, że S. był poszukiwany za dokonanie włamania. Trafił za kratki. W listopadzie tego roku 27-letni mieszkaniec Działdowa zgłosił się na policję, by wytłumaczyć się z drobnej stłuczki samochodowej, którą spowodował godzinę wcześniej. Policjanci zauważyli, że zachowuje się jak odurzony i poddali go testowi na obecność narkotyków. Okazało się, że młody człowiek był pod wpływem marihuany. Został natychmiast przeszukany. W jego portfelu znaleziono dodatkowo sześć torebek z marihuaną. Mężczyzna został zatrzymany. Grozi mu już nie tylko 300-złotowy mandat za spowodowanie stłuczki, lecz również 3 lata więzienia za posiadanie narkotyków. Kary udałoby mu się uniknąć, gdyby na policję zgłosił się dzień później. - Głupota przestępców jest jednak zjawiskiem optymistycznym - mówi Dziewulski. - W końcu nie od dziś wiadomo, że im głupszy przestępca, tym łatwiej go schwytać i osądzić.

 

LESZEK SZYMOWSKI

 

Źródło: ANGORA Onet.pl, grudzień 2010


 

  • /ciekawostki/443-kryminalia/2770-jak-u-hitchcocka-zabojcze-szpony-sowy