Z WOKANDY - Leczenie zębów nie jest wcale trudne?

 

Jeden z pacjentów doznał niemal szoku, gdy dowiedział się z telewizji, że chodził do dentystki, która okazała się sprzątaczką. Doktor Marzenka, jak do niej często się zwracano, zaczynała bowiem swoją karierę jako pomoc domowa u właścicielki kliniki stomatologicznej.

Dość szybko jednak trafiła do jej gabinetu jako pomoc dentystyczna. Doktor Anna W. miała coraz więcej pacjentów, toteż postanowiła panią Marzenę dość szybko przyuczyć do zawodu stomatologa. Po pewnym czasie Marzena G. już samodzielnie wykonywała zabiegi dentystyczne i zapisywała pacjentów na wizyty. W ciągu dwóch lat leczyła zęby ponad 150 osobom!

Mówiono do niej „pani doktor"...
Robiła praktycznie wszystko. Od czyszczenia szkliwa, lakierowania, wybielania i piaskowania zębów do... leczenia kanałowego. Robiła zastrzyki znieczulające i prześwietlenia rentgenowskie. Cementowała śruby i mosty oraz rekonstruowała korony. Na początku pod nadzorem swojej chlebodawczyni, a z czasem już bez jej pomocy.

Świadek Jolanta R:
- Przyszłam do gabinetu pani Anny W. z ogromnym bólem zęba. Rozwier-ciła mi go i umówiła się na kolejną wi-
zytę. Ale wtedy już nie było doktor W., tylko nieznana mi kobieta. Powiedziała, że zgodnie z decyzją pani Anny W., to ona wypełni mi kanały i odbuduje zęby. Byłam u tej kobiety chyba trzy razy i w sumie zapłaciłam jej około 600 zł. Pamiętam, że mówiłam do niej „pani doktor", a ona nie zaprzeczała.

Świadek Marek L.:
- Do pani Marzeny przychodziłem przez półtora roku, to mogło być 25, może 30 wizyt. Ona czasami konsultowała to, co robi, z doktor Anną W., ale terminy kolejnych wizyt wyznaczała już sama. Za każdym razem płaciłem średnio 100- 150 zł.

Świadek Tomasz Ł:
- Ta pani zachowywała się tak, jakby robiła to od zawsze. Za każdym razem była ubrana jak lekarz: miała fartuch, maseczkę na twarzy i gumowe rękawiczki.

Świadek Lucyna M.:
- Trochę byłam zdziwiona, kiedy zaprosiła mnie na fotel, bo wcześniej widziałam ją w zupełnie innej roli: coś tam podawała, coś ścierała... Ale pomyślałam, że to stażystka.

Świadek Wojciech W.:
- Szczerze mówiąc, sprawiała wrażenie osoby trochę niekompetentnej. Podczas zabiegu wielokrotnie wypytywała o coś panią doktor W., która była obok. Trochę mnie to denerwowało.

Jedno jest pewne. Wszyscy świadkowie, zarówno na policji, jak i w prokuraturze, wskazywali na jedną i tę samą osobę, która sprawiała wrażenie, że jest stomatologiem. To była Marzena G., z wykształcenia technik przetwórstwa owocowo-warzywnego. Wątpliwości nie miała też Świętokrzyska Izba Lekarska: kobieta nie figurowała i nie figuruje w ich rejestrze ani w Centralnym Rejestrze Lekarzy.

Od mycia okien do leczenia kanałowego
Sama oskarżona podczas pierwszego przesłuchania opowiedziała o wszystkim dość szczegółowo. To było w lipcu 2009 roku.

- Doktor Annę W. poznałam 10 lat temu. Pomagałam jej w prowadzeniu domu, pilnowałam dzieci. Ogólnie można powiedzieć, że sprzątałam jej dom, ale od czasu do czasu także gabinet stomatologiczny, który znajdował się pod jej mieszkaniem. Pięć lat temu zaczęłam pracować jako sprzątaczka w jej nowym gabinecie.

- A konkretnie czym się pani zajmowała? - dopytywali śledczy.

- Początkowo sprzątałam pomieszczenie, gdzie znajdowały się fotele dentystyczne. Myłam też okna i robiłam takie inne prace porządkowe. Jednak trzy lata temu pani Anna poprosiła mnie o pomoc przy pacjentach, bo było ich coraz więcej. ,

- A na czym ta pomoc polegała?       

- Na czyszczeniu zębów z kamienia, laserowaniu dziąseł, lapisowaniu zębów dzieciom. Ale już wtedy pani W. wołała mnie czasami do siebie i pokazywała, jak się leczy zęby. Po jakimś czasie kazała mi już samej czyścić kanały u pacjentów, którzy byli już znieczuleni.

- Było to pod nadzorem Anny W.?

- Tak, początkowo patrzyła, jak czyszczę te kanały, ale na początku 2008 roku kazała mi już leczyć samodzielnie i zapisywała do mnie pacjentów. Uznała, że na pewno dam sobie radę. l tak już pozostało.

- Ilu pacjentów przyjmowała pani tygodniowo?

- Około sześciu do dziesięciu.

- Co pani robiła?

- Czyściłam kanały, wypełniałam je, robiłam zdjęcia rtg., wkładałam wkłady korzeniowo-koronowe, czasami zakładałam plomby...

- Brała pani za to pieniądze?    

- Tak. Od 30 złotych za wymianę leków do 150 zł za leczenie kanałowe.

- Kto ustalał te kwoty?

- Pani Anna.

- A ile pani od niej dostawała?

- Od 15 do 20 złotych od jednego pacjenta.

- Sama pani zapisywała pacjentów?

- Na początku nie miałam własnego notesu, ale później już tak.

- Czy pacjenci zwracali się do pani: „pani doktor"?

- Bardzo często tak mnie tytułowali, a ja nigdy nie wyprowadzałam ich z błędu.

- A dlaczego pani to wszystko robiła?

- Zdawałam sobie sprawę, że to jest zabronione, ale robiłam to ze względu ma moją trudną sytuację rodzinną. Sama wychowuję 13-letnią córkę i te pieniądze, które dostawałam od pani W., bardzo mi się przydawały.

Co to znaczy zabieg higieniczny
Podczas kolejnych przesłuchań Marzena G. już nie przyznawała się do winy i odmówiła składania wyjaśnień. Do winy nie poczuwała się też doktor Anna W. Przyznała, że zatrudniała Marzenę G. jako pomoc lekarską „łącznie z zabiegami higienicznymi".

- A co to konkretnie znaczy? - chcieli ustalić przesłuchujący.

- Usuwanie kamienia, piaskowanie, polerowanie wypełnień, fluoryzacja, wybielanie lampowe...

- A wiedziała pani, jakie Marzena G. ma wykształcenie?

- Tak, tylko zawodowe. Ale mogła uzupełnić swoją wiedzę poprzez szkolenia. Zlecałam jej więc drobne zabiegi stomatologiczne.

- Na przykład jakie?

- Chociażby przygotowanie narzędzi do leczenia kanałowego. A także zrobienie zdjęcia rtg. po wypełnieniu kanałów. Pozwalałam też założyć opatrunek. Nie zlecałam jej natomiast czynności typowo związanych z leczeniem, które wykonuje od początku lekarz.

- Nie mówiła też pani swoim pacjentom, że dalszym leczeniem zajmie się pani Marzena?

- Nie. Czasami tylko informowałam, że koleżanka zrobi jakąś czynność, która umożliwi mi dalsze leczenie.

- A co robiła podczas pani nieobecności?

- Tylko usługi higieniczne. Albo robiła zdjęcia rentgenowskie. Czasami prosiłam ją też o usunięcie pacjentowi opatrunku, wymycie komory zęba i ponowne go założenie.

- A na czym polega taki opatrunek?

- Na uzupełnieniu ubytku materiałem tymczasowym, tak zwanym fleczerem. Poza tym, kiedy pacjent miał Izw. miękką próchnicę, to kazałam pani Marzenie usunąć rozmiękłą masę zęba i założyć tlenek, żeby zahamować postęp próchnicy.

- Czy pani Marzena dostawała za to pieniądze?

- Żadnych dodatkowych pieniędzy nie dostawała za te czynności. To, co jej zlecałam, było w ramach umowy o pracę.

- l jest pani pewna, że nie wykonywała typowego leczenia zębów w pani gabinecie?

- W moim gabinecie na pewno nie...

Liczą się tylko pieniądze?
Doktor Maria Panas, biegła z Uniwersyteckiej Kliniki Stomatologicznej w Krakowie, przeanalizowała przypadki 154 osób, którym wszelkiego rodzaju zabiegi wykonywała Marzena G. W153 uznała, że „nie narażały one pacjentów na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego rozstroju zdrowia".

Najbardziej zdumiewające jest to, że tylko w jednym (!) przypadku przytrafiły się powikłania i pacjent fałszywej dentystki musiał przejść zabieg operacyjny.

Podczas pierwszej i jedynej rozprawy obie panie przyznały się jednak przed sądem do zarzucanych im przez prokuraturę czynów. Dzięki temu mogły dobrowolnie poddać się karze. Usłyszały wyrok: rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata. Fałszywa dentystka musi też zapłacić grzywnę w wysokości 3 tysięcy złotych, a prawdziwa: 10 tysięcy złotych.

Zdaniem sądu zachowanie oskarżonej Marzeny G. jednoznacznie wskazywało, że wykonywała ona czynności zastrzeżone wyłącznie dla lekarza dentysty, pomimo że nie posiadała takich uprawnień.

- Czyniła to natomiast za namową i przyzwoleniem, a więc wiedzą Anny W., która nie tylko uczyła ją wykonywać poszczególne zabiegi, ale umożliwiała jej de facto praktykę dentystyczną i samodzielne przyjmowanie pacjentów - uzasadniał wyrok sędzia Marcin Sobierajski.

Sąd nie miał wątpliwości. W ten sposób obie kobiety stworzyły w świadomości pacjentów przeświadczenie, że są leczeni przez lekarza stomatologa, którym Marzena G. bez wątpienia nie była.

„Ich działanie nastawione było na osiąganie korzyści majątkowych, gdyż służyło obsłużeniu jak największej liczny pacjentów" - napisał w swoim uzasadnieniu wyroku sąd.

Wyrok jest już prawomocny.


JACEK BINKOWSKI


ŹRÓDŁO: ANGORA nr 17 (29 kwietnia 2012)