Ciechocińskie refleksje (3)

  

  

Spacery, wycieczki, wydarzenia i spotkania

 

Można by powiedzieć, że naszym dniem codziennym w Ciechocinku, wbrew temu, co napisała w swoim artykule Aleksandra Rzążewska, rządziła jednak santoryjna rutyna. Składały się na nią bardzo dobre posiłki, intensywne zabiegi, a także dłuższe lub krótsze spacery. Starałem się jednak bardzo, by rutynę tę maksymalnie ożywić, a nie utulać się w żalu, iż namiętności, o których wspomina pani Aleksandra, nie są moim udziałem i omijają mnie z daleka szerokim łukiem.

Z moich obserwacji poczynionych na kuracji- przynajmniej na podstawie naszego sanatorium, zimowe i wczesnowiosenne turnusy, to w zdecydowanej wiekszości turnusy ludzi naprawdę chorych, którzy przyjechali do Ciechocinka poprawić swoje zdrowie, odpocząć od codzienności i nabrać sił do dalszej pracy - bądź to nad sobą, bądź nad bliskimi, którym przyszło im się opiekować. Ja przynajmniej takie cele osiągnąłem, a i Hania zaczerpnęła nowych sił do dalszej walki z chorobą, która omal jej nie obezwłasnowolniła.

Pobyt w Ciechocinku wykorzystaliśmy maksymalnie. Starałem się bardzo, by wykorzystać jak najwięcej możliwości, ofiarowanych nam łaskawie przez NFZ. Poświęcaliśmy na spacery prawie wszystkie wolne chwile. Chodziliśmy po słynnym ciechocińskim deptaku, kilkakrotnie odwiedziliśmy największe w Europie tężnie, spacerowaliśmy po uroczych,niestety, jeszcze bezkwietnych o tej porze parkach, czy pobliskim sosnowym lasku. Na początku naszego pobytu pogoda nie była dla nas zbyt łaskawa, jednak po kilku dniach zrekompensowała nam to w dwójnasób.

Wielką niedogodnością naszych spacerów, która szczególnie dawała się we znaki Hani, był brak podnóżków zakładanych na wózek. W ferworze przygotowań zupełnie o nich zapomniałem, i gdy tylko się zorientowałem, straciłem spokój. W sanatorium to nie przeszkadzało, gdyż w budynku łatwiej się było przemieszczać wózkiem bez podnóżków, ale przy wędrówkach po mieście ich brak był dużym utrudnieniem. No, ale jakoś to przeżyliśmy. Gdy tylko wróciłem do Poznania, zaraz się z nimi pogodziłem.

W pierwszą niedzielę, gdy wracaliśmy spod tężni, przebiło się małe koło u wózka. Z trudem dojechaliśmy do "Wrzosu". By odciążyć trochę przód wózka, Hania musiała przyjąć pozycję leżącą. Problem jednak nie zniknął, gdyż w Ciechocinku nigdzie czegoś takiego nie można naprawić. Dopiero łaskawość jednego z konserwatorów załatwiła następnego dnia sprawę. Znalazł jekieś koło zastępcze i wieczorem założył to, które naprawił.

Po kilku dniach, gdy pogoda się poprawiła i zrobiło się ciepło, postanowiłem, że przejedziemy się samochodem i zwiedzimy okolice Ciechiocinka. Niestety, nie udało mi się uruchomić auta, gdyż szczęki hamulcowe przywarły do bębnów tak mocno, że nie dało się ich normalnie odblokować. To wynik tego, że po przyjeździe do Ciechocinka zaciągnąłem bezwiednie hamulec ręczny. Dopiero pomoc pana Andrzeja, kierowcy sanatorium sprawiła, że mogłem uruchomić swoje auto. Pewnego dnia pojechaliśmy do pobliskiego Raciążka, a następnego do Nieszawy. W naszych wycieczkach towarzyszyła nam miła i sympatyczna Grażynka z Pabianic, której ciężka choroba nóg nie pozwalała na długie spacery. Siadywała sobie najczęściej na ławeczce w pobliżu sanatorium i rozwiązywała krzyżówki. Zabraliśmy więc Grażynkę ze sobą i w ten sposób bardzo się do siebie zbliżyliśmy.

Kilka następnych galeryjek, które zaprezentuję na stronce, poświęcona będzie spacerom i wycieczkom. Fotografowałem wszystko, co uznałem za warte uwiecznienia. Na pierwszy ogień poszła Hania i jej peregrynacje. Następnie pokażę Ciechocinek, jakim chciałoby się go widzieć zawsze. Taki, który przyciąga i pociąga. Pokażę także miejsca, których nie chciałoby się nigdy oglądać. Miejsca, które miast dumą - są dla Ciechocinka wstydem. Miejsca, przy których powinno się płakać, roniąc krokodyle łzy.

Pokażę także kilka zdjęć, które zilustrują - taką mam nadzieję - charakter i atmosferę tego urokliwego miejsca. Będą to obrazki z uzdrowiskowej "ulicy" - fotki zrobione na deptaku, w parku, przy grzybku itp.

Nie zabraknie także zdjęć wizytówki Ciechocinka - potężnych tężni, które nie mają sobie równych w Europie. Szkoda tylko, że władze uzdrowiska każą sobie słono płacić za wstęp na ich teren. W weekendy opłata za każde wejście wynosi 4 złote, w zwykły dzień jest o złotówkę niższa. Przy tężniach spotkać można harmonistę w stroju "krakowskim", który namawia zwiedzających, by protestowac przeciwko tym opłatom, płacąc grosikami. Co jakiś czas z nad jego harmonii usłyszeć można słowa śpiewki, by tak właśnie nabywać bilety.

W czasie naszego pobytu odwiedzili nas bardzo mili goście. W drugą sobotę przyjechali do nas Asia z Dawidem i Zuzanką, naszym największym skarbem. Następnego dnia w niedzielę gościliśmy Halinkę Pietsch, autorkę pięknych wierszy prezentowanych na mojej stronce. Halinka spełniła swoją obietnicę i przyjechała do nas ze swoim bratem Zbyszkiem i szwagierką Janeczką. Nasze spotkanie i wspólny spacer były dla mnie i dla Hani niezapomnianym przeżyciem, gdyż w osobach naszych gości mieliśmy okazję bardzo miłych ludzi. Po tygodniu przyjechała do Ciechocinka Terenia, jedna z przyjaciółek Hani, która w ostatnich latach towarzyszyła nam w podróżach po Polsce. Terenia, dla której udało mi się załatwić pokój w naszym sanatorium, była z nami prawie całe trzy dni.

Pokażę także Ciechocinek, który dany było oglądać tylko nielicznym. Będą to zdjęcia robione wtedy, kiedy 90 procent ciechocinian i kuracjuszy jeszcze smacznie spało. Dwukrotnie poszedłem na spacer z kijkami, mając na plecach zawieszoną torbę z aparatem fotograficznym. Świat widziany o świcie, gdy na ulicach pełzają jeszcze mgły, a świergot ptaków przypomina o budzącej się wiośnie, urzeka i oczarowuje.

W czasie naszego pobytu byliśmy uczestnikami dwóch koncertów: fortepianowego, którego bohaterem był młody artysta z Włocławka, - muzyk i malarz; oraz koncercie piosenek lwowskich, które prezentował założyciel pierwszej w Polsce kapeli podwórkowej. Był też jakiś pokaz szybkiego miksowania (takich pokazów w sanatoriach jest bez liku, podobnie jak kiermaszy). Uczestniczyliśmy także w pogadance o Ciechocinku, prowadzonej interesująco przez jedną z wielu przewodniczek po tym sanatoryjnym mieście. Któregoś popołudnia mieliśmy okazję uczestniczyć w prawosławnym nabożeństwie w pobliskiej cerkiewce, po którym proboszcz, gospodarz tej świątyni opowiadał o jej dziejach i o niektórych obrzędach, o które pytali pytali niektórzy uczestnicy nabożeństwa. Nie mogę nie wspomnieć o zwiedzeniu galerii staroci, która zaskoczyła nas bogactwem i różnorożnością ekspozycji.

I na koniec dwa słowa o spotkaniu, które przeżyłem szczególnie, i które było dla mnie kompletnym zaskoczeniem. W czasie ostatniego weekendu skierowałem swe kroki do pijalni w parku zdrojowym, gdyż chciałem zapytać o moją ulubioną wodę mineralną - Staropolankę, której nigdzie w Ciechocinku nie mogłem kupić. Ku mojemu zdziwieniu, tuż przy wejściu, przy jednym ze stolików siedziała autorka wierszy, których kilkanaście znajduje się na mojej stronie. Wiele lat temu, podczas mojego poprzedniego pobytu w Ciechocinku, też wszedłem przypadkowo do tej samej pijalni. Siedziała w tym samym miejscu. Po krótkiej rozmowie kupiłem od Gai, bo o niej tu mowa, cztery tomiki jej wierszy, które są jednym ze źródeł moich prac na stronce.

Gaja, także zaskoczona tym niespodziewanym spotkaniem, dowiedziała się ode mnie, że prowadzę stronę, poprzez którą zdobywa nowych zwolenników swoich wierszy. Nigdy przedtem nie udało mi się nawiązać z Gają żadnego kontaktu, gdyż w tomikach, o których wspominam nie było ani adresu, ani numeru telefonu. Mieszkająca w Bydgoszczy pani Jadwiga zdziwiła się i ucieszyła, że oto siedzi przed nią nieoczekiwanie "promotor" jej twórczości. Zgodziła się, bym zrobił kilka zdjęć, a także obiecała, iż w niedługim czasie przyśle mi do Poznania nowy tomik swoich ostatnich wierszy. Już się cieszę i z niecierpliwością będę czekał na obiecany upominek
  • /wasnym-gosem/1555-kilka-sow-o-mnie-1
  • /wasnym-gosem/191-ciechociskie-refleksje-1