Moi przyjaciele

 

LOS SPRAWIŁ, że na początku nie miałem przyjaciół. Tak się złożyło, że nie wiedziałem, a nawet nie mogłem wiedzieć, że można ich mieć. Przypuszczam, że doświadczają tego wszystkie dzieci, choć pewnie w formie nieco słabszej. Nie miałem też żadnego przyjaciela symbolicznego, a celuloidowy Murzynek, który być może miał jakąś szansę na to, aby nim się stać, spadł na rozgrzaną kuchenną płytę i spłonął. Nieraz myślę, że to prototyp wielu historii i wielu spotkań, które coś zapowiadają, ale nie mają właściwie żadnego dalszego ciągu. Natychmiast płoną. O ile Murzynek był nie do uratowania, bo natura ma swoje prawa, to niektóre z tych zapowiedzi przyjaźni można było uratować, ale zbyt mało pracy włożyły w to obie, a co najmniej jedna ze stron. Murzynka jednak pamiętam i myślę o nim z czułością.


Potem los sprawił, że nie trafiłem w swój czas. Moi rówieśnicy co do wieku byli w znacznie niższych klasach szkolnych, moi rówieśnicy szkolni byli znacznie ode mnie starsi. Ani pierwsi, ani drudzy nie bardzo chcieli mnie mieć w swoim otoczeniu. Pierwsi uważali, że się wywyższam (kto wie, może tak było), drudzy uważali mnie za pętaka niegodnego uwagi (tak było na pewno). W konsekwencji, pierwszy mój przyjaciel - Zbyszek - pojawił się dopiero, gdy miałem już dobre kilkanaście lat. Dziś nie pamiętam, jak do tego doszło. Prawdopodobnie zbliżyło nas to, że obaj byliśmy ludźmi marginesu - on wojenny sierota, wychowywany przez obcych ludzi, ja -plączący się po obrzeżach różnych grup i grupek, które niespecjalnie mnie chciały. Przyjaźń ta nie trwała długo. On szybciej niż ja dorastał (był starszy ode mnie), ja byłem wprawdzie przedwcześnie rozwinięty, ale ciągle bardzo smarkaty. Zdążyliśmy jednak spędzić ze sobą mnóstwo czasu, rozważyć wszystkie najważniejsze problemy egzystencjalne, być przy sobie w wielu opresjach. Potem on skończył szkołę zawodową i musiał iść do pracy, by jakoś utrzymać się przy życiu. Ja z małymi sukcesami chodziłem do szkoły średniej. Widzieliśmy się coraz rzadziej, wreszcie wyjechałem do innego miasta na studia i... nigdy więcej go nie widziałem. Nic nie wiem o jego dalszym losie. Kiedy myślę o tej historii, a myślę o niej często, nieustannie wracam do pytania, czy koniec przyjaźni (bo trudno to nazwać inaczej) oznacza utratę przyjaciela. Czy osobisty kontakt jest koniecznym warunkiem zachowania przyjaciół?

Na studiach, a potem jeszcze przez lata po studiach, przyjaźniliśmy się z Maciejem, dzieckiem szczęścia, człowiekiem młodym, utalentowanym, ambitnym i dość zamożnym jak na owe czasy. Miał wszystkie te cechy, które pragnąłem mieć, a których, niestety, nie miałem: był odważny i wesoły, miał dobry kontakt z ludźmi (szczególnie z paniami), uwielbiał zabawę. Spędziliśmy tysiące godzin, byliśmy w dziesiątkach miejsc (a gdyby liczyć bary, to w setkach), poznaliśmy mnóstwo ludzi, byliśmy w samym środku wielu ważnych wydarzeń, wspólnie tworzyliśmy i wprowadzaliśmy w życie nowe idee, popełnialiśmy grzechy i nawzajem się rozgrzeszaliśmy. Ponad 20 lat. I kto wie, jak byłoby nadal, gdyby nie stan wojenny z roku 1981, który postawił nas po dwóch stronach. On - pragmatyczny zwolennik stanu wojennego, ja zaś (w swej wyobraźni) w orszaku"wolności prowadzącej lud na barykady". I koniec... Od tego czasu widziałem go może ze trzy razy, choć przecież znam jego los. Nadal jest młody, utalentowany, ambitny i dość zamożny (jak na dzisiejsze czasy). Zajmuje wysoką pozycję społeczną. Przyjaźń się skończyła. A czy ubył przyjaciel? Nie, bo - jak sądzę - łatwiej traci się przyjaźń niż przyjaciół.

Zapewne wiele jest takich opowieści. Sam mógłbym jeszcze wiele podobnych i zupełnie innych przytoczyć. Zapewne są to opowieści o nieumiejętności przekraczania pewnych ograniczeń fizycznych czy psychologicznych, ale nie chciałbym tu zmierzać do klinicznych wynurzeń. Potem było i jest wiele innych przyjaźni. O każdej z nich można by opowiadać długie historie, sycić się wspominaniem, wracać i wracać. Ciągle myślę o ludziach, którzy w tradycyjnym tego słowa znaczeniu byli moimi przyjaciółmi, i o tych, którzy nimi są. O tych dwóch przyjaciołach wspomnianych wyżej i o wielu, wielu innych, o których też chciałoby się wspomnieć, ale grozi to jednak gwałtownym atakiem (czy nie ckliwego?) sentymentalizmu. Myślę o nich, a to znaczy, że są ciągle ważni. Czasem jestem ciekaw, czy oni też myślą o mnie, ale to nie jest najważniejsze. Przyjaźnie ze świata realnych spotkań i wspólnych działań przechodzą do naszej indywidualnej pamięci. Tam przecież, w dobrej jej części, jest miejsce dla osób ważnych, przede wszystkim dla przyjaciół. Kiedy w milczeniu, w samotności przepatruję ją, widzę ludzi niezwykłych, dobrych, wspaniałych, mądrych. Pełno nadzwyczajnej bliskości, wielu wspaniałych darów losu. To taki wewnętrzny Olimp, taki wewnętrzny Parnas.

Drodzy przyjaciele, nawet jeśli myślicie, że o was zapomniałem, że nie dbam o was wystarczająco (trochę w tym prawdy), wiedzcie, że przechowuję was w najcieplejszym miejscu swojej pamięci. W swojej najlepszej pamięci. Dziękuję wam, że tam jesteście. Energicznie się w niej rozpychacie, napełniacie moją głowę nowymi myślami, ciągle od nowa budzicie najlepsze uczucia. I tak już będzie. Do końca.

WIESŁAW ŁUKASZEWSKI








 


CHARAKTERY Luty 2002

  • /spojrzenia/720-czas-cudow
  • /spojrzenia/718-jeden-jedyny-roowy-krokus