Życie w sieci

Dwa lata temu awansowałam. Cały dzień pracuję w osobnym pokoju. Mam więcej wolnego czasu i znacznie mniej kontaktów z ludźmi. Na poprzednim stanowisku nie byłam sama nawet przez pięć minut. Pierwsze miesiące były odpoczynkiem od dotychczasowego obciążenia -- zajęłam się czytaniem fachowej literatury. Nie doskwierała mi samotność. I tak było do października 2001 roku, kiedy to w pracy pojawił się Internet i nieograniczony dostęp do niego. Początkowo traktowałam sieć tylko jako dodatkowe źródło informacji na interesujące mnie tematy. Miesiąc później koleżanki pokazały mi, jak prowadzić rozmowy przez Internet. Możliwość rozmawiania w sieci oszołomiła mnie.


Moją podstawową aktywnością stały się rozmowy ze Stworami (tak później nazwałam większość z moich sieciowych rozmówców). Zaczęłam przychodzić do pracy pierwsza, a wychodzić ostatnia. Ze strachem i obrzydzeniem myślałam o weekendzie (tak kiedyś upragnionym), bo musiałam rozstawać się ze Stworami na ponad dwa dni! Szczególnie dokuczliwa była rozłąka z jednym z nich, który wyjątkowo przypadł mi do gustu. Jednak znalazłam na to sposób. Zaraz po przyjściu z pracy do domu siadałam do komputera i kontynuowałam naszą rozmowę: w jego imieniu zadawałam sobie różne pytania i odpowiadałam na nie albo ze szczegółami opisywałam wszystko, co dzieje się wokół mnie. W ten sposób w ciągu kilku miesięcy napisałam 150 stron. Moi bliscy spoglądali na mnie bardzo podejrzliwie. Pytali, dlaczego przesiaduję całymi godzinami przed komputerem, dlaczego nie chcę chodzić z mężem na spacery, dlaczego nie chcę wyjechać z rodziną na ferie zimowe. A dla mnie taki sposób formułowania myśli był rodzajem autoterapii - pozwalał na głębsze określenie własnego stosunku do wielu spraw.

Coraz więcej było bezsennych nocy. Nocne godziny poświęcałam na "rozmowy" ze Stworami. Nawet podczas snu "wchodziłam" w świat fantazji, którego źródłem były wirtualne przeżycia, tworzone wspólnie z moimi rozmówcami. Zaniedbałam sprawy służbowe. W pewnym momencie zaczęła się moja walka z wyeliminowaniem Stworów z mojego życia. Podczas rozmów z nimi - tych nocnych i tych sieciowych - najczęściej czułam się doskonale. Ale po kilku miesiącach zaczęły pojawiać się momenty, kiedy świadomość nierealności sytuacji i niemożność pokonania przeszkód (brak bezpośredniego kontaktu) uzmysławiały mi bezsens prowadzenia dal- szych rozmów. Nie ukrywam, że otwarte rozmowy na ten temat z niektórymi Stworami były pomocne, ponieważ dzięki ich chłodnemu punktowi widzenia dostrzegałam inne możliwości cieszenia się życiem, jak choćby kontakt z przyrodą czy pogawędka z "żywym", bliskim człowiekiem. Zaczęłam obserwować swoją fizyczną kondycję (byłam wykończona), dostrzegłam też zmienność nastrojów, dominujące przygnębienie i uczucie wewnętrznego bólu. Zaczęłam zastanawiać się, co naprawdę jest przyczyną takiego stanu. W ogóle nie chciałam przyjąć do wiadomości, że to internetowe rozmowy tak źle na mnie wpływają. Wreszcie jednak dotarło to do mnie.

Zaczęłam od rezygnacji z rozmów z tymi Stworami, które najsilniej na mnie oddziaływały, o których myślałam najczęściej. Wiedziałam też, że dla części z nich nasze spotkania mają podobne znaczenie, jak dla mnie. Jednak zanim z nich zrezygnowałam (z tych "najważniejszych" dla mnie), zastanawiałam się, czy to jedyny sposób na pozbycie się "problemu". Bałam się, jak sobie poradzę. Zaczęłam targować się ze sobą, znajdowałam korzyści płynące z internetowych kontaktów (np. za pośrednictwem "znaczącego" Stwora załatwiłam koleżance pracę, od innych ściągnęłam kilka ciekawych programów, zawsze mogłam się zwrócić do nich z prośbą o pomoc, codziennie rano czekało na mnie mnóstwo przemiłych powitań poprawiających mój nastrój). Wiedziałam, że rezygnując z rozmów w sieci całkowicie, stracę wiele pomocnych kontaktów. Dokonałam więc "selekcji" i pożegnałam się z najbardziej ukochanymi Stworami (rozmowy z nimi najbardziej mnie "odrealniały"). Pozostały tylko komunikatory i rozmowy z innymi, ale już bez takich emocji.

Było mi piekielnie ciężko. Czułam się tak, jakbym straciła bezpowrotnie coś bardzo mi drogiego. Wiele razy rozważałam, czy aby słusznie postanowiłam. Uznałam jednak, że powrót do normalności jest dla mnie w tym momencie najważniejszy.

Z czasem odnalazłam spokój, wewnętrzną równowagę i harmonię. Wróciłam do "żywych": do męża i syna, chętniej spotykam się ze znajomymi. Cieszę się życiem, tym, co widzę, co czuję. Znów fizyczna aktywność (zaczęłam sprzątać mieszkanie) i moja praca sprawiają mi przyjemność. Czytam, uczę się, normalnie śpię. I tylko czasem zatęsknię za moimi ukochanymi Stworami.



ASIA

 


 

 

 

CHARAKTERY styczeń 2003

 

 

 

 

 

 

 

  • /spojrzenia/709-gdyby-bog-podarowa-mi-odrobin-ycia
  • /spojrzenia/707-poszukiwanie-poywienia