Dziwny charakter

 

 

POD WIELOMA względami Michael Swango był idealnym synem. W szkole w Quincy miał doskonałe oceny, udzielał się społecznie. Należał do samorządu uczniowskiego, zajmował się kroniką i gazetką szkolną. Grał na fortepianie, a w szkolnej orkiestrze był pierwszym klarnecistą.

Członkowie rodziny mówią, że jego matka Muriel świata poza nim nie widziała. To ona postanowiła, że Michael pójdzie do prywatnej szkoły katolickiej w Quincy, choć jego dwaj bracia uczyli się w szkołach publicznych. Ojciec - pułkownik, weteran z Wietnamu - pochwalał surowe zasady wychowania panujące w szkole Michaela.

Krewnych niepokoiło, że matka tak faworyzuje jednego syna. Ona tłumaczyła, że jest wybitnie zdolny i należy mu się specjalne traktowanie. Nie była wylewna dla dzieci, ale całą miłość, jaką potrafiła z siebie wykrzesać, przelała na Michaela.

W domu całą uwagę skupiała na średnim synu. Często rozmawiali o kryminałach, które oboje uwielbiali. Michael już w szóstej klasie czytał czasopisma specjalizujące się w opisywaniu prawdziwych przestępstw. Niektóre artykuły wycinał; matka pomagała mu wklejać je do specjalnego zeszytu.

Szkołę ukończył w 1972 roku jako prymus i otrzymał stypendium w szkole muzycznej. Uczył się świetnie, ale po drugim roku zrezygnował i zaciągnął się do piechoty morskiej. Po 4 latach z honorami przeniesiono go do rezerwy. Wrócił do domu i oznajmił, że chce być lekarzem.

W 1979 roku ukończył z pierwszą lokatą koledż w Quincy i zaczął studia medyczne w Illinois. Był pracowity i obowiązkowy, lecz szybko zasłynął wśród kolegów z dziwactw.

Na pierwszym roku każdy student dostawał jakiś fragment zwłok do analizy i miał przedstawić rezultaty swej pracy. Swango otrzymał pas krzyżowo-biodrowy. W prosektorium zawsze pracowali jacyś studenci, ale Michaela nikt tam nie widział. Niektórzy zastanawiali się więc, jak da sobie radę z zaliczeniem.

Kiedy nadszedł dzień kolokwium koledzy oniemieli, gdy zobaczyli co przygotował. Pas krzyżowo-biodrowy przekształcił w dziką plątaninę mięśni i kości. Jakby pracował piłą, a i nie skalpelem.

Swango też zdał sobie sprawę, że preparat nie nadaje się do prezentacji. Omawiając temat, pokazywał więc ilustracje z atlasu anatomicznego.

Wiele osób dziwiło się później, że Michael Swango postanowił specjalizować się w neurochirurgii, która wymaga precyzji przy operacjach mózgu czy innej części układu nerwowego. Koledzy z roku uważali, że nie nadaje się na lekarza, co dopiero na neurochirurga. On zaś nie wdawał się w rozmowy na temat wyboru specjalizacji, podobnie jak milczał na temat pobudek, które skłoniły go do zajęcia się medycyną.

Na drugim roku studiów wykazał szczególne zainteresowanie patologią obejmującą także toksykologię, czyli naukę o truciznach i ich działaniu. Zaczął też pracować jako sanitariusz w pogotowiu. Tylko jego wyraźna fascynacja gwałtowną śmiercią może wyjaśniać to, że chciał pracować za grosze na 24-godzinnych dyżurach.

Niektórzy koledzy uważali, że Michael ma zaskakująco nonszalanckie podejście nie tylko do studiów, ale też do pacjentów. Na pierwszych praktykach w klinice studenci zbierają wywiady od chorych oraz wykonują podstawowe badanie lekarskie. Zajmuje to od pół do półtorej godziny. On z niektórymi pacjentami spędzał zaledwie 5 minut.

Na trzecim roku jego kolega James Rosenthal zauważył, że Michael niezwykle interesuje się najciężej chorymi. W klinice na dużej tablicy widniało nazwisko każdego pacjenta oraz uwagi na temat jego leczenia. Gdy pewna sympatyczna pani znajdująca się pod opieką Michaela Swango nagle umarła, on nabazgrał na jej nazwisku wielkimi literami "zmarła".

Rosenthal zgadnął go, co mu strzeliło do głowy.

- Nie jest ci przykro, że umarła? Swango obrzucił go beznamiętnym spojrzeniem.

- Nie. Taka jest kolej rzeczy.

Pewnego razu lekarz, który opiekował się praktykantami, zrobił uwagę, że stan pacjentów znajdujących się pod opieką Swango, często gwałtownie się pogarsza - tak bardzo, że trzeba szybko ich ratować.

- Czy myślisz, że to przypadek? - zapytał jednego studenta, ale to wydawało się tak absurdalne, że tylko się uśmieli.

Jednak gdy niespodziewanie zmarło pięciu chorych, których stan już się polepszał - a wszyscy chwilę wcześniej byli badani przez Swango - opiekun wymyślił przezwisko dla swego pechowego praktykanta: "zero--zero-Swango".

Szybko się przyjęło. Nawiązywało do kryptonimu Jamesa Bonda "007" i tytułu filmu "Licencja na zabijanie".



 

 
Przegląd Reader's Digest 2003
Tłumaczenie: MICHAŁ MADALIŃSKI


  • /pisane-noc/291-licencja-na-zabijanie/1363-yczliwy-ordynator
  • /pisane-noc/291-licencja-na-zabijanie/1361-wulkan-energii