Znaczenie tików

 

 

GDY PRZESTAŁEM WALCZYĆ, krajobraz się wyklarował. W pełni świadomie przyjąłem do wiadomości, na co jestem chory. I przejmowałem kontrolę nad własnym życiem, bo przedtem rządziła nim informacja o chorobie. W Nowym Jorku zacząłem chodzić do psychologa. W lutym 1994 roku pojechałem do Bostonu, do jednego z najlepszych neurologów w kraju.

Doktor Allan Ropper zbadał mnie i przepisał nowe leki. Wyjaśnił przyczyny wielu objawów, z którymi się borykałem. Fachowo nazywał konkretne tiki i mimowolne ruchy - nawet nie miałem pojęcia, że wynikają z choroby. Podsumował, że wszystko przebiega typowo, nawet to, że objawy ograniczają się do lewej strony ciała.

Poczułem pewną ulgę. Nie byłem już zagubiony. Nie byłem osamotniony. Inni też na to chorują. Nie jestem sam.

Przedtem wydawało mi się, że dla Tracy to dobrze, że nie rozmawiam z nią o chorobie. Przecież nic mi nie pomoże, więc po co ją obciążać? Ale jeśli ma się tak ogromny problem, nierozmawianie o nim oznacza, że w ogóle nie bardzo jest o czym rozmawiać. Tej wiosny akceptując chorobę, przełamałem ponure milczenie. Tracy od razu zauważyła zmianę.

- Wróciła ci nadzieja, wróciło poczucie humoru. Znikło to straszne napięcie. Już się tak nie złościsz bez przerwy. Mam wrażenie, jakby mur, którym się otoczyłeś, zaczynał pękać.

Gdy przyjąłem do wiadomości fakt, że jestem chory, przestałem w domu tak strasznie uważać, już nie kryłem objawów choroby. Cóż to była za ulga, pozwolić sobie na taki luz. Tracy, oczywiście, nie zobaczyła nic, czego by od dawna nie wiedziała. Ale i ona odetchnęła. Było jej łatwiej, bo czuła, że znów jej ufam.

Bałem się, jak na objawy choroby zareaguje Sam. Niepotrzebnie. Nauczyłem go, że jeśli zobaczy, jak drży mi ręka, może mnie ścisnąć za kciuk.

- Potem policz do pięciu i ściśnij jeszcze raz, to uda ci się go uspokoić.

Ćwiczył to przez kilka minut. Najpierw liczył na głos, później w pamięci, kiwając głową, żebym wiedział, kiedy ściśnie. Był zachwycony, że udaje się za każdym razem. Gdy jednak zrozumiał, że drżenie zawsze powraca, trochę się zaniepokoił. Rozwiewałem jego obawy:

- Sam, to nie znaczy, że za każdym razem musisz to robić. To nie obowiązek, czy coś takiego. Zrobisz to tylko wtedy, kiedy będziesz chciał.

- Możesz to sobie też sam zrobić, prawda?

- Pewnie - rozchmurzył się, a po chwili zastanowienia dodał: - Ale ja to robię lepiej.

- O, bez wątpienia - roześmiałem się. - A poza tym lubię, jak trzymasz mnie za rękę.

Wkrótce siedzieliśmy z Tracy na trawniku i patrzyliśmy, jak Sam bawi się w ogrodzie.

- Samowi na pewno spodoba się rola starszego brata - powiedziała Tracy z uśmiechem.




Tłumaczenie: MICHAŁ MADALIŃSKI; Przegląd Reader's Digest, sierpień 2003
  • /pisane-noc/288-ja-i-moj-los/1318-rob-to-co-najbardziej-lubisz
  • /pisane-noc/288-ja-i-moj-los/1316-czarno-na-biaym