Jeżeli stwierdzisz, że na mojej stronie zostały naruszone Twoje prawa autorskie, skontaktuj się ze mną, a wiersz lub tekst zostanie natychmiast usunięty z serwera. *** ***
Wspomnienia z dzieciństwa Drukuj Email
Wiersze i kwiaty - Duszyńska Danuta
Wpisał Danuta Duszyńska, Australia   
Wtorek, 03. Listopad 2009 17:51

 

      Poezję kochałam od dziecka. Od momentu, kiedy mogłam zacząć czytać pierwsze wierszyki w ilustrowanych podręcznikach języka polskiego.

      Urodziłam się zaraz po wojnie. Czasy były ciężkie, rodzice nie posiadali własnej ziemi, gonili wiec do gospodarzy za kawałkiem chleba. Jako małe 3, 4 - letnie dziecko zamykana byłam na klucz z kotkiem. Tylko sąsiadka zza ściany czasem zawołała moje imię, a ja zakrzykiwałam co!

 

      Starsze siostry przybiegały w przerwie szkolnej, aby dać mi pajdę chleba z mlekiem. A ja wyglądałam przez okienko na dzieci szkolne, które biegały pod naszym domem, bowiem szkoła była opodal.

      Siedziałam więc z kotkiem, głaskałam go i wyśpiewywałam mu pioseneczki. Pamiętam bardzo dokładnie, że najgorsze było, kiedy zaczęło się ściemniać za oknem. Któregoś razu chciało mi się pić, ale wiadro z wodą stało na ławie przy kuchni, a tam było już bardzo ciemno. Zdobyłam się jednak na odwagę i poszłam do tej ciemnej części mieszkania, aby zaspokoić pragnienie. Do wody wsypałam kilka łyżeczek cukru i do dzisiaj pamiętam, jak mi ten napój smakował.

      Któregoś dnia obudziły mnie kapiące krople deszczu. Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam w suficie ogromną dziurę, pełno gruzu i rozstawione naczynia: miski, wanienki, wiadra. Potem rodzice przeprowadzili się do innego domu. Spakowali cały majątek na jeden, czy dwa wozy. Ja siedziałam na poduszkach i pierzynie, wyczekująca nieznanego miejsca, gdzie miałam zamieszkać. A miejsce było wyjątkowe, magiczne...

      Wielki pałac, zrujnowany przez wojnę. Służył jako siedziba, najpierw dla wojsk niemieckich, a potem rosyjskich po tzw. "nastupleniu". Wioska była zaledwie 2,5 km od poprzedniej. Ludzie mieszkali w budynkach gospodarczych, zlokalizowanych wokół pałacu. Sam pałac otoczony był stawem, wokół park z alejami pięknych starych klonów, nieopodal rzeka Bug, gdzie po zajęciach szkolnych biegałam łowić oklejki na muchę i tuż za rogiem las, gdzie jako dziecko wypatrywałam prawdziwych.
Najciekawsze dla nas dzieci były podziemia zamku, obszerne komnaty, zdarte malowidła ścian lśniły różnorodnością kolorów i rosyjskie napisy o pokoju. Podziemia zamku ciągnęły się korytarzami do sąsiednich budynków. Czas zrobił swoje, ziemia zaczęła się zapadać i coraz więcej było dołów, czasami pijani mężczyźni wpadali do nich, wypiwszy za dużo na wiejskich majówkach czy weselach.

      A my, dzieci, używaliśmy zamku i niebywałej jego tajemniczości do straszenia. Zwykliśmy zarzucać białe prześcieradła na głowy i stawać w ogromnych drzwiach zamku... wtedy inne dzieciaki żegnały się pospiesznie, a skoro "duch" nie zniknął, to znaczy, że nieprawdziwy. Duchy uciekały pospiesznie, aby nie dostać od tych, które miały się ich bać.

      Mieszkanie nasze było częścią wielkiego budynku gospodarczego, na górze którego widniał wielki nieruchomy zegar. Jakoś nikt nie starał się go wtedy naprawić. Zamieszkaliśmy w jednym ogromnym pokoju, gdzie stały tylko łóżka i jedna szafa. Podłoga była z drewnianych desek, ale umycie jej w całości było ogromnym wysiłkiem z uwagi na dużą powierzchnię. Były jeszcze dwa pomieszczenia i sień, długa zakręcona. Dwa schowki w ścianach bez światła. Pomieszczenia te nie miały podłóg. Matka z siostrami nazwoziły cegieł z ruin zamku i ułożyły ceglaną posadzkę i tam urządzono kuchnie. Pomieszczenie po drugiej stronie korytarza przeznaczono dla zwierząt i ptactwa. Trzymaliśmy tam krowę, świnki, kury i gęsi. Zwierzęta wychodziły na zewnątrz tym samym korytarzem, co ludzie, często zostawiając ślady. Siostry wściekały się i zawzięcie szorowały podłogi z drewna i cegieł.

      W ogromnym pokoju zbudowany był ogromny piec, służący z pewnością do wypieku chleba dla mieszkańców pałacu i służby. Tam teraz moja matka piekła razowy chleb i świąteczne placki drożdżowe w wielkich blachach.

      W naszym domu organizowane były potańcówki wiejskie, a muzykanci zasiadali na górze owego ogromnego pieca. Pamiętam tańczące pary, często pijanych chłopców, młode pary, chowające się za rogami budynków, za stodołami. Ciche szepty zakochanych par często owocowały nieoczekiwaną ciążą dziewcząt... i nieplanowanym weseliskiem.

      Ale młodzież ciągnęła do siebie z okolicznych wiosek, jeździli na rowerach i furmankami na okoliczne potańcówki, głownie w remizach strażackich. Tańczącym towarzyszyły wpatrzone oczy matek, ciotek, sąsiadek... I sporo było przy okazji plotek i obmówień. Ale też była ogromna przyjaźń i wsparcie w potrzebie. Kobiety schodziły się wieczorami, głównie zimą, kiedy wieczory były długie. Robiły na drutach swetry, rękawice, szaliki. Ojciec zwykł piec kartofle w popiele i przynosił z beczki wielką michę kwaszonej kapusty. Oj, jak to nam smakowało. Rozlegał się śpiew dziewcząt i snuły się opowieści o duchach, o czarownicach... Z otwartą buzią słuchałam tych opowieści, bałam się duchów, śniły mi się po nocach. A w naszym domu podobno straszyło, siostra widziała owe duchy w kiwających się cieniach drzew w blasku księżyca. Nocą wołała...mamo, chodź... a matka wiedziała, o co to już chodzi.

Przychodziła do siostry, układała się z brzegu łóżka tyłem do owego kiwającego się ducha i ani drgnęła...ze strachu. Do pola wstawali raniutko przed wschodem słońca. Ojciec, matka, no i moja starsza siostra, kiedy skończyła lat 16 zbierała już skoszone zboże za kosiarzami. Matka brała córkę w obronę i krzyczała do kosiarza:
-no co tak lecisz, nie widzisz, że dzieciak nie nadąża?

      Druga, młodsza siostra, biegała głownie do pomocy przy kopaniu ziemniaków. A ja jako 8, 9 letnia dziewczynka latem byłam zawsze sama ze swoim kotkiem i miałam na głowie całe gospodarstwo do nakarmienia. Wyprowadzałam krowę do pobliskiego lasu, gdzie trawa obfita i pachnąca, nasypywałam do garnka ziemniaki, nalewałam wódę i parowałam, aby było dla świnek. Dostać jeszcze do kuchni nie mogłam, bo była wysoko, a garnek duży i wpuszczany, więc stawałam na stołeczku. Dla kur i gęsi kupowałam w jedynym sklepie pęczak, a resztę to już same sobie znajdowały na pobliskich polach. Kłopot był ze znalezieniem jajek, kury porozchodziły się po okolicy, gniazda były pod kupą gałęzi do palenia w kuchni, w ogrodzie nie tylko naszym, ale i sąsiadów. Moje siostry i ja podążałyśmy za kurą, kiedy ta zaczęła gdakać i zawsze wypatrzyłyśmy miejsce zbioru jaj. Czasem było ich juz kilkanaście. Chleb, mleko, mąka., kasza, jaja - to główne produkty do jedzenia. Słonina była, ale nie zawsze. Warzywa natomiast świeże i pachnące, rosły piękne, bo obornika było pod dostatkiem na taki mały ogród.

      Latem, kiedy wstawałam, w domu już nie było nikogo, rodzice i siostry w polu, a ja sama szykowałam się do szkoły, w pośpiechu łapałam teczkę, przeważnie bez śniadania. W szkole byłam głodna i myślałam o jedzeniu. Po powrocie ze szkoły szybko rozpalałam ogień, dorzucałam kilka gałązek i na szybkiego smażyłam jajecznice. Potem biegałam z okolicznymi dzieciakami, a pod wieczór gotowałam zupę dla rodziców i sióstr, grzałam wodę we wielkim garnku do mycia i odrabiałam przy lampie naftowej zadaną pracę domową. Matka zajrzała nieraz do zeszytu i krzyczała, że rozwlekam na dwie kratki cyfry w działaniu matematycznym. Sama miała skończone tylko trzy klasy szkoły podstawowej, ale literki stawiała równiutkie, kształtne i tego samego wymagała ode mnie.

      Pamiętam zimy. Były mroźne, a liche paltka, często bez rękawic, dziurawe buty nie zapewniały minimum potrzeb. Trudno dzisiaj powiedzieć, czy winić owe czasy, zarobionych rodziców, czy też dopatrywać się niedbalstwa, faktem jest, że często w odwilżach nogi moje były przemoczone do suchej nitki, dziury w gumowiakach ojciec zalepiał kawałkami gumy z dętek rowerowych. Mam żal o te czasy nie wiem do kogo. Ten swój żal na wspomnienie przykrego dzieciństwa przelałam na strofy wiersza pt. "zagraj mi grajku poeto", który tutaj na zakończenie przedstawię. Ale zimą rodzice byli w domu i matka gotowała już obiady, po przyjściu ze szkoły czekała na nas gotowana strawa, choćby zacierki na mleku. A my nie chciałyśmy jeść już tych mlecznych potraw, marzyła nam się świeża słoninka do chleba albo salceson. Na święta rodzice się postarali, aby już było i kawałek mięsa do kapusty, mnozki zsiadłe, kawałek pachnącej kiełbasy. Oj, wyglądaliśmy tych świat.
Zimową porą ojciec opowiadał nam piękne baśnie, a ja do tej pory pamiętam jedną z nich o zaczarowanej kaczce.

      Kiedy dostałam pierwszy elementarz, w szkole cieszyłam się bardzo, oglądałam obrazki, składałam znane już od sióstr literki i wkrótce zaczęłam czytać. Szlo mi to dobrze, nie musiałam uczyć się czytania, przychodziło mi to gładko. A kiedy zaczęliśmy uczyć się wierszyków, nauczyciele przydzielali mi role na akademiach z okazji świąt państwowych. A ja uczyłam się ich na pamięć, powtarzałam i najwyraźniej lubiłam to, bo ta pasja i ta moja dziecięca miłość do wierszy pozostała do dzisiaj.

........................................................

      Oto jeden z moich pierwszych nieporadnych wierszy, gdzie cały mój żal o moje dzieciństwo. O to, że zimą musiałam iść sama do szkoły bez śniadania, że zamykano mnie na klucz w domu i za to, że dzieciństwo moje było takie dorosłe. Ale winę rozkładam pomiędzy ciężkie czasy, a rodziców usprawiedliwiam, gdyż byli przepracowani. Wszystko, cokolwiek potrzebne było do życia przychodziło tak ciężko.

 

zagraj mi grajku poeto

zagraj mi grajku-poeto
tę rzewną piosnke sprzed lat,
kiedy byłam jeszcze mała
i kiedy innym był świat.

grajek grę począł i nutka zadrgała
i cóż widzę? tam dziewczynka mała,
zamknięta na klucz koła okna stoi...
ruszyć się wszak z tego miejsca boi.

tam głębiej, wewnątrz, panuje już ciemność nocy.
ona przytula swego kotka z całej mocy...
i głaszcze go i całuje.
i miłość dziecięcą kotu okazuje.

a kiedy nazajutrz światło do okna zagląda,
ciekawie przez szybę dziewczynka spogląda.
i słyszy zza ściany sąsiadki wołanie,
a jakże przyjazne, niezwykłe śpiewanie:
na skrzypeczkach tyniu, tyniu!
na basetli bum, bum, bum!

hej, grajku, uderz w inną nutę!
czy mam ciągle odprawiać pokutę
za grzechy i winy niczyje?
modlitwa moja i tak ich nie zmyje!

lecz grajek gra i grać nie przestaje.
zamykam oczy i tak mi się zdaje,
że tam - mroźny śnieg pada. taka zawierucha!
na dworze nikogo, żywego ducha!

ależ nie! tam dziecko małe!
bez rękawiczek! zziębnięte całe!
teczkę w zgrabiałej rączce trzyma.
wszak teczka rączki się nie ima.

wiatr wieje. śnieg śnieży.
dziecko do czyjegoś domu bieży
i o pomoc prosi.
zgrabiałe rączki do góry podnosi.

ręce i nogi do wody wkładaj,
ciepłą potrawę dziewczynce podają.
herbatę gorącą z miodem i cytryną,
a także z przetworów wyborna malina.

jest dobrze. grajek zmienia nutę.
jest ciepło, spokojnie. odprawiono juz pokutę.
Wybaczono grzechy, wybaczono winy,
nie pytano o powód i grzechu przyczyny.

autor: australijka


Załączam jeszcze kilka wierszy przeze mnie napisanych pod nickiem australijka, publikowanych na polskich portalach amatorskiej poezji. Wiersze jednego z portali, również moje, będą przedstawiane w polskim radio internetowym.

Posiadam gotowe recytacje na Mp3 - z chęcią prześlę zainteresowanej osobie.
Kontakt:
skype: danuta.duszynska2 Perth
gg 9270457
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

 

treści lata

tego roku latem grzało nieprzytomnie
a w ogrodzie róże kwitły purpurowo
pelargonie i maciejki kwiaty wonne
w płatkach kwiecia brzmi zaklęte ciepłe słowo

tajemnicze ciche szepty nad zatoką
w muszli morskiej zapisane treści lata
tam muzyka taniec walca się zabłąkał
razem z wiatrem wydmy piasków porozmiatał

wierzba płacze gałęziami liście trąca
biała brzoza jakoś smutno szumi z cicha
pewnie szkoda jej letniego blasku słońca
i kochanków na polanie już nie widać

biały bocian wnet szykuje się do drogi
a wiewiórki układają plan zapasów
już niebawem przyjdą deszcze nocne chłody
wnet umilkną romantyczne chory ptasząt

żegnaj lato rozśpiewane roztańczone
wracaj szybko kolorowo promieniście
z pełnym workiem wonnych malin i poziomek
w rytmie tanga niech rozdźwięcza nutki skrzypiec

 


myśli nieuczesane

/u mnie pachnąca wiosna - marzenia na nowo ożyły/

kłębią się myśli nieuczesane
brak w nich porządku zdrowej logiki
raz marzeniami wymalowane
radością dusza zgoła aż kipi

by potem znowu rozsadek górą
w ryzy i szpony związał dokładnie
ułożył myśli w logiczny format
a już marzenie po trosze słabnie

może by trwało tak w śnie głębokim
gdyby nie wiosna pachnąca kwiatem
odkryła prawdę jakże ubogim
w swej logiczności jesteś bez pragnień

na nowo serce znowu ożyło
z naręczem pięknych zbudzonych marzeń
chcą trwać niezwykłą zieloną chwilą
co dobra wiosna dała im w darze

Autor: australijka


Przy okazji uprzejmie informuję Państwa o działalności polskiego radia internetowego, gdzie przez dwie godziny nadajemy audycje poetycko- muzyczną, pięknie recytowana przez Tadeusza63 oraz innych autorów wierszy amatorskich. również będziecie mogli posłuchać niektórych moich pozycji z moją recytacją. Radia należy słuchać w piątki o godz. 7 pm australijskiego czasu albo nocą z poniedziałku na wtorek /o 2 w nocy/.
http://www.muzykamilasercu.dbv.pl/news.php