Początek:

Dziwna to rzecz - serce ludzkie, a kobiece w szczególności.

Michał Lermontow

Tasmania - wyspa pachnąca lawendą (Australia) Drukuj Email
Poznaj i zrozum świat - Poznaj i zrozum świat
Wpisał Małgorzata Larecka   
Środa, 15. Lipiec 2009 19:15

Na Tasmanię poleciałam po miesięcznym pobycie na Gold Coast, najbardziej luksusowej części australijskiego wschodniego wybrzeża. W Melbourne przesiadłam się do samolotu australijskiej linii lotniczej dantas, by po godzinie lotu znaleźć się w drugim co do wielkości mieście Tasmanii - Launceston. Było to w czasie pełni lata na antypodach - w grudniu i styczniu. Bilet w obie strony nie był więc tani, bo zapłaciłam za niego 137 AUSD.

Samolot zniżył się na tyle, bym mogła ujrzeć wyspę. To, co zobaczyłam w pełnym słońcu, przeszło moje oczekiwania! Do głowy mi nie przyszło, że po krajobrazie pełnym zieleni i złocistych plaż nad oceanem o odcieniu lazuru ujrzę brunatne ogromne połacie czegoś, co potem okazało się wielokilometrowym tasmańskim buszem. Dostrzegłam spalone suszą trawy i ziemię w odcieniu ceglastego brązu. Ujrzałam szerokie plaże o białawym piasku, na nich zaś ogromne, powulkaniczne głazy.

Ceny biletów na wyspę zależą od pory roku, linii lotniczych oraz miasta, do którego się udajemy. Samoloty Qantas odlatują z Melbourne lub Sydney do Launceston, Hobart, Burnie, Devenport i Wynyard. Samoloty tańszej linii Virgin Blue latają z różnych miast Australii do Melbourne, gdzie odbywa się międzylądowanie. Ponadto na wyspę kursują z Melbourne dwa szybkie promy o nazwie „Spirit of Tasmania", zabierając jednorazowo 1400 pasażerów i 650 pojazdów.

„Tasmania - your natural state"

 

Takie napisy widnieją na tablicach rejestracyjnych tutejszych samochodów. I jest to niezaprzeczalna prawda. Przemierzając wyspę wzdłuż i wszerz samochodem terenowy wraz z mieszkającymi tu Polakami, przekonałam się, że nigdzie nie widziałam tak wspaniale zachowanej przyrody w jej naturalnej postaci, jak na tej wyspie o powierzchni jednej piątej Polski, liczącej zaś zaledwie pół miliona mieszkańców. Od 1 stycznia 1901 roku stanowi szósty, najmniejszy stan Australii. Otaczające ją wody - od północy cieśnina Baasa, od wschodu Morze Tasmana, od zachodu Basen Południowo-australijski - sprawiają, iż żadne miejsce na Tasmanii nie leży dalej od morza niż 115 km.

Wyspa mieni się różnymi barwami zależnie od pory roku. Latem, które trwa od grudnia do lutego, ziemia jest bardzo wysuszona i charakter nadają krajobrazowi wspomniany już eukaliptusowy busz oraz słomkowego koloru trawy. W grudniu ujrzeć można ogromne pola liliowo kwitnącej lawendy. Jej upajający zapach czuje się wtedy wszędzie. W innych porach roku - jak twierdzą Tasmańczycy - deszcze sprawiają, że wyspa jest bardziej zielona, zaś paleta barw bogatsza. Na Tasmanii niemal nie widać ręki człowieka, lecz to tylko pozorne wrażenie - sieć autostrad i dróg przypomina o cywilizacji. Obowiązuje na nich oczywiście, jak w całej Australii ruch lewostronny.

Podczas wielokilometrowych wędrówek przekonałam się, że reputacja kulinarnego raju, jaką szczyci się Tasmania, jest całkowicie uzasadniona. Woda jest nieskażona, pije się ją prosto z kranów, zaś w restauracjach i barach serwuje się świeże przysmaki morza - surowe ostrygi, małże, krewetki, kalmary czy langusty, podawane z przepysznymi sałatkami z dodatkiem świeżych ziół. Świetnie przyrządza się tu jagnięcinę i wołowinę. Wspaniałe są naturalne sery. Jest tu wiele restauracji azjatyckich, w tym najlepsza - kuchnia japońska.

Launceston i dolina rzeki Tamar

Launceston jest trzecim, najstarszym po Sydney i Hobart, miastem Australii. Ta, licząca 70 tysięcy mieszkańców aglomeracja, stanowi dogodne miejsce wypadowe do zwiedzania wyspy. Najwyższym punktem w mieście jest Highstreet, obsadzona palmami aleja, przy której stoją stuletnie domy z czerwonej cegły zbudowane w tzw. stylu federacji. Jest to typowy dla Australii styl, łączący elementy: epoki wiktoriańskiej, kolonialne i nierzadko współczesne. W domu liczącym 120 lat mieszka lekarz, Polak z pochodzenia, Mietek Kuliński wraz z żoną i trójką dzieci. To z nimi odwiedzam romantycznie położone nad rzeką parki: Kings Park i Royal Park z Muzeum Królowej Wiktorii i Galerią Sztuki, udając się doń spadzistymi uliczkami. Doktor Kuliński z dumą podkreśla, że nie jest tu jedynym Polakiem, a w Launceston lekarzem polskiego pochodzenia. Współpracuje na co dzień z Joanną i Andrzejem Snarskimi, którzy wyspecjalizowali się w diagnozowaniu chorób za pomocą metod medycyny nuklearnej. Ich firma prowadzi dwa oddziały tego typu w szpitalach w Launceston i Burnie. Spotkałam też innych Polaków rozsianych po całej wyspie. Wielu pracowało w tutejszych kopalniach, także jako inżynierowie.

Niepowtarzalnym miejscem jest leżący nieopodal miasta Cataract Gorge naturalny rezerwat przyrody. Wśród granitowych skał, ciągnących się wzdłuż rzeki Tamar, zbudowano wiszące mosty i założono wiktoriańskie ogrody z kawiarenkami na powietrzu. Tasmańczycy są dumni, że właśnie tu znajduje się najdłuższy na świecie wyciąg krzesełkowy. Niezwykle żyzna dolina Tamar, na końcu której leży Launceston, słynie z sadów owocowych i upraw winorośli. Stąd właśnie pochodzą najlepsze tasmańskie wina.

Zarówno w Launceston i Hobart, jak i w innych mniejszych miastach jest wiele możliwości taniego zakwaterowania. Najtańsze jest wynajęcie stacjonarnej przyczepy campingowej na polach namiotowych. Do niedrogich należy sieć kwater typu Bad&Breakfast, a także schroniska młodzieżowe The Youth Hostels Association, tzw. backpackers.

Białe plaże

Znaleźć je można na północy i wschodzie wyspy. Te północne charakteryzuje duży odpływ i przypływ, dzięki czemu przez kilka godzin dziennie kąpiele są w miarę bezpieczne. Piasek jest tu wyjątkowo jasny i miałki, zaś ogromne ciemne głazy przydają krajobrazowi tajemniczego uroku. Pierwsi ujrzeli je żeglarze holenderscy. Było to w roku 1642, kiedy to na wyspę dotarł kapitan Abel Tasman. Kolejni przybysze z Europy na cześć odkrywcy nazwali ją Tasmanią. Osadnictwo na szerszą skalę rozpoczęło się tu dopiero na początku XIX wieku. Po zaciekłych walkach z Aborygenami, które - jak zawsze w podobnych sytuacjach - kończyły się ich rzezią, biali zaczęli zakładać farmy i uprawiać żyzną, powulkaniczną glebę, pełną bogatych złóż rud cynku, miedzi, ołowiu, siarki, srebra i złota. W rezultacie brutalnej polityki miejscowa ludność już w połowie XIX stulecia niemal zanikła.

Za najbardziej urokliwe na wschodnim wybrzeżu uchodzą plaże na półwyspie Freycinet. Perełkę stanowi miejscowość Coles Bay, otoczona skałami z różowego granitu. Malownicze domki o zróżnicowanej architekturze ciągną się kilometrami wzdłuż krętych nadmorskich uliczek. Zarówno tu, nad zatoką Great Oyster Bay (Zatoka Wielkiej Ostrygi), jak i na wysepkach w pobliżu Port Sorell, można samemu zbierać te smakowite małże. Nadmorskie miejscowości Tasmanii cechuje coś, co w dzisiejszych czasach jest coraz rzadsze - niebywała wprost cisza.

Wyspa parków i rezerwatów

Parki narodowe, których jest na Tasmanii aż 19, zajmują 25 procent jej powierzchni. Prócz nich są jeszcze mniejsze rezerwaty leśne i wodne.

Największy kompleks tworzą cztery parki położone w południowo-zachodniej części wyspy. Są to: najpiękniej zachowany i najczęściej odwiedzany Cradle Mountain-Lake St. Clair, Walls of Jerusalem, Franklin-Gordon Wild Rivers oraz South West National Park. Na pograniczu tych ostatnich, najbardziej dziko utrzymanych obszarów na wyspie, leżą dwa łączące się ze sobą, największe jeziora Gordon i Pedder.

Odwiedźmy więc Cradle Mountain, wybierając się na mniej więcej dwugodzinną wędrówkę wokół jeziora St. Clair. W czasie spaceru podziwiamy zniewalające surowym pięknem widoki. Sporo tu okazów tasmańskiej sosny, huon pain, wprost uwielbianej przez wyspiarzy, z której miejscowi rzeźbiarze wykonują bardzo pomysłowe, piękne w swej prostocie, przedmioty. Obok sosen rosną tu palmy o niezwykłych kształtach i kilkumetrowej wysokości grubych pniach oraz paprocie. Dwa potężne o charakterystycznym kształcie szczyty odbijają się w przejrzystej, ciemnoszafirowej, tafli jeziora. Z miejscowości Cradle Mountain do Derwent Bridge wiedzie 70-km długości szlak, na którym co roku odbywa się, trwający kilka dni bieg, z udziałem blisko 5 tysięcy uczestników.

Złoto Rosebery

Kilkadziesiąt kilometrów na zachód od Cradle Mountain leży okręg górniczy. Miasteczka Rosebery, Queenstown, Zeehan, czy nadmorski Strahan, liczą dziś niewiele ponad tysiąc mieszkańców i są jakby żywcem wyjęte z XIX-wiecznego filmu o Dzikim Zachodzie. Ich okres prosperity minął, kiedy pozamykano tu ostatnie kopalnie. Złoto odkryto w Rosebery w 1891 roku, zaś ostatnią dużą kopalnię Herkules Mine zamknięto w 1986 roku. Dość powiedzieć, że na przełomie wieków Rosebery liczyło 40 hoteli, a słynące ze złóż srebra Zeehan - 26. Strahan był ongiś  portowym miastem, do którego dostarczano koleją   surowce, m.in. złoto i srebro, stąd zaś płynęły dalej w świat. Do dziś jeżdżą pociągi z tamtego okresu, lecz jest to tylko atrakcja turystyczna. Parowe lokomotywy i stare wagony przyciągają wzrok i dostarczają atrakcji turystom. Aby posmakować dawnego uroku, udajemy się najdłuższą i najciekawszą z tras pociągiem ABT Rack&Pinion Railway z Queenstown do Strahan.

Stąd już tylko krok na kolejne przepiękne, bardzo szerokie plaże Oceanu Indyjskiego. Warto wdrapać się na wysokie usypisko wydm i doczekać tam zachodu słońca, by podziwiać z nich ocean i plaże skąpane w pomarańczowej poświacie.

W Hobart

Mimo upalnego dnia, jadąc krętą szosą ku stolicy wyspy - Hobart, wzdłuż szerokiej River Derwent z jednej strony, a wzgórzem Welligton z drugiej, czuje się chłodny powiew. Trudno się oprzeć wrażeniu, że Antarktyda, mimo iż odległa co najmniej o 2,5 tys. km, jest od południa najbliższym lądem...

Hobart, 175-tysięczną stolicę Tasmanii, założono w 1803 roku. Wielonarodowościowy klimat miasta tak naprawdę czuje się na jednym z jego najciekawszych miejsc - sobotnim bazarze Salamanca. Niepowtarzalna atmosfera tego miejsca bierze się stąd, że wyroby tu sprzedawane są dziełem artystów i rzemieślników, stylem powracających do dawnych tradycji. Można tu usłyszeć zespoły muzyczne z całego świata i popatrzyć na wędrownych kuglarzy.

Z Hobart jedziemy samochodem na wzgórze Wellington (1270 m n.p.m.), gdzie ogromne głazy, ostre powietrze i mgła ścieląca się na szczytach, przywodzą na mysi kraniec świata. Parę godzin później, znajdując się o 25 km od Hobart, na wzniesieniu Faulkner, odnoszę podobne wrażenie. Wieczorem przy ognisku wypatrujemy Krzyż Południa i gwiazdozbiór Oriona, które przy czystym niebie w chłodnym powietrzu są doskonale widoczne.

Klimat na Tasmanii jest bardzo bodźcowy, turyści wchodząc na kilkusetmetrowej wysokości wzniesienia myślą, że są niegroźne. Tymczasem panują tam takie warunki atmosferyczne, jak gdzie indziej na dwukrotnie wyższym poziomie. W lasach mięsożerne tasmańskie diabły, niewielkie czarne gryzonie o bardzo mocnych szczękach, wychodzą nocą w poszukiwaniu pożywienia. Nie są groźne dla człowieka, o ile nie poczują zapachu krwi.

Przemierzając bezdroża Tasmanii, widzi się na szosach kangury, żywe bądź martwe, potrącone przez samochody. Poznając bliżej życie tej niecodziennej wyspy ma się wrażenie, iż jest to ostatnie miejsce na ziemi, gdzie natura pozostała w nienaruszonym od wieków stanie, a gęstość zaludnienia sprawia, że człowiek spotykając innego człowieka pozdrawia go jeszcze z uśmiechem.


MAŁGORZATA LARECKA

ANGORA-PERYSKOP nr 50, grudzień 2005