Początek:

Miłość jako nasionko leśne z wiatrem szybko leci, ale gdy drzewem w sercu wyrośnie, to chyba razem z sercem wyrwać ją można...

Henryk Sienkiewicz

Na plażach Ko Samui (Tajlandia) Drukuj Email
Poznaj i zrozum świat - Poznaj i zrozum świat
Wpisał Małgorzata Larecka   
Środa, 27. Sierpień 2008 22:15

Tajlandia uważana jest za jeden z najbogatszych i najpiękniejszych krajów Azji Południowo-Wschodniej. Mimo powikłanej historii, nigdy nie stała się kolonią. Dziś magnesem przyciągającym tu turystów są jej przepiękne tropikalne wyspy. Zyskały tym bardziej na popularności, gdy najczęściej odwiedzana od ponad 30 lat Pattaya przeistoczyła się w dużą i zanieczyszczoną aglomerację.

Rolę mekki turystycznej przejęła od niedawna maleńka wyspa Ko Samui, przylegająca do południowo-zachod-niego wybrzeża Zatoki Syjamskiej i licząca 280 km kw. powierzchni. 25 km z północy na południe i 22 km ze wschodu na zachód. Jest jedną z blisko 50 w większości bezludnych wysepek, należących do Morskiego Parku Narodowego zwanego Ang Thong. "Odkryli" ją kilkadziesiąt lat temu backpackersi, turyści z plecakami, poszukujący dzikiego, tropikalnego raju. Dziś także można ich tu spotkać, ale w znacznym stopniu wyparli ich zamożni goście z Europy, Izraela, Kanady czy Australii.

Zamieszkałam przy głównej plaży Chaweng (plażami nazywa się tu miejscowości), na południowo-wschodnim wybrzeżu. Tu są najpiękniejsze i najszersze plaże, i najczyściejsza, o nieprawdopodobnie turkusowym kolorze, woda. Podobnie jest w Lamai, drugiej po względem popularności plaży, leżącej na południu. Na szczęście na Samui zabroniono budowy wysokich obiektów. Większość z nich, nawet te najbardziej luksusowe, jak np. Central Beach Resort, Chaweng Buri Resort, Buri Rasa Village Resort, utrzymano najczęściej w typowo tajskim stylu. Otaczają je przepięknie utrzymane ogrody, pełne rzadkich gatunków palm, bambusów i kwiatów. Są tu też maleńkie buddyjskie, bardzo kolorowe kapliczki, w których co wieczór obsługa hotelowa ustawia miseczki z jedzeniem dla Buddy. Takich kapliczek jest wiele, nawet w prywatnych domostwach. Mają one przynosić szczęście ich mieszkańcom.

Jedyna droga na Samui, będąca także główną ulicą dla każdej z plaż-miasteczek, otacza wyspę wokół i liczy blisko 80 km. Od wczesnych godzin popołudniowych panuje na niej nieopisany zgiełk i warkot motocykli i taksówek. Samochodów prywatnych jest bardzo mało. Niemal co wieczór, jeśli nie idę do którejś z przepięknie zaaranżowanych restauracji przy plaży, kilometrami przemierzam tę ulicę, na której, by przejść bezpiecznie, trzeba być nieomal akrobatą. Co chwilę jestem nawoływana przez właścicieli lub sprzedawców któregoś ze sklepów (nie mają ścian od ulicy), restauracji, salonów masażu bądź agencji podróży, w których zazwyczaj są także kawiarenki internetowe. Sporo tu zakładów krawieckich, podszywających się pod najbardziej

znane firmy światowe.

Tajowie przodują w podróbkach odzieży najlepszych firm - można tu uszyć sobie trzy męskie garnitury "od Armaniego", w niczym nie odbiegające od oryginałów, za to w cenie jednego kupionego w Niemczech.

Restauracje wyrastają niczym grzyby po deszczu. Nietrudno nawiązać kontakt z ich właścicielami. W tych lepszych, ze względu na ceny, zamawiam najczęściej przepyszny shake (banany zmiksowane z ananasem bądź mleczkiem kokosowym). W pobliżu mego hałaśliwego hotelu 32-letni Birmańczyk Tiu Ko Lat i jego tajski wspólnik dopiero co otworzyli restaurację. Gdy dziwię się, jak doszedł do sporych pieniędzy w tak młodym wieku, opowiada, że przez 5 lat uczył się w szkołach dla kucharzy i menedżerów restauracji w Dubaju, pracując w dobrych hotelach. Tak można zaoszczędzić na lokal w Tajlandii.

Podczas mego pobytu otwarto tam cztery restauracje pod wspólną nazwą "Out of Africa", których właścicielami jest grupa Afrykanerów. Życie dla białych stało się w tym kraju trudne i niebezpieczne, toteż rozpierzchli się po świecie. Andre Sonnekus, jego koledzy i ich rodziny wybrali właśnie Samui. Andre, jeden z głównych współudziałowców, zarządza zaledwie zadaszonym, ale urokliwym lokalem specjalizującym się w rybach i owocach morza, a także w serwowaniu win najlepszych światowych marek. On, jego syn i wspólnicy pracują po 12-14 godzin na dobę, na równi z resztą załogi. Trzy razy w tygodniu gra tu jazz-band orchestra ze swingującym angielskim piosenkarzem Martinem. Ten 52-letni inżynier od siedmiu lat szuka swego miejsca na ziemi i twierdzi, że chyba znalazł je tu, na Samui... Takich jak on, "obywateli świata", spotyka się tu często, mimo że osiedlić się na stałe w Tajlandii nie jest łatwo. Można tu mieć pracę, ziemię czy dom na własność (i to tylko po zawarciu związku małżeńskiego z obywatelem Tajlandii lub wejściu w spółkę z Tajem) i latami otrzymywać okresową wizę, najdłużej na rok, co oznacza, że po tym czasie choćby na dobę należy opuścić Tajlandię.

Poznałam sporo młodych Tajek (starszych kobiet na Samui prawie się nie widzi), które zjechały tu z różnych rejonów kraju, najczęściej z ubogiej północy, w poszukiwaniu pracy w turystyce. Większość z nich podczas trwającego kilka miesięcy sezonu nie ma ani jednego dnia wolnego! Spotkałam też podróżników, którzy wybrali się w samotną podróż, by odreagować swe problemy czy zabliźnić rany po trudnych przejściach... 40-letni Niemiec Elmar, menedżer w dużej firmie komputerowej, po raz trzeci odwiedził Samui, poprzednio po śmierci ojca, teraz po zerwaniu z dziewczyną. Izraelczycy - młodzi i starsi - tłumnie odwiedzają oddaloną od Samui przepiękną wysepkę Ko Pha Ngan, gdzie co miesiąc, przy pełni księżyca, odbywa się szalone Moonlight Party.

Szalona noc przy pełni księżyca i mnie oszołomiła. Otwarte do świtu przepięknie udekorowane, jak to tylko Tajowie potrafią, restauracje na plaży, muzyka, przepyszne jedzenie (płaci się tylko za drinki). Pary kochają się w wodzie i na plaży... Podróż w obie strony busem, potem promem, kosztuje około 400 batów. Ale trzeba też wynająć bungalow, za który zapłaciłam 1000 batów.

Na wyspie nie można opuścić cudów natury, jakimi są "Grandfathers" i "Grandmothers", skały, które spłatały człowiekowi figla. Jedna z nich ma kształt okazałego penisa, zaś drugą, przypominającą narząd żeński, ściśle chronią przed okiem człowieka oblewające ją wody. Zatrzymujemy się, by obejrzeć

wyszkolone małpy

zrywające kokosy, pokaz tresury królewskiej kobry, rezerwat motyli. Tym, którzy mają ochotę, oferuje się przejażdżki na słoniach. A na koniec romantyczny zachód słońca w Nathon. Atrakcyjne są safari w dżungli, całodzienny połów ryb na pełnym morzu albo wycieczka (za 2000 batów) do Marinę National Park.

Samui to miejsce dla tych, którzy kochają ciepłe morza i gorące plaże, a więc m.in. dla nurkujących, surfujących i lubiących szaloną jazdę jetski, czyli wodnymi skuterami. Można nie schodzić z plaży i mieć tu wszystko, co potrzebne do życia, o czym przekonałam się po przeprowadzce z hałaśliwego hotelu, otoczonego kilkoma niemilknącymi do rana dyskotekami z karaoke. Zamieszkałam w najtańszym z bungalowów (cena taka jak w hotelu - 500 B za dzień), w pięknym ogrodzie resortu King's Garden, kilkanaście metrów od plaży.

Kręcący się po plaży wędrowni sprzedawcy, przyjaźni i żartujący z turystami, oferują wszystko: obrane ananasy, banany, mango i kokosy po wegetariańskie lumpie, grillowane mięsa, ciuchy i ręcznie robioną biżuterię. Tylko raz zdarzyło mi się, że sprzedawca narzuty na łóżko proponował mi kupno marihuany i koki. W kraju, gdzie za posiadanie narkotyków grozi

kara śmierci,

lepiej nie wdawać się w dyskusję z podobnym osobnikiem. Rezydujący na wyspie od sześciu lat Anglik ostrzegł mnie, że są to najczęściej ludzie współpracujący z policją.

Około godziny 17 plaże w Chaweng i Lamai przemieniają się w ciąg eleganckich restauracji. Tajowie, słynący z pracowitości, wystawiają stoły z poszczególnych lokali, nakrywają je kolorowymi obrusami i przybierają kwiatami. Wbijają w piasek sztuczne palmy, które pełnią rolę lampionów, i bambusy obwiedzione sztucznymi girlandami kwiatów. Do dyspozycji sybarytów są łoża z pufami i kolację można spożyć w pozycji półleżącej... W restauracjach odbywają się też wesela - trzykrotnie udało mi się obejrzeć przy plaży ceremonię ślubną.

Kuchnia tajska jest jedną z najlepszych na świecie. Wyrafinowanych smaków dodają jej niezliczone przyprawy, m.in. trawa cytrynowa, limonetki i odmiany kolendry. Jednocześnie to jedna z najtańszych kuchni świata. A już całkiem tanio można przeżyć, żywiąc się w sieci barów Ninja Crepes, oferujących stały zestaw 270 potraw!

Życie nocne to odrębny rozdział tajskich rozrywek. Dla młodych i tych, którzy chcą "wyłuskać" młodą Thai-girl lub boya, odpowiednim miejscem jest z pewnością najsłynniejsza na wyspie dyskoteka "Green Mango". Może to być "Q Bar", albo "Regge Pub". Przez pierwsze dni pobytu odwiedzałam kluby - "The G-bar" i "Amsterdam", w których występowali popularni tu, pełni seksapilu, transwestyci i transseksualiści.

Pewnego wieczoru z ciekawym jak ja Avim, dziennikarzem z Tel Awiwu, wybraliśmy się do pustawych malutkich barów, odpowiedników domów publicznych. Pustawych, bo na ogół mężczyźni wolą nie mieć wrażenia, iż mają do czynienia z prostytutkami. Wybraliśmy milutką Bom. Już po chwili jak spod ziemi wyrosła obok mnie dziewczyna o imieniu Roxy, oświadczając, że gustuje wyłącznie w kobietach... Dziennikarska ciekawość wzięła górę. Spytaliśmy Bom, ile bierze za noc "w trójkącie". Natychmiast pojawiła się uśmiechnięta, nieco starsza Tajka i rozpoczęło się targowanie. Stanęło na 2400 B dla Bom i 400 B dla "klubu". W międzyczasie wyglądająca młodziutko i niewinnie dziewczyna zwierzyła mi się, że ma 35 lat i dwójkę dzieci, których nie widziała od dwóch lat, bo podróż na północ kraju jest kosztowna. A mąż porzucił ją już dawno. Obiecaliśmy, że powrócimy jutro...

MAŁGORZATA LARECKA

 

INFORMACJE PRAKTYCZNE
WIZA: ze względu na częste zmiany przepisów wizowych należy zasięgnąć rzetelnej informacji w Ambasadzie Królestwa Tajlandii, ul. Willowa 7, tel. (0-22) 849 26 55. Informacje podawane na stronach internetowych, m.in. różnych biur podróży, są często nieaktualne. Wizę dwutygodniową można uzyskać na większości lotnisk w Tajlandii, jednak bez możliwości przedłużenia. Dlatego gdy ktoś wybiera się na dłuższy pobyt, musi starać się o wizę w ambasadzie. Można ją otrzymać tylko na 28 dni (kosztuje 100 zł) i przedłużyć na miejscu - koszt następnych 28 dni wynosi 1900 B. Zaproszenie nie jest wymagane.
LOT: ceny biletów do Bangkoku są bardzo zróżnicowane (od 2600 do około 4000 zł), zależnie od pory roku i linii lotniczych. W razie nieprzewidzianych sytuacji (np. opóźnienia z powodów złych warunków atmosferycznych), doradzam stanowcze upominanie się o miejsce w hotelu,
Jak dotrzeć na Samui? Najwygodniej i najszybciej samolotem z lotniska krajowego w Bangkoku (12 do 14 lotów dziennie). Cena biletu - około 4000 B. Pierwszy i ostatni lot jest tańszy. Podróż autobusem i potem łodzią do Nathon trwa kilkanaście godzin.
KIEDY JECHAĆ: w Tajlandii są trzy pory roku: deszczowa - od czerwca do października, chłodna - od listopada do lutego i gorąca - od marca do maja. Większość turystów wybiera porę chłodną.
KOMUNIKACJA: obowiązuje ruch lewostronny. Do dyspozycji turystów są: małe motocykle (najtańsze, o cenę należy się targować), żółte taksówki z taksometrami lub większe, zadaszone, zabierające kilka osób (zapłata do negocjacji).
HANDEL: w miejscach turystycznych sklepy i bazary oraz kawiarenki internetowe czynne są od godz. 10 rano do północy. Targowanie się jest mile widziane.
OBYCZAJE: nie wolno wywozić posążków Buddy, chyba że za specjalną zgodą Ministerstwa Kultury. Pod żadnym pozorem nie wolno obrażać króla ani jego małżonki. Przed wejściem do domów, a nierzadko i innych pomieszczeń, należy zdjąć obuwie. W restauracjach zwyczajowo daje się napiwki.



**********************************************



Zródło: ANGORA - PERYSKOP nr 19, 13 maja 2007 r.


W przygotowaniu materiału wykorzystałem zdjęcia następujących autorów:
Alfred Molon, asiatraveltips.co.,Carino, Ngoc, Jesse, Paul H.