|
W samym sercu wysokich południowoamerykańskich Andów, na pograniczu Peru i Boliwii leży Titicaca - najwyżej położone na świecie (3812 m n.p.m.) żeglowne jezioro. Nie tylko stare indiańskie legendy i wierzenia okolicznych ludów, lecz także współczesne badania naukowe sugerują, że jego granatowo-szafirowe wody kryją wiele nierozwiązanych tajemnic.
To również jedno z największych na świecie jezior jest pozostałością dawnego śródlądowego morza, znanego jako Lago Ballivian. W odległych czasach zajmowało o wiele większą powierzchnię niż dziś. Niektórzy badacze twierdzą nawet, że cały teren dzisiejszego płaskowyżu boliwijskiego zwanego Altiplano zalany był przed wiekami wodą. Obecnie powierzchnia jeziora wynosi 8300 km2, długość ponad 230, a szerokość 97 km. Miejscami jego głębokość sięga 350 m! Mimo że leży ono w strefie podzwrotnikowej, jego słone wody są bardzo zimne: minimalna temperatura wynosi +6°C, maksymalna zaledwie +13,5°C. Od maja do sierpnia wieją tu silne wiatry.
Wyspa Słońca
Wyspy Słońca (Isla del Sol) i Księżyca (Isla de Luna) stały się celem naszej podróży, gdy o świcie wyruszyliśmy samochodem z położonej niedaleko stolicy Boliwii La Paz do miejscowości Yampupata, by wsiąść na czekający tam na turystów katamaran. Właśnie od Wyspy Słońca pochodzi nazwa jeziora, ponieważ zwano ją niegdyś Skałą Pumy, czyli po inkasku Titicaca, i oddawano cześć bogu symbolizującemu tego dzikiego kota.  Wody Titicaca tworzą wręcz nierealną, ciemnoniebieską plamę w środku posępnego górskiego krajobrazu. Na jeziorze jest wiele wysp, w większości niezamieszkanych, lecz jedną z nich, właśnie Wyspę Słońca, odwiedza każdy, kto zdecyduje się na tę fantastyczną wycieczkę. Tam wedle wierzeń Inków miał się narodzić brodaty, biały bóg Viracocha oraz pierwsi Inkowie: Manco Capac i jego siostra, a zarazem żona, Mama Huaca. Indianie z plemion Ajmarów i Keczua po dziś dzień wierzą w te legendy, a Isla del Sol jest dla nich miejscem świętym. Znajduje się tam kilka maleńkich wiosek, z których największa jest Cha'lla. Podczas naszego spaceru co chwilę natrafiamy na starożytne ruiny z okresu inkaskiego. Na jednym ze wzniesień dostrzegam bielejący budynek nowoczesnego, komfortowego hotelu. Z cypla wyspy roztacza się piękny widok na szczyt Nevado il Ampu (7010 m n.p.m.).
Odwiedzamy też chatę pracownię, w której podejmuje nas indiański budowniczy trzcinowych łodzi Paulino Esteban, znany w środowiskach żeglarzy skandynawskich i amerykańskich. Wykonuje się je prastarymi metodami. Łodzie są tak skonstruowane, że mogą brać udział w wielodniowych rejsach. Odwiedziliśmy też chłodne jaskinie stanowiące Muzeum Kultury Ajmarów. W odrębnej, jasno oświetlonej jaskini ujrzeliśmy manekiny dwóch naturalnej wielkości postaci. Odziano je w kapiące od złota, wysadzane kamieniami, paradne - ważące wiele kilogramów - stroje świąteczne. Zgromadzono tu ich dawne ozdoby ze złota, narzędzia służące do codziennej pracy, a także ryciny informujące, że umieli oni wykonywać skomplikowane zabiegi chirurgiczne, m.in. trepanację czaszki... Prawdziwy indiański szaman czekał na nasze przybycie na jednym z cyplów. Dostąpiliśmy zaszczytu uczestniczenia w tradycyjnym obrzędzie. Stanęliśmy z grupą turystów z różnych zakątków świata przed kamiennym stołem nakrytym barwną narzutą, zastawionym tajemniczymi przedmiotami. Szaman działa wraz ze swym pomocnikiem. Odziany jest w białe spodnie i takąż koszulę, barwną indiańską kamizelkę, na szyi zawieszoną ma wełnianą torbę, głowę zaś nakrytą typową, dzianą na drutach, boliwijską czapeczką. W skupieniu unosi gliniane naczynie z żarzącymi się węglami i wonnymi ziołami, po czym zwraca się ku słońcu, oddając mu hołd. Wykonuje mnóstwo tajemniczych czynności, przez cały czas mówiąc coś w języku Keczua. Pomocnik roznosi wśród uczestników ceremonii kolorowe kostki z wyrytymi na nich tajemniczymi symbolami. Na mojej, w kolorze różowym, są dwie zwracające się ku sobie postacie. Chciałam schować ją na pamiątkę, lecz po tym, jak każdy z obdarowanych wymienił swe imię, pomocnik szamana zabierał kostki, wrzucając je do ognia. Potem pochylamy głowy, zaś indiański mag polewa je wodą, tym samym udzielając nam błogosławieństwa. Błogosławi też kraj, z którego przybyliśmy. Przewodnik informuje nas, że uczestniczyliśmy w prastarej ceremonii na świętej wyspie imperium Inków. Ma ona zagwarantować nam spokój, radość i szczęśliwe życie w zgodzie z naturą oraz odpędzić złe moce. Wielu z nas odczuło podniosłość chwili i nastroju. Może stare indiańskie obrządki uprawiane do dziś kryją głębsze wartości niż tylko pokaz dla turystów?
Wracając do brzegu, spoglądam jeszcze na oddaloną o jakieś 10 km od Isla del Sol, znacznie mniejszą od niej Wyspę Księżyca. Mieścił się tu niegdyś klasztor kapłanek słońca. Potem w jego murach było jedno z najsurowszych więzień, skąd ucieczka była niemożliwa, bo wody jeziora są lodowate, a do lądu zbyt daleko.
Mityczna kolebka kultury Inków
Największym miastem leżącym na południowym brzegu jeziora, tuż przy granicy z Peru, jest Copacabana. Od XVI wieku, odkąd podarowano miastu wizerunek Matki Boskiej Gromnicznej, stało się ono obiektem licznych pielgrzymek. Rokrocznie przybywają tu tysiące pobożnych Indian nawet z odległych rejonów Peru i Boliwii. Obecnie Madonna ta uznawana jest za patronkę Boliwii. Kiedy nie ma fiest, Copacabana zamienia się w senne miasteczko, stanowiące dogodną bazę wypadową dla turystów i archeologów wciąż badających ten rejon. Ostatnim odkryciem, wydarzeniem zaledwie sprzed paru tygodni przed naszym przybyciem jest zlokalizowanie przez grupę międzynarodowych archeologów płetwonurków na głębokości 20 m fragmentu drogi, muru długości 700 m oraz ruin świątyni o wymiarach 250 na 50 m.
Wszystkie te obiekty pochodzą i okresu panowania tajemniczej kultury Tiwanaku. Prace prowadzone są bardzo intensywnie, szczególnie w okolicy Wyspy Słońca. Przypuszcza się, że pozostałości preinkaskiej kultury Tiwanaku znikły pod wodą w rezultacie gwałtownego przyboru wód jeziora. Rozwijała się ona około dwu i pół tysiąca lat temu - od 1500 r. p.n.e. do 1000 r. p.n.e. Zapoczątkowane w 1956 roku badania odkryły na dnie jeziora zatopione miasto. Z relacji amerykańskiego nurka W. Mardoffa wynikało, że trafił on pod wodą na ruiny. Pod koniec lat 60. jeden z badaczy argentyńskich odkrył na dnie Titicaca całą aleję wykładaną kamiennymi płytami, o długości kilkuset metrów. Znalazł też mury bardzo dziwnie ustawione: ściany oddalone od siebie mniej więcej o 5 m, złączone podstawą w kształcie półksiężyca, utworzoną z sześciennych głazów. Dotychczas znaleziono 30 takich murów. Nigdzie w Ameryce Południowej nie natrafiono na podobną konstrukcję architektoniczną. Odkrycia te wskazują, że rejon musiała nawiedzić jakaś wielka katastrofa, o której do dziś wspominają opowieści Indian.
Zima w La Paz
Niezależnie od pory roku temperatura potrafi spaść tu poniżej zera. Nic dziwnego. Jest to najwyżej położona stolica świata, usytuowana na wysokości ponad 4 tys. m n.p.m. Zwiedzając to pełne kontrastów miasto, trudno się zgubić, bowiem od jednej szerokiej arterii przelotowej, ciągnącej się wzdłuż wąwozu rzeki Choqueyapu, odchodzą boczne uliczki, pnące się wysoko w górę. Żeby powrócić do głównej avenidy, wystarczy po prostu zawrócić w dół. Droga do centrum zabudowanego wieżowcami wiedzie przez zaniedbane, wręcz obskurne i pełne śmieci przedmieścia. Nowoczesne centrum La Paz zbudowano na dnie i zboczach potężnego kanionu. W pogodny dzień można ujrzeć górujący w dali, pokryty czapą śniegu potrójny wierzchołek lllimani (6400 m n.p.m.). Wszystko to sprawia, że miasto w dzień słoneczny wydaje się niezwykle malownicze. Niestety, latem deszcze padają tu niemal codziennie, za to zimą, choć jest znacznie chłodniej, powietrze jest czyściejsze.
Na tych wysokościach co wrażliwsi mogą doświadczyć pewnych symptomów choroby wysokościowej, czyli ASM (acute mountain sicknes).
Niezwykłej egzotyki i barwności dodają miastu Indianie, którzy tabunami przybywają tu codziennie z małych wiosek, by handlować wszystkim, czym się da, a więc robionymi na poczekaniu wyrobami z wełny lam, ręcznie tkanymi chodniczkami, drewnianymi figurkami. Za jednego dolara wręczonego Indiance w charakterystycznym maleńkim kapelusiku i mnóstwie grubych spódnic do ziemi dowiedziałam się, że w ciągu dnia, gdy robi się cieplej, spódnice te są zdejmowane i służą np. do drzemki w czasie sjesty. Zaś niezwykle grube czarne warkocze Indianki zawdzięczają... lamom. Po prostu obcinają im część dorodnych ogonów i wplatają ich włosie w warkocze.
Targ Czarownic,
czyli Mercado de los Brujos, odwiedziliśmy któregoś zimnego wieczoru. Zmrok potęgował panującą w tym miejscu dziwów i zastraszających przedmiotów niesamowitą atmosferę. Oto np. płód lamy zakonserwowany w słoiku, kot zasuszony w całości, czyjeś kości, wypchana głowa nieznanego ptaka o niesamowitym spojrzeniu...
Przychodzą tu przede wszystkim ci, którzy potrzebują magicznych przedmiotów, np. by rzucić urok na innych - zły albo dobry, zależnie od potrzeby. O zawrót głowy przyprawić może ogromna ilość różnokolorowych buteleczek z dziwną zawartością i słoików wypełnionych różnorakimi maściami. Jest też mnóstwo suszonych ziół. Za odpowiednią opłatę można zamówić rzucenie klątwy na znienawidzoną osobę albo odczynienie uroku.
Zainteresowała mnie jedna buteleczka, wypełniona białym jak mleko gęstym płynem. Dzięki jednemu Boliwijczykowi dowiedzieliśmy się, iż jest to wyciąg z rośliny halucynogennej. Osoba, która ma kłopoty ze swym "duchem", inaczej mówiąc nie może poradzić sobie ze swymi problemami psychicznymi, przez kilka dni musi popijać wodę z kilkoma kroplami tegoż płynu. W końcu mikstura wywołuje stan śpiączki.
Najtłoczniej jest tu podobno przed świętami i religijnymi festynami. Na przykład podczas niezwykle uroczyście celebrowanego święta Alasita w La Paz czci się Ekko-Karła. Każdy chce zobaczyć to maleńkie bóstwo opiekujące się domem, przynoszące radość i pomyślność. Bóstwu składa się w ofierze przeróżne przedmioty, słodycze, liście koki, zasuszone zwierzęta, a nawet bilety na loterię. Z kolei w doroczne święto Fiesta del Espiritu ofiarami dla Matki Ziemi (Pacha Mama) są małe lamy.
W Boliwii aż roi się od czarowników i wróżbitów. Mają oni decydujące zdanie we wszystkich życiowych problemach, i to nie tylko mieszkańców wiosek. Swych doradców wróżbitów mają nawet członkowie rządu i inne osoby wysoko postawione w hierarchii społecznej.
MAŁGORZATA LARECKA ANGORA-PERYSKOP nr 41 (14.10.2007)
|