Filipiny, państwo w Azji Południowo-Wschodniej, leżące na ponad 7100 wyspach, nie jest popularnym celem wyjazdów organizowanych przez polskie biura podróży. Podczas dwuipółmiesięcznego pobytu w jednej z wiosek-kurortów Matabungkay, oddalonej od Manili o 110 km na południe, próbowałam znaleźć odpowiedź, dlaczego tak się dzieje.
Byłam tu po raz pierwszy przed siedmioma laty na targach turystycznych. Odwiedzając Manilę po raz wtóry w tym roku, stwierdziłam, że w tej 12-milionowej aglomeracji, nic się nie zmieniło, prócz tego, że zwiększyła się liczba pojazdów. W związku z tym, także i smog wiszący nad miastem. Rozciągnięta na blisko 650 km kwadratowych na największej z filipińskich wysp - Luzonie, składa się z 8 miast i 12 miasteczek. To sprawiło, że miasto, mimo egzotycznego uroku, jest zlepkiem architektonicznym. Obok wieżowców w amerykańskim stylu usytuowanych w najładniejszej, nabrzeżnej części Manili przy Roxas Boulevard, znajduje się tu mnóstwo niskich domów, nierzadko slumsów. Najczęściej pokazywanym cudzoziemcom obiektem jest jeden z pałaców prezydenta Ferdynanda Marcosa i jego żony Imeldy. Dziś - muzeum. Pałac był ściśle strzeżony do 1986roku, gdy rządzący od 1956 roku Marcos wraz z małżonką opuścił w niesławie kraj, zgarniając sporą część majątku narodowego.
W drogę
Moim lokum na Luzonie jest dom w stylu kolonialnym, należący do małżeństwa - Filipinki Rofelity (Lity) i Polaka Andrzeja Klajna. Poznali się 15 lat temu w Monachium, gdzie Lita była żoną zamożnego Niemca. Oboje opuścili dotychczasowe rodziny, pobrali się w Las Vegas i zbudowali dom w Matabungkay. Andrzej większość czasu spędza w Australii i Europie, a na Filipinach bywa kilka razy w roku. Jego pasją są motocykle, toteż właśnie takim pojazdem przemierzamy, zdawałoby się, krótki odcinek Manila-Matabungkay (110 km). Na Filipinach jest bardzo dużo tricykli i tzw. jeepny's, będących tu głównym środkiem lokomocji.
Motocyklem przemykamy pośród nieopisanego ruchu, jadąc jedyną, wiodącą z północy na południe szosą South Luzon Express. Zatrzymujemy się w magicznym miejscu, stanowiącym unikatową atrakcję turystyczną - Tagaytay. Z góry widać mieniące się ogromne jezioro Taal i położony na nim o tej samej nazwie wulkan. Wszystko w oparach mgły. Opłata za łódź, która płynie do wulkanu i z powrotem, wynosi 1500 pesos (1 dol. = 50 pesos). Ta bardzo romantyczna wycieczka trwa 3 godziny. Żyzne okolice Tagaytay obfitują w plantacje kawy, słodkich ziemniaków, ananasów, palm kokosowych i bananowców. Krajobrazy zmieniają się niczym w kalejdoskopie. Mijamy pola ryżowe i wielokilometrowe plantacje trzciny cukrowej. Po raz pierwszy widzę cara-bao - bawoła wodnego (lubi wypoczywać w wodzie), główną siłę pociągową na wyspach.
W świecie nieustającego festynu
Matabungkay, podobnie jak wiele nadmorskich miejscowości położonych blisko Manili, jest bazą weekendową dla mieszkańców stolicy. Pobudowali tu domy mieszkańcy zimnych części świata - Niemcy, Skandynawowie, Anglicy, Kanadyjczycy. Niektórzy, najczęściej emeryci, spędzają tu zimowe u siebie miesiące, wynajmując bambusowe chaty (6 tyś. do 9 tyś. pesos za miesiąc), bądź apartamenty z widokiem na morze (od 10 tys. do 30 tys. pesos za miesiąc). Na ogół mają stałych filipińskich partnerów - niezamężne młode kobiety bądź młodych filipińczyków.
Najpiękniejszy obiekt - Fried's Resort jest własnością "pary małżeńskiej": Filipińczyka Freda i Norwega. Okazały prywatny ośrodek przy plaży należy do Maxa Javiera, który ma liczną rodzinę i z którym spokrewnione bądź spowinowacone jest chyba trzy czwarte wioski i jeszcze kilku sąsiednich. Plażę zamykają z obu stron Coral Beach, należący do dwóch wspólników Kanadyjczyka i Australijczyka (odwiedzany głównie przez golfistów) i największy tutaj "Matabungkay Resort", w tym ceny są już hotelowe.
Mój pierwszy spacer po plaży przypadł na czas zachodu słońca - zawsze o godzinie 18, jak wszędzie blisko równika. W świetle ostatnich promieni niezwykle romantycznie wyglądają, bujające się na przybrzeżnych wodach tzw. balsy, kryte trzciną bambusowe tratwy charakterystyczne tylko dla filipińskich plaż. Na każdej znajduje się stół i ławy, łóżka i przebieralnia. (Wynajęcie balsy kosztuje od 300 do 1500 pesos za dzień). Zaraz potem zapada zmrok i nadchodzi przypływ. I jak każdego dnia z różnych miejsc dochodzi śpiew karaoke.
Pinoy ako
Karaoke to nieodłączny element życia na Filipinach, będących ojczyzną tego sposobu śpiewania. Pinoy ako, co w języku tagalog znaczy "Jestem Filipińczykiem", jest jedną z najbardziej ulubionych piosenek; w jej dalszej części zaś słyszymy: "l jestem z tego dumny". Filipińczycy, nawet najmłodsi, nie znoszą "mocnego uderzenia", śpiewają wyłącznie romantyczne piosenki, również klasykę muzyki rozrywkowej. A mają naprawdę piękne głosy.
- Ludzie tworzą tu nastrój, atmosferę - opowiada Andrzej. - Są serdeczni, przyjaźni i wiecznie uśmiechnięci, nie ma w nich agresji. Kocham ten kraj, a szczególny szacunek mam do filipińskich kobiet. To na wskroś ma-triarchalne społeczeństwo, bardzo rodzinne. Kobiety zajmują się dziećmi, gotują, a jeszcze nierzadko wyjeżdżają na zarobek do bogatszych krajów. Jeśli są na miejscu, dbają o swych leniwych mężów, którzy uwielbiają grać w karty, chińskie kości, oglądać walki kogutów, pić piwo lub miejscowy, bardzo tani rum. Nie mówiąc już o tym, że przeciętny Filipińczyk to "bigamista", mający po parę kochanek i czasem kilkoro nieślubnych dzieci. Mimo to, kobiety są zadbane i są niezwykle czułymi kochankami, co tak przyciąga do nich białych mężczyzn.
W porze sjesty, pomiędzy godzinami 13 a 15, każdy leży gdzie się da, aby tylko w cieniu. Życie toczy się tu właściwie na ulicy i na plaży. Kto by siedział w chacie, gdy krajobraz, przyroda i temperatura są tak wspaniałe? Nawet msze ksiądz z pobliskiego kościoła odprawia często o zmroku nad brzegiem morza, co ma niezwykle mistyczny charakter.
Czasami tutejsza atmosfera przypomina tę w ubogich krajach latynoskich. Filipińczycy, także ci sprzedający naszyjniki, muszle czy T-shirty przy plaży, w przypadku odmowy wcale nie są zniecierpliwieni. W razie chęci kupna czegokolwiek - zalecam ostre targowanie się.
Raj dla smakoszy
Jak smakowita może być kuchnia filipińska, przekonałam się m.in. w domu Lity i Andrzeja. Posiłki przyrządza tu sympatyczna Nonette, uboga samotna Filipinka, matka ośmiorga dzieci. Tak więc jadłam: na przystawkę dość często przepyszne lumpie, ciasto zawinięte w rulonik, niczym naleśniKi i nadziane warzywami (sporo kapusty), czasem z pokrojonym w paseczki bambusem bądź warzywem, przypominającym naszą rzepę (turnips); do farszu dodaje się czasem owoce morza bądź cienkie paski wieprzowiny. Potem była bardzo smaczna, naturalnie kwaskowa zupa na wołowinie bądź rybach z mnóstwem warzyw. Z drugich dań najbardziej smakowały mi przeróżnego rodzaju ryby duszone w warzywach. Mniej - popularny tu gulasz z różnego rodzaju mięsa. No i ryż, obowiązkowo biały, podstawowy komponent każdego posiłku. Lita serwuje serce palmy bananowca. Jest niezwykle delikatne, smażone na oleju, podane w sosie z mleczka kokosowego z drobno posiekaną cebulą i czosnkiem.
W przepięknej restauracji, w pobliskim Nasugbu, przypominającej wystrojem dżunglę, jedliśmy lumpie nadziane owocami z nieznanej mi palmy (65 pesos), krewetki z rusztu z wielowarzywną sałatką (200 pesos) i delikatną milk fish - narodową rybę Filipin (220 pesos). Dla odmiany w restauracji Maxa Javiera jadłam, przyrządzone przez niego, junk fruin (miąższ największego owocu jednego z gatunków palm), rozpływające się w ustach, duszone w oleju kokosowym z czosnkiem i imbirem. W każdej, najmniejszej nawet restauracji na Filipinach, można zamówić kalmary bądź krewetki, przyrządzane na różne sposoby. Na deser najczęściej jadłam banany zapiekane w specjalnym cieście bądź wiórki kokosowe połączone z gałkami ryżu gotowanego na słodko. W kuchni filipińskiej bardzo odpowiada mi, iż nie jest ona ostra (w przeciwieństwie do tajskiej czy malezyjskiej), a za to pełna delikatnych, niemal perfumowanych, smaków.
Wyspiarski świat
Zaledwie 30% filipińskich wysp jest zamieszkanych. Każda z nich oferuje coś innego. Zróżnicowany krajobraz, inne obyczaje, odmienny język. Urzędowymi językami są: tagalog i angielski. Na wyspach mówi się 80 językami! Istnieją wysepki, których mieszkańcy nie znają nawet tagalog i nigdy nie widzieli białego człowieka.
Najwięcej turystów przyjeżdża na Luzon, bowiem ta wyspa jest najbardziej zurbanizowana i zagospodarowana, a także najbardziej zróżnicowana krajobrazowe. Zawitaliśmy do San Fernando, gdzie wiele domów jest wciąż zasypanych do połowy, gdy w 1991 roku, po wybuchu wulkanu Pinatubo, zalała je lawa. Miejscowość słynie z corocznego wielkanocnego obrzędu: ochotnicy zgłaszają się do ukrzyżowania na podobieństwo Chrystusa. To nie fikcja - naprawdę wbija się im gwoździe w dłonie i stopy i krzyżuje. Niezwykle interesujące i niepowtarzalne są górzyste rejony Luzonu (od Matabungkay oddalone o jakieś 600 km). Znajdują się tu (w okolicy Banaue) słynne tarasy ryżowe, które UNESCO umieściła na liście światowego dziedzictwa ludzkości.
Na południe od Luzon, bardzo blisko leży niemal dzikie Mindoro. Jedynie w Puerto Galera istnieją luksusowe resorty, głównie dla miłośników nurkowania i surfingu.
Najlepsze zaplecze turystyczno-wypoczynkowe posiada wyspa Boracay, będąca synonimem tropikalnego raju. Natomiast wyspy archipelagu Visayan, mimo krajobrazów niczym z baśni, nie są jeszcze dobrze zagospodarowane. Najbardziej znaną wyspą Visayanu jest tonąca w zieleni Cebu, gdzie znajduje się stolica archipelagu - też Cebu. Mniej zatłoczona niż Manila, która ma luksusowe centra handlowe, dzięki mieszkającym tu Chińczykom. Pobliską wysepkę Mactan oddziela od Cebu cieśnina spięta dwoma mostami. To tu, u wybrzeży Mactan, w roku 1521 zabito Ferdynanda Magellana. Mieszkańcy Cebu słyną z wyjątkowej pogody ducha i umiłowania zabawy. Są bez wątpienia przeciwieństwem pracowitych i upartych ludzi ze stanu Iloco, na północy Luzonu, gdzie urodzili się i wychowali Marcos i jego żona. I wreszcie kontrowersyjna Mindanao, ze stolicą w Davao. Wyspa rzeczywiście do zbyt przyjaznych nie należy. Nawet Filipińczycy odradzają turystom wyjazdy na tę wyspę, zamieszkaną przez muzułmanów, skrywających się w porastającej ją dżungli.
Tani zakątek
Filipiny są zapewne najtańszym tropikalnym zakątkiem świata, do którego bezpiecznie mogą się udać osoby decydujące się na dłuższy urlop zimą. To raj dla tych, którzy świetnie czują się w takim klimacie i których urzeka egzotyka, świat odmienny od europejskiego, jak i tych, których nie zrażają śmietniska na ulicach i przy plażach, zaś styl życia typu bukas (jutro - w jęz. tagalog) nie stanowi problemu.
Wiza na pobyt trzytygodniowy nie jest wymagana; na dłuższy okres można ją uzyskać w biurze imigracyjnym w Manili lub innych większych miastach. W Polsce nie ma przedstawicielstwa dyplomatycznego Filipin, najbliższe jest w Budapeszcie. Koszt biletu (Lufthansa) waha się w granicach od 3 tys. do 3,5 tys. zł, zależnie od sezonu. Gorące filipińskie, dość suche lato, czyli pełnia sezonu, to marzec, kwiecień i maj, zaś pora deszczowa trwa od czerwca do października. W pozostałych miesiącach łagodna pogoda także sprzyja pobytowi.