Dziecko z temperamentem (Karin Stanek)

 

Była gwiazdą estrady. Nazywano ją królową polskiej piosenki młodzieżowej. Charakterystyczny głos, sylwetka, sposób bycia, ubierania się. Wylansowała wiele przebojów. Wystąpiła też w kilku filmach. Koncertowała nie tylko w Polsce. Niestety, nie zawsze miała dobrą prasę. I to sprawiło, że została za granicą. Czy dalej śpiewała? Jak potoczyły się jej życiowe losy?

Niestety, spotkanie z Karin Stanek jest niemożliwe. Od lat mieszka w Niemczech i nie rozmawia z dziennikarzami, unika wypowiedzi na swój temat. Dlatego spotykam się z jej przyjaciółką Anną Kryszkiewicz, która wiele lat towarzyszyła zawodowym życiu, a niedawno wróciła na stałe do Polski. Wciąż jednak mają ze sobą kontakt, rozmawiają, pomagają sobie.

O Karin Stanek mogłaby rozmawiać godzinami. Kilka lat temu napisała o niej nawet książkę zatytułowaną „Malowana lala". - Znamy się od 1969 roku. Od chwili, kiedy Karin odeszła z zespołu Czerwono-Czarni. Ona wtedy nie umiała sama sobie poradzić, a ja zawsze funkcjonowałam w branży muzycznej. Postanowiłam jej pomóc. Zostałam jej agentem, choć to pojęcie było wówczas mało znane. Karin była typową artystką, która wielu spraw nie umiała sobie załatwić. To spadło na mnie. Koncerty, wywiady, nawet projektowałam i szyłam jej stroje.

Karim Stanek pochodzi ze Śląska. Urodziła się w Bytomiu. Jej ojciec był górnikiem. Mama grała trochę na gitarze. Była dla niej wielkim autorytetem. Tak zresztą zostało do dzisiaj.

Mieszkała w starej kamienicy przy ulicy Wolności. Chwytów na gitarze uczyła się na instrumencie, który dostała od znajomego księdza.

Karin występowała w domach kultury, na różnych imprezach, w różnych grupach. I zawsze wzbudzała sensację. Była nietypowa. Wyglądała jak małe dziecko i miała ogromny temperament. Ciekawa osobowość. Potrafiła „kupić" każdą publiczność.

Jak podkreśla Anna Kryszkiewicz, miała w sobie coś takiego, że wiedziała, jak do danej widowni podejść. - W jej domu

była bieda.

Pracowała zatem w jakiejś fabryce, by pomóc rodzinie. Maturę zdawała, będąc już wokalistką Czerwono-Czarnych. W wieku 19 lat była gwiazdą.

Jak rozpoczęła się jej kariera? Debiutowała piosenką „Jimmy Joe". Był marzec 1962 roku. Chłopak kupił jej bilet na pociąg i pojechała do Zabrza na eliminacje. Wygrała konkurs „Czerwono-Czarni szukają młodych talentów" w Zabrzu i Krakowie i zakwalifikowała się do finałowej dziesiątki I Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie. Natychmiast została wokalistką zespołu. Występowała w nim do roku 1969.

Wraz z grupą wylansowała wiele przebojów. Występowała na festiwalach: dwukrotnie w Sopocie, w 1962 i 1964 roku, oraz czterokrotnie w Opolu, gdzie podczas pierwszego występu nie pozwolono jej zaśpiewać pełnego tekstu. Wykonała jedynie pierwszą zwrotkę „Chłopca z gitarą". W stolicy polskiej piosenki śpiewała, w 1963, 1964, 1965 i w 1972 roku oraz w 1996 roku, kiedy otrzymała wyróżnienie m.in. za wykonanie szlagierów „Jedziemy autostopem" i „Chłopiec z gitarą".

Była znana ze swojej spontaniczności. Szalała na scenie, śpiewała leżąc na podłodze, wskakując na głośnik, wychodząc do publiczności. Po odejściu od Czerwono-Czarnych występowała solo, a również z zespołami: The Samuels, m.in. z Kasią Sobczyk, Aryston, Inni oraz Schemat.

- Sporo podróżowała po NRD. Występowała na koncertach, nagrywała też w radiu. Przez kilka lat za zachodnią granicą osiągała duże sukcesy.

Na początku lat 70. jej rodzina wyjechała do zachodnich Niemiec. - W tamtym czasie ktoś napisał artykuł, jakoby Karin została wygwizdana na jakimś koncercie. Tekst ten powtórzono w całej prasie. Było to wierutne kłamstwo. Zamknęło to jednak przed nią wszystkie drzwi. Wtedy sporo występowała w ZSRR, NRD, a także na Węgrzech i w Czechosłowacji. Źle się tutaj czuła. Zrobiono jej wielką krzywdę. Przypuszczam, że tkwi to w nie] do dzisiaj.

W istocie posądzano ją o złe, bo „niemieckie pochodzenie". Zamknięto przed nią drzwi do występów na zachodzie Europy.

Wbrew temu one jednak szukały kontaktów zagranicznych. Pierwszy raz wyjechała na Zachód do Wiednia. Otrzymała tam oferty z RFN-u. Nawet rodzina ją namawiała, aby została, ale ona kochała polską publiczność i wróciła. Dla polskich mediów nic to jednak nie znaczyło.

- Dlatego zdecydowała się na następny wyjazd. Do USA. To był 1976 rok. Ja w tym czasie pojechałam do RFN i odświeżyłam kontakty z Wiednia. Chęć współpracy z Karin wykazała firma Polyband z Monachium. Przygotowano dla niej 24 piosenki. Tak więc, po półrocznym pobycie za oceanem, przyleciała prosto do Frankfurtu nad Menem.

Zamieszkały w wynajętym mieszkaniu. Wszystko legalnie, przez PAGART. Karin przez miesiąc uczyła się 24 utworów w języku praktycznie przez nią nieznanym. Nagrała singel i kasetę. Jej piosenki szybko zdobyły popularność. Były wysoko notowane na dyskotekowych listach przebojów. Występowała też w radiu, w telewizji, w różnych programach. Śpiewała też na koncertach w dyskotekach.

Cały czas trzymały się razem. Przyjaźniły się, a pani Anna wciąż była jej menedżerką. Mieszkały najpierw w Monachium, a potem w Kolonii. Nigdy jednak Karin Stanek nie czuła się tu jak w domu. Mimo że miała kontakt z matką i rodziną.

- Przez pięć lat traktowano ją w Niemczech jak gwiazdę. Do stanu wojennego - mówi pani Ania i pokazuje płyty wydane w Niemczech. Single nagrane w języku angielskim. - Występowała jako Córy Gun. Nagrała trzy single. Znakomite. Trafiły do radia, na listy przebojów i zajmowały wysokie pozycje.

To była końcówka 1981 roku. Płyty miały ukazać się na rynku na początku roku 1982. - Niestety, w styczniu zmarła moja mama. Musiałam przyjechać do Polski. I z powrotem nie chcieli mnie już wypuścić. A tam nikt nie zajmował się promocją tych płyt. Dlatego szef firmy fonograficznej poinformował mnie, że to odkładają. A Karin po miesiącu mojej nieobecności nie miała za co żyć. Wtedy zdecydowała się pojechać do rodziny koło Hanoweru i

przyjęła niemieckie obywatelstwo.

Była postawiona pod murem. To rozwiązało jej wszelkie problemy finansowe, Niemcy zapewnili jej środki na utrzymanie. Mieszkanie, pieniądze, ubranie, ale trzeba było przez rok chodzić na kurs języka niemieckiego dla przesiedleńców.

Panią Annę wypuszczono z Polski dopiero pod koniec maja. W firmie fonograficznej usłyszała, iż piosenki Karin są już stare. Szykowali się do nagrania nowych. Ale Karin stwierdziła, że nigdzie już nie przyjedzie, bo musi chodzić na kurs językowy. - Otrzymuję pieniądze, więc nic więcej robić nie mogę - powiedziała.

Nie pomogły tłumaczenia, przekonywanie. - Trudno, stało się, jak się stało - mówi Anna Kryszkiewicz. - Kontrakt upadł. Po roku Karin zrobiła kolejny kurs - komputerowy. I zaczęła pracować. Po miesiącu jednak zrezygnowała. Wszak ona nie nadawała się do żadnej takiej pracy. Była artystką.

Wciąż jednak śpiewała. Nawiązała kontakty, występowała w klubach i dyskotekach. Wystąpiła też w kilku programach telewizyjnych, nagrała nowe utwory, tym razem w języku niemieckim. - Niestety, nie miała menedżera, który wylansowałby ją na tamtejszym rynku. A samej Karin nie chciało się walczyć.

Nadal się przyjaźniły, ale już nie pracowały razem. Pani Anna zajęła się czymś innym - doradztwem finansowym. Mieszkały w miastach odległych o około 400 km.

Anna Kryszkiewicz zaprzecza, aby Karin zawsze występowała tylko w spodniach, bo chciała w ten sposób ukryć wytatuowane nogi. - Jedną z piosenek, bardzo sentymentalną, zaśpiewała w programie telewizyjnym w sukience z koronki, gdzie materiał zakrywał jej jedynie pupę. Wolała jednak spodnie, bowiem lubiła się na scenie ruszać, tańczyć, skakać. Prywatnie nosiła krótkie spodenki lub szorty, zwłaszcza latem. I daleko jej było do typu chłopczycy, co niektórzy jej zarzucali. Owszem, na scenie była chłopakiem, ale prywatnie - dziewczyną. Czuła, skromna, stonowana, spokojna. Nie podnosiła głosu. Popularność ją krępowała.

Większość zarabianych pieniędzy wysyłała mamie, aby mogła wyżywić, ubrać i wykształcić młodsze rodzeństwo.

A życie prywatne, miłości? - Niestety, na ogół były to przelotne związki. W Niemczech był jeden, poważny. Trwał około dwóch lat. Rozstanie przeżyła jednak bardzo mocno i z nikim się już potem nie związała. Była w ciężkim stanie. Bardzo pomagała jej wtedy rodzina. To była jej miłość życia.

Potem pojawiali się jeszcze jacyś mężczyźni, ale nie chciała się z nimi wiązać. Zamknęła się w sobie. Pod koniec lat 80. pojechała do Chicago. Na pół roku. Występowała w klubach.

Po powrocie zamieszkała w Dolnej Saksonii, nieopodal Hanoweru, niedaleko swojej mamy. Występowała, jak wcześniej, w różnych klubach i dyskotekach. Śpiewała standardy. Część po angielsku, a część po niemiecku. Czasem po polsku, dla Polonii, która przyjmowała ją entuzjastycznie.

- Komponowała, uczyła się tekstów, bardzo dbała o siebie fizycznie. Jeździła na rowerze, chodziła na basen.

Pierwszy raz, po latach przerwy, przyjechała do Polski w 1991 roku. - Namawiałam ją na to przez rok. Pomagał mi w tym Franciszek Walicki. Ale nie chciała. Bała się. Przekonałam ją w końcu, że jej nie zamkną. Swój przyjazd do ojczyzny bardzo przeżyła.

Wystąpiła w sopockiej Operze Leśnej w koncercie Legend Polskiego Rocka - Po próbie Franciszek Walicki powiedział, że jej głos po latach nabrał mocy. Wcześniej nie pozwalano jej w Polsce śpiewać tak, jak chciała i mogła. Ma doskonały głos,
świetną skalę, ale tutaj mogła być tylko „Malowaną lalą".

Przyjęto ją entuzjastycznie. Publiczność chciała bisów, lecz ona nie była na to z zespołem przygotowana. - Na „żywca" zaśpiewała „Autostop". Widownia oszalała.

Ludzie płakali.

Ona też. A ktoś napisał w gazecie, że zrobiła histerię, by przypodobać się publiczności. Żenujące.

Ona była jednak szczęśliwa. Miała to, co dla artystki najważniejsze. Miłość publiczności. Wtedy pani Anna znowu zaczęła jej pomagać. - Załatwiłam jej udział w kilku programach telewizyjnych. W „Śpiewających fortepianach", w „Szansie na sukces", l koncerty. Duże. Czuła się tu znakomicie. Nigdy jednak nie myślała o powrocie na stałe. Poza tym w Niemczech mieszkała jej mama, której nigdy by nie zostawiła.

Do dziś śpiewa. W Niemczech. Na różnych imprezach. Pełna energii i muzycznej pasji.

- Tam jest jej dobrze. Nie zależy jej na aplauzie, sukcesach, chce spokojnie żyć. Jest zadowolona. Bardzo się uspokoiła, l choć publiczność w Polsce ją uwielbia, miała dosyć medialnej nagonki, dziwnych pytań dotyczących np. jej śląskiego pochodzenia, dlaczego nosi spodnie, ma chrypę itp. Nie martwi się o koncerty, występy, przyszłość. A Polskę chętnie odwiedza. Ale prywatnie.

 

TOMASZ GAWIŃSKI

 

Źródło tekstu: ANGORA nr 29 (20.07.2008?

 

  • /biblioteka/51-ludzie/1971-ludzie-polska-hrabianka-superagentem
  • /biblioteka/51-ludzie/1586-pozosta-tym-samym-chpakiem-z-gitar

Goście na stronie

Odwiedza nas 91 gości oraz 0 użytkowników.

Odsłony

Odsłon artykułów:
16176541

Logowanie

Jeżeli założysz sobie konto, będziesz miał dostęp do WSZYSTKICH miejsc tej witryny.