25 lat dla autora "Amoku"

 

 

Zachowuje się tak, jakby ten wyrok wcale go nie dotyczył. Stoi wyprostowany jak struna. Patrzy na stół sędziowski. Jest skupiony, ale nie zdradza żadnych emocji. Wydaje się nawet, że w pewnym momencie przez jego twarz przebiega uśmiech. W tym czasie sędzia odczytuje wyrok: 25 lat pozbawienia wolności.


To nie wszystko. Sąd wprowadza jeszcze zastrzeżenia. O warunkowe przedterminowe zwolnienie Krystian B. może się starać dopiero po 20 latach odsiadki. Powód?

- Oskarżony gromadził już informacje w swoim komputerze na temat kolejnego mężczyzny, z którym związała się jego była żona - zdradza w uzasadnieniu do wyroku sędzia Lidia Hojeńska.

Oprócz tego Krystian B. ma zapłacić rodzinie zamordowanego Dariusza J. niemal 15 tysięcy złotych, a także pokryć koszty sądowe swojego procesu. Słucha tego wszystkiego ze spokojem. Czasem tylko spogląda w stronę swoich rodziców, którzy siedzą kilkanaście metrów od niego na miejscach dla publiczności. Jednak kiedy rozprawa się kończy, nie chce tak jak zwykle rozmawiać z dziennikarzami. Zawsze miał im coś do powiedzenia. Dzisiaj proszony o komentarz do swojego wyroku rzuca tylko:

- Dziękuję bardzo.

I znika, wyprowadzany przez policjantów do aresztu śledczego.

Roztrzęsiona jest natomiast jego mama. Kobieta była na każdej rozprawie Krystiana B. i zawsze przekonywała o niewinności swojego syna.

- Na pewno złożymy apelację w stosownym czasie - mówi podniesionym głosem. - Szkoda, że sąd przesłuchał tylko tych świadków, którzy na temat Krystiana mówili źle. Jest mnóstwo ludzi, którzy zaświadczą, że był dobrym ojcem i mężem.

Więcej mówić nie chce, ucieka przed kamerami i skierowanymi w jej stronę mikrofonami. Podobnie żona zamordowanego - Agata J. Właściwie kobieta pała niechęcią do tłumu dziennikarzy, który kłębi się na korytarzu sądowym.

- Przestańcie robić z mordercy bohatera! - niemal syczy przez zęby i odwraca się tyłem do kamer.

W tym tłumie najspokojniejszy jest chyba dzisiaj Tadeusz J. - ojciec zamordowanego Dariusza. Do tej pory przy każdej rozprawie to on chodził podenerwowany, niespokojny. Z niepokojem oczekiwał wyroku. Dzisiaj, na prośbę fotoreporterów, wyjmuje z teczki zdjęcie swojego syna i w milczeniu daje się fotografować.

- Długo na to czekałem, ale się doczekałem. Wreszcie przyszła sprawiedliwość - mówi cicho, jakby sam do siebie.

Rzeczywiście czekać musiał bardzo długo. Jego syn zaginął we Wrocławiu w połowie listopada 2000 roku. Ciało Dariusza J. wyłowiono z Odry niemal miesiąc później - 10 grudnia, przynajmniej kilkaset kilometrów od Wrocławia. Kilku prokuratorów i policjantów próbowało rozwiązać zagadkę tej śmierci. Zajęło im to ponad pięć lat. Kluczyli i głowili się. Raz nawet śledztwo w sprawie śmierci Dariusza J. zostało umorzone z powodu - jak to napisał prokurator - "niewykrycia sprawcy". W tym czasie oskarżony podróżował po całym świecie. Wydał też książkę "Amok".

Dwie twarze

"Amok" był jednym z dowodów w tej sprawie. Choć nie był to nigdy dowód mocny czy jednoznaczny, na pewno to on przyciągnął na salę tłumy dziennikarzy. Procesem Krystiana B. interesowały się nawet media zagraniczne. W końcu nieczęsto się zdarza, aby na ławie oskarżonych zasiadał człowiek, który być może zabił i być może opisał tę zbrodnię w książce. Biegli przeczytali, a właściwie przeanalizowali skrupulatnie "Amok" Krystiana B., i nie doszukali się tam bezpośrednich elementów dotyczących zabójstwa Dariusza J. Znaleźli jednak kilka drugoplanowych szczegółów. Wśród nich wyliczyli: elementy planowania zbrodni, przetrzymywanie ofiary przed śmiercią, przygotowanie pętli ze sznurem oraz sprzedaż na aukcji internetowej przedmiotów związanych z czynem. Doszukano się też podobieństwa pomiędzy oskarżonym Krystianem B. a jego książkowym bohaterem Chrisem. Dotyczyły one przede wszystkim danych biograficznych, środowiska społecznego, ich cech osobowości, sposobów reagowania, w tym ujawnionych zaburzeń, a także upodobań i zainteresowań.

- W książce nie ma opisu zbrodni, ą tylko pewne elementy - podkreśla sędzia Hojeńska w uzasadnieniu wyroku.

I wówczas przed oczami staje ten fragment:

"Zacisnąłem z całej siły pętlę. Przytrzymując wierzgającą Mary, jedną ręką, drugą wbiłem jej nóż powyżej lewej piersi (...). Za siedmioma lasami, za iedmioma górami porzucam sznur odcięty od szyi Mary. Japoński nóż sprzedaję na internetowej aukcji".

(Z rozdziału "Na pieprzeniu się świat nie kończy, Mary)


Zanim sędzia Hojeńska omówi poszlaki, jakie przekonały sąd do winy oskarżonego, krótko analizuje cechy ego charakteru przedstawione wcześniej przez biegłych psychologów i psychiatrów.

- Jest ponadprzeciętnie inteligentny, nadwrażliwy, ale ma zaburzenia osobowości. Niedojrzały emocjonalnie, nie liczy się z uczuciami innych. Nie potrafi znieść porażki. Nieodpowiedzialny. Nie potrafi przewidzieć skutków swoich zachowań - wylicza sędzia. - Jest narcyzem, nie znosi krytyki. Ludzi, a zwłaszcza kobiety, traktuje instrumentalnie. Jest skłonny do działań odwetowych. Jak mówili nam na sali świadkowie, ma dwie twarze. Jedną, jaką poznaliśmy w sądzie - człowieka spokojnego, robiącego świetne wrażenie. I drugą - awanturniczą, agresywną, zwłaszcza po alkoholu.

Podstawowe dowody

Od początku procesu Krystian B. twierdził, że nigdy nie poznał i nie miał też kontaktów z Dariuszem J. Tymczasem zdaniem prokuratury, oskarżony w cztery dni po zaginięciu Dariusza J. na portalu internetowym sprzedał jego elefon komórkowy.

- Czy na pewno był to telefon zamordowanego? - pytał w swojej mowie końcowej adwokat Krystiana B., mecenas Karol Węgliński. - Z opinii operatorów komórkowych wynika, że w tej kwestii nie można mieć stuprocentowej pewności.

Sąd postanowił rozwiać te wątpliwości i na nowo otworzył zamknięte kilkadziesiąt minut wcześniej postępowanie dowodowe. Z urzędu powołano biegłego z zakresu najnowszych technologii i technik komputerowych. Jego zeznania, a właściwie wykład na temat owego telefonu, wprowadziły w zdumienie chyba wszystkich siedzących na sali sądowej. Biegły rozkręcał telefon, pokazywał, objaśniał, aż w końcu po ponad godzinie powiedział:

- Na podstawie przeprowadzonych badań stwierdzam z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że telefon przekazany mi do owych badań, który na aukcji internetowej sprzedał oskarżony, jest telefonem należącym wcześniej do Dariusza J.

- Dlaczego używa pan takiej formuły? - dziwi się adwokat. - Zatem pana opinia nie jest pewna?

- Zawsze używam takiej formuły, wysoki sądzie, ponieważ według mnie pewna jest tylko śmierć.

Krystian B. nigdy nie zaprzeczał, że sprzedał w internecie telefon komórkowy. Nie potrafił jednak wyjaśnić, jak wszedł w jego posiadanie. Najpierw mówił, że znalazł go gdzieś przypadkiem. Potem utrzymywał, że kupił ową komórkę w lombardzie. Dokładnego adresu sklepu nie pamiętał, podał tylko ulicę. Sąd sprawdził wszystkie lombardy, jakie istnieją lub istniały wcześniej przy tej ulicy. W żadnym nie potwierdzono wersji oskarżonego.

Karta do automatu telefonicznego to kolejny dowód, który pognębił oskarżonego. Karty tej fizycznie nie ma, ale, od czego najnowsza technika. Biegły odtworzył jej zawartość, a właściwie historię połączeń. Na początku zbadano połączenia telefoniczne z godziny 9 rano 13 listopada 2000 roku, jakie wykonano do firmy zamordowanego, oraz to, jakie Dariusz J. odebrał na swoim telefonie komórkowym. Tego właśnie dnia Dariusz J. zaginął. Stwierdzono, że w obu tych przypadkach dzwoniono z budki telefonicznej położonej niedaleko biura ofiary. I - co najważniejsze - do obu połączeń użyto tej samej karty. Teraz badanie było już łatwe. Karty telefoniczne bowiem posiadają swoje numery. Dość szybko biegły sporządził listę 32 rozmówców, z jakimi ktoś łączył się za pomocą tej karty. Biegłemu z zakresu telekomunikacji lista firm i nazwisk powiedziała niewiele, ale śledczym bardzo dużo. I tak z tej samej karty, z której 13 listopada dzwoniono do firmy, a później na komórkę Dariusza J., wykonano także połączenia do rodziców oskarżonego Krystiana B. Na liście połączeń znajduje się oczywiście wiele innych nazwisk. W większości przypadków osoby te znają oskarżonego i przyznają, że utrzymywały z nim kontakt telefoniczny.

- Podstawowe dowody, które przemawiają za winą oskarżonego, to telefon komórkowy zamordowanego, który Krystian B. sprzedał w internecie, karta telefoniczna oraz przyznanie się oskarżonego - stwierdza sędzia Hojeńska.

W aktach śledztwa przeczytać można, że w kwietniu 2006 roku Krystian B. w czasie przesłuchania powiedział: - Nikt mi nie pomagał ani ja nikomu nie pomagałem. To ja zabiłem Dariusza J. Wyprowadziłem się od żony w 1999 roku. W 2000 roku dowiedziałem się, że ma romans.

W tym miejscu prokurator zanotował, że przesłuchiwany poprosił o wodę i stwierdził, że nie będzie dalej wyjaśniać. Krystian B. nie podpisał tego wyjaśnienia, nigdy też nie potwierdził go w sądzie.

- Te wszystkie dowody to jednak za mało, aby przypisać oskarżonemu sprawstwo bezpośrednie - tłumaczy sędzia. - Dlatego sąd zmienił kwalifikację prawną czynu zaproponowaną przez prokuraturę ze współudziału w zbrodni na sprawstwo kierownicze.

No i wreszcie motyw. Tu sąd podzielił zdanie oskarżenia. Krystian B. zabił z zazdrości. Zazdrosny był o żonę, z którą już wówczas żył w separacji. Jak dowiedział się o jej kontaktach z Dariuszem J.? Nie wiadomo. Faktem jest jednak to, że krótko przed śmiercią mężczyzny zadzwonił do jednej ze wspólnych koleżanek jego i żony z pytaniem o Dariusza J. właśnie.

"Nigdy nie dopuszczę, aby mój syn mówił tato do któregokolwiek gachów" - to e-mail, jaki Krystian napisał do swojej żony.

- To jedyny e-mail, który można zacytować publicznie - podkreśla sędzia Hojeńska. - Pozostałe to po prostu stek wyzwisk i wulgaryzmów.

Niemniej wszystkie mają potwierdzać jedno - Krystian B. był wręcz chory z zazdrości.

Wyrok jest nieprawomocny.


KATARZYNA PASTUSZKO



ANGORA nr 37, 16 września 2007

Nadal bez wyroku

 

 

Zaskoczenie jest ogromne. Las mikrofonów. Tłum dziennikarzy. Miejsca dla publiczności również zajęte. Rodzina i znajomi zarówno ofiary, jak i oskarżonego. Wszyscy przyszli usłyszeć wyrok, ale wyroku nie ma. Zamknięte zaledwie dwa dni wcześniej postępowanie dowodowe zostaje otwarte ponownie.

Tych kilkanaście minut na sali Sądu Okręgowego we Wrocławiu przypomina najlepszej klasy dreszczowiec. Kiedy sędzia Lidia Hojeńska ogłasza wznowienie przewodu sądowego, zachowuje twarz wytrawnej pokerzystki. Jednak po tym, co dwa dni wcześniej w swojej mowie końcowej powiedział Karol Węgliński, obrońca oskarżonego, sąd nie mógł zachować się inaczej. Adwokat zasiał wątpliwości co do jednej z ważniejszych poszlak w tym procesie. On zaś - jak sam tłumaczy - jest obrońcą i nie musi udowadniać niewinności swojego klienta. Wątpliwości jednak pokazał i teraz sąd musi je rozstrzygnąć.

Życiowy bankrut

Krystian B., który od początku wyjątkowo zainteresowany był swoim procesem, dziś skupiony jest jeszcze bardziej. Zwykle ubrany w ciemną koszulę, tym razem włożył śnieżnobiałą z jasnożółtym krawatem. Wygląda to tak, jakby na mowy końcowe stron chciał wyglądać bardziej odświętnie.

- Jest to sprawa trudna. Trudna od początku. Brak dowodów bezpośrednich, ale to nie jest tak, że nie ma nic. Można ustalić stan faktyczny - mówi prokurator Bogumiła Fiuto i krótko przypomina okoliczności zaginięcia, a następnie odnalezienia zwłok Dariusza J.

Ale to nie jest początek jej wystąpienia. Wcześniej pani prokurator omówiła także inne zarzuty stawiane Krystianowi B. w tym procesie, między innymi podrabianie dokumentów i próbę wręczenia łapówki.

- To zarzuty zapasowe - nie ma wątpliwości mecenas Węgliński - które mają w przyszłości uzasadnić areszt oskarżonego i przedłużające się w nieskończoność całe postępowanie.

Prokurator Fiuto starannie przygotowała swoje wystąpienie. Wszystko spisała na kilkunastu kartkach. Teraz trzyma je przed sobą i często w nie zerka.

- Oskarżony był chorobliwie zazdrosny o żonę. Interesował się nią nawet po rozwodzie. Mówi o tym wielu świadków. Z tych zeznań wyłania się motyw zazdrości. Oskarżony nie stronił też od alkoholu. W listopadzie 2000 roku, czyli wtedy gdy zaginął Dariusz J., upił się kilka razy do nieprzytomności. Tu obrona powie, że to nie są dowody. A zatem idźmy dalej. Oskarżony po zaginięciu ofiary sprzedaje samochód. Były z niego wymontowane tylne siedzenia, można było zatem przewieźć nim ciało - wsłuchany w słowa oskarżenia Krystian B. uśmiecha się w tym momencie. Nawet jego rodzice (do tej pory struchlali) nie mogą powstrzymać uśmiechu. - Wiemy też, że oskarżony próbował kupić podręcznik do kryminalistyki dotyczący wieszania. Można powiedzieć, że jeżeli ktoś coś planuje, to szuka literatury na ten temat. Oskarżony zaprzecza, że znał Dariusza J. Ale przecież na temat ich znajomości mówiła na tej sali świadek Małgorzata D. Znaleziono także u niego długopis, reklamujący firmę ofiary. Również rodzice zamordowanego mówią, że widzieli Krystiana B. w towarzystwie ich syna we wrześniu 2000 roku. Wspominali o tym fakcie jeszcze w trakcie śledztwa.

- Bogactwo dowodów pośrednich wskazuje na winę oskarżonego - stwierdza na koniec swojej mowy Bogumiła Fiuto i żąda dla Krystiana B. 25 lat pozbawienia wolności z zastrzeżeniem, że o warunkowe przedterminowe zwolnienie mógłby się ubiegać dopiero po 20 latach odsiadki.

Kilkanaście sekund później głos zabiera Bogusława Nowakowska, pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych. W krótkiej, dziesięciominutowej przemowie niewiele mówi jednak o zebranych dowodach. Bardziej interesuje ją osobowość i charakter Krystiana B.

- Wykreowany został przez media jako pisarz i podróżnik, a to opinia nieprawdziwa. Oskarżony żyje w przekonaniu sukcesu i sławy, ale to przecież ten proces przyniósł mu sławę. Dopiero wtedy zainteresowano się jego książką. Taki oto człowiek staje przed nami. W rzeczywistości to życiowy bankrut, który nie może pogodzić się z porażkami - przekonuje prawniczka.

Głos chce zabrać także ojciec zamordowanego Dariusza J. Pan Tadeusz z trudem podnosi się z miejsca. Jest zdenerwowany, roztrzęsiony.

- Jestem ojcem... - mówi łamiącym się głosem i szybko poprawia swoją wypowiedź. - Byłem ojcem. Mój syn był ufny i prawy. Cieszył się życiem. Mija sześć lat od jego śmierci. Współczuję rodzicom oskarżonego, bo trudno przecież wytłumaczyć, dlaczego tak postąpił. W kodeksie nie mamy dzisiaj kary śmierci. A kiedyś było przecież "oko za oko, ząb za ząb". I tak powinno być.

Pytania bez odpowiedzi

Mecenas Karol Węgliński przez cały proces nie wykazywał większych emocji. Zadawał niewiele pytań świadkom, nie zgłaszał wniosków dowodowych. Po prostu siła spokoju. Podobnie jest dzisiaj. Żadnych teatralnych gestów, żadnych zagrywek pod publikę. Wyłącznie fakty.

- Nie ma dowodów w tej sprawie. Tu zgadzam się z oskarżeniem. Ale nie ma tu także łańcucha poszlak, jak utrzymuje prokuratura. Istnieje za to luka dowodowa, która nigdy nie została wypełniona - rozpoczyna swoją mowę końcową obrońca oskarżonego. - 13 listopada 2000 roku Dariusz J. wyszedł ze swojego biura sam. Tak właśnie zeznał świadek pracujący na portierni. Po 27 dniach znaleziono jego zwłoki. Co się wydarzyło w tym czasie? To, że doszło do zabójstwa, jest jasne. Ale w moim przekonaniu nie wykryto jego sprawców. Gdzie dokonano tego zabójstwa? Tego także nie ustalono. Kiedy i jak doszło do tego morderstwa? Tu mamy opinie dwóch biegłych, którzy spierają się w tej materii. Jaki mój klient miałby mieć motyw? Początkowo prokuratura mówiła o książce, którą napisał. Potem wycofano się z tego i uznano, że zrobił to z zazdrości. Przypominam jednak, że zeznawało w tym procesie małżeństwo S. Okazało się, że przed śmiercią zamordowany Dariusz J. utrzymywał kontakty z panią S., a jej mąż był bardzo zazdrosny.

Oprócz tego, o czym wspomina adwokat, niewiele można powiedzieć o życiu prywatnym ofiary. Zeznania jego rodziców i żony na ich prośbę zostały utajnione. Wiadomo jednak, że Dariusz J. znał byłą żonę oskarżonego i kilka razy się z nią spotkał.

- Teraz kwestia rzekomych dowodów. Przede wszystkim telefon komórkowy, który mój klient sprzedał na portalu internetowym. Czy na pewno był to telefon zamordowanego Dariusza J.? Jego żona, zaraz po tym jak zaginął, mówiła, że miał przy sobie telefon Nokia 1310, a w zarzutach mowa jest o modelu 3210. Następnie mecenas Karol Węgliński cytuje opinie operatorów komórkowych i, jak twierdzi, przekonują one, że nie można mieć stuprocentowej pewności co do "komórki", którą sprzedał jego klient.

Telefon komórkowy, który Krystian B. sprzedał w internecie niedługo po zaginięciu Dariusza J., jest jedną z głównych poszlak w tym procesie. Oskarżony nie potrafi bowiem racjonalnie wytłumaczyć, jak wszedł w jego posiadanie. Dotąd wszyscy przekonani byli, że telefon, który sprzedał wcześniej, należał do zamordowanego. Tak dowodziła prokuratura. Dopiero teraz pojawiają się wątpliwości.

- Śledztwo w tej sprawie było prowadzone nierzetelnie. Z góry założono, że mój klient jest sprawcą morderstwa. Próbowano wymusić na nim wyjaśnienia. Policjanci rozebrali go do naga i bili - kontynuuje adwokat. - Co do zeznań świadków w tej sprawie, głównie analizowali oni życie i zachowanie oskarżonego. Ale co ocena moralna ma wspólnego ze stawianymi zarzutami? My tu przecież nie oceniamy osobowości.

Mecenas Węgliński niewiele czasu poświęcił na omówienie jeszcze jednego ważnego dowodu - karty telefonicznej. Biegli stwierdzili, że z jednej i tej samej karty ktoś dzwonił do zamordowanego dokładnie w dniu jego zaginięcia, a potem także do rodziców i wielu znajomych oskarżonego. Zdaniem prokuratury jasne jest, że z karty dzwonić mógł tylko Krystian B.

- Nawet gdyby do Dariusza J. z tej karty dzwonił Krystian B., to nie jest to dowód, że zabił. Nie da się zabić przez telefon - ironizował prawnik.

Nie wyjaśnił jednak, dlaczego jego klient nigdy nie przyznał się do znajomości z Dariuszem J. Skoro nie znał, to dlaczego dzwonił? Jeden ze świadków potwierdza przecież także, że oskarżony wypytywał o Dariusza J. Dziennikarzy, którzy proszą go o rozwianie tych wątpliwości, mecenas Węgliński zbywa w iście mistrzowski sposób: - Czy mój klient znał Dariusza J.?... Proszę mi pokazać dowód, że obaj panowie kiedykolwiek się spotkali.

Obrona oczywiście wniosła o uniewinnienie Krystiana B.

- Z oczywistego faktu - jak stwierdza adwokat - braku dowodów.

O uniewinnienie prosi też sam oskarżony w swoim ostatnim słowie.

- Współczuję rodzinie ofiary, próbuję sobie wyobrazić, co przeżywają. Szczerze współczuję, ale to nie ja jestem odpowiedzialny za ich tragedię - stwierdza Krystian B. Jak zwykle jest opanowany i zrównoważony. Kiedy przemawia, jego rodzice trzymają się za ręce. Matce oskarżonego szklą się oczy. - Wyroku oczekuję ze spokojem. Ze spokojem, na jaki może zdobyć się tylko osoba niewinna - mówi Krystian B.

***

Zanim sąd ogłosi wyrok, chce poznać opinię biegłego z zakresu telefonii komórkowej. Ma z pewnością nadzieję ostatecznie wyjaśnić, czy telefon, który sprzedał Krystian B., był wcześniej własnością zamordowanego Dariusza J., czy też nie? Jako świadkowie mają także złożyć zeznania dwaj policjanci, którzy prowadzili śledztwo w sprawie zabójstwa wrocławianina. Ci sami, którzy zdaniem oskarżonego dotkliwie go pobili.


KATARZYNA PASTUSZKO



ANGORA nr 32, 12 sierpnia 2007

Bardzo ważni świadkowie

 

 

To był kolejny falstart. Wbrew zapowiedziom już po raz drugi nie zakończył się proces Krystiana B. Na nic zdała się determinacja sądu, który uległ wnioskom oskarżenia i wezwał na ostatnią (jak się wcześniej wydawało) rozprawę jeszcze trzech świadków.

Wezwania zostały doręczone, ale do sądu zgłosił się tylko jeden świadek. Wszyscy z niecierpliwością wsłuchiwali się w jego zeznania, ponieważ oskarżenie, które domagało się jego wezwania, twierdziło, że to istotny świadek. Zainteresowanie publiczności wzrosło jeszcze bardziej, kiedy okazało się, że Paweł P. przyjechał specjalnie z zagranicy, aby stawić się przed sądem.

- Pracowałem u oskarżonego jako pracownik fizyczny - stwierdza na początku mężczyzna i właściwie nie wie, co ma mówić dalej.

- A widywał go pan pod wpływem alkoholu? - sędzia Lidia Hojeńska próbuje jakoś pomóc świadkowi.

- Owszem. Zdarzyło się może dwa albo trzy razy.

- A jak scharakteryzowałby pan oskarżonego? - pada kolejne pytanie.

- To był dobry pracodawca - stwierdza krótko mężczyzna.

Paweł P. ponad to nic więcej nie potrafi już powiedzieć. Dlatego sędzia Hojeńska odczytuje jego zeznania, jakie złożył w śledztwie. Zresztą także wówczas świadek nie powiedział zbyt wiele.

- Kilka lat temu mieszkałem wspólnie z Krystianem i jego żoną Stasia. To trwało tak około miesiąca. Oni się kłócili. Raz kiedyś Stasia kazała mu nawet pakować walizki. Sądzę, że chodziło o jakąś kobietę - sędzia czyta powoli zeznania Pawła P. - Kiedy Krystian był pijany, dziwnie się zachowywał. Rzucał dziwne teksty albo sikał przez okno samochodu.

- Ile razy miało miejsce owo pakowanie walizek? - pyta mecenas Bogusława Nowakowska, pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych.

- Mówiłem wtedy, że raz... - niepewnie odpowiada świadek, - Ja widziałem raz.

- Mówił pan inaczej - twierdzi adwokat.

- Najlepiej, kiedy raz jeszcze odczytam ten fragment - spór przerywa sędzia Hojeńska i po raz kolejny czyta zdanie: - Raz kiedyś Stasia kazała mu nawet pakować walizki.

- Czy są jeszcze pytania? - tu sędzia patrzy w stronę prokuratury, wszak to na wniosek oskarżenia wzywano do sądu Pawła R Jednak prokurator Bogumiła Fiuto tylko przecząco kiwa głową.

Świadek nie żyje

Z pewnością pani prokurator czekała na kolejnego świadka - Marię K. To o jej wezwanie do sądu wiodła w czasie ostatniej rozprawy prawdziwy bój.

- Trzeba przesłuchać Marię K. Ta pani widziała Dariusza J. jako ostatnia, kiedy wychodził ze swojego biura około godziny 15. Przypominam, że Dariusz J. szedł w towarzystwie dwóch mężczyzn, a świadek nie widziała jeszcze oskarżonego. Być może go rozpozna? - argumentowała prokurator.

Sędzia Lidia Hojeńska dziwiła się i dopytywała, ale nie dowiedziała się, dlaczego oskarżenie w trakcie śledztwa nie okazało Krystiana B. świadkowi. Prokurator Fiuto milczała na ten temat jak zaklęta.

- A teraz co do świadka Marii K. - zaczyna powoli sędzia. - Z informacji, jakie uzyskaliśmy, wynika, że świadek nie żyje.

Po sali przebiega szmer. Wszyscy z niedowierzaniem kiwają głowami. Jednak przecież jeszcze nie wszystko jest stracone. Sąd w aktach sprawy ma zeznania zmarłej i te być może rzucą na rozwikłanie tej zagadki jakieś światło. Tak zresztą sugerowała ostatnio pani prokurator.

- 13 listopada 2000 roku pełniłam służbę na portierni - zeznania zmarłej Marii K. odczytuje sędzia. Kobieta w czasie, kiedy zaginął zamordowany Dariusz J., pracowała jako ochrona w budynku, w którym mieściło się jego biuro. - Około godziny 14 pan Darek wyszedł z budynku. Wrócił po godzinie. Ponownie obok portierni zobaczyłam go około godziny 16. Nie widziałam, żeby ktoś z nim wychodził. Szli za nim jacyś mężczyźni, ale nic nie wskazywało, że oni szli z nim. Nikt tego dnia nie wchodził do jego biura, ani nikt o niego nie pytał. Dwa razy łączyłam do niego tylko telefony.

Kiedy sędzia kończy czytać, sala milczy. Wszyscy patrzą w stronę ławy oskarżenia. Każdy chce chyba zadać to samo pytanie prokurator Bogumile Fiuto. Gdzie w tych zeznaniach jest mowa o tym, że świadek Maria K. widziała, jak zamordowany wychodził ze swojego biura w towarzystwie dwóch mężczyzn?! Czy prokuratura w ogóle znała treść tych zeznań? Czy może liczyła na cud, że oto pani Maria, kiedy tylko zobaczy Krystiana B., stwierdzi, że widziała go w dniu zaginięcia zamordowanego? Jednak wobec śmierci świadka wszystkie te pytanie są nieaktualne.

Czas zatem na ostatniego świadka - wydawcę książki "Amok", którą napisał oskarżony. O jego przesłuchanie wnioskował pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych. Sędzia rozkłada na stole jakieś papiery.

- Jak wynika z informacji policji, która miała dostarczyć świadkowi wezwanie, ta pani wcześnie rano wychodzi ze swojego mieszkania i bardzo późno wraca - mówi poirytowana już sędzia Hojeńska. - Trzeba chyba jeszcze bardziej zmobilizować policję, aby ta jednak wręczyła świadkowi wezwanie na przesłuchanie.

Rozprawa po raz kolejny zostaje przerwana.

Łańcuch poszlak

Nie ma żadnych bezpośrednich dowodów na to, że to Krystian B. najpierw porwał, potem więził, a w końcu zamordował siedem lat temu Dariusza J. Są za to poszlaki, które - zdaniem oskarżenia - układają się w jeden wzajemnie uzupełniający łańcuch i wskazują oskarżonego jako jedynego sprawcę tej okrutnej zbrodni.

Krystiana B. powiązano ze sprawą śmierci Dariusza J. dopiero wtedy, gdy odnaleziono telefon komórkowy zamordowanego. Przy zwłokach Dariusza J. nie znaleziono jego komórki. Było to wręcz niemożliwe, jak się później okazało. Jego ciało zostało wyłowione z Odry 10 grudnia 2000 roku, czyli niemal miesiąc po zaginięciu. Tymczasem jego telefon komórkowy został wystawiony do sprzedaży na portalu aukcyjnym Allegro cztery dni po tym, jak przepadł bez wieści - 17 listopada 2000 roku. No i najważniejsze - telefon zmarłego Dariusza J. wystawił na sprzedaż oskarżony Krystian B., który logował się na Allegro jako Chris B. Ciekawostką zaś jest fakt, że zapożyczył to imię od głównego bohatera swojej książki "Amok". Oskarżony ani w trakcie śledztwa, ani w czasie toczącego się procesu nie potrafił logicznie wyjaśnić, w jaki sposób wszedł w posiadanie telefonu nieżyjącego Dariusza J. Raz utrzymywał, że po prostu go znalazł, innym razem twierdził, że kupił go w lombardzie. Aż w końcu odmówił wyjaśnień na ten temat.

Kolejny ważny trop, na jaki wpadli wrocławscy policjanci, to karta do automatu telefonicznego. Co ciekawe - karty tej fizycznie nie ma. Jednak dzięki osiągnięciom techniki biegli potrafili odtworzyć jej zawartość, a właściwie historię połączeń. Na początku zbadano połączenia telefoniczne z godziny 9 rano 13 listopada 2000 roku, jakie wykonano do firmy zamordowanego, oraz te, które Dariusz J. odebrał przez swój telefon komórkowy. Stwierdzono, że w obu przypadkach dzwoniono z budki telefonicznej położonej niedaleko biura ofiary. I co najważniejsze - do obu połączeń użyto tej samej karty. Teraz badanie było już łatwe, bowiem karty telefoniczne posiadają swoje numery. Dość szybko biegły sporządził listę 32 rozmówców, z którymi ktoś łączył się za pomocą tej karty. Biegłemu z zakresu telekomunikacji lista firm i nazwisk powiedziała niewiele, ale śledczym bardzo dużo. I tak: z tej samej karty, z której 13 listopada dzwoniono do firmy, a później na komórkę Dariusza J., wykonano także połączenia do rodziców oskarżonego Krystiana B. Na liście połączeń znajduje się oczywiście wiele innych nazwisk. W większości przypadków osoby te znają oskarżonego i przyznają, że utrzymywały z nim telefoniczny kontakt.

Oczywiście nie ma dowodów, że to właśnie oskarżony dzwonił z tej karty. On sam zresztą twierdzi, że nie ma pojęcia o żadnej karcie, ponieważ dzwoni wyłącznie ze swojego telefonu komórkowego. Prokuratura jest jednak przekonana, że jedyną osobą, która mogła korzystać z owej karty, jest właśnie Krystian B.

Chora zazdrość

Znalezienie poszlak czy dowodów zbrodni jest często dużo prostsze niż odkrycie motywów, które popychają sprawców do czynów często okrutnych. W przypadku Krystiana B. znalezienie motywu nie było tak trudne. Już po pierwszych przesłuchaniach jego byłej żony oraz dawnych przyjaciół i znajomych okazało się, że Krystian B. był zazdrosny wręcz chorobliwie. Zazdrosny oczywiście o żonę Stanisławę - nawet po ich rozwodzie. Oskarżony - jak wynika z relacji świadków - miał zwyczaj śledzić byłą małżonkę, urządzać jej awantury, a nawet posuwać się do rękoczynów. Gdy w trakcie przesłuchań wyszło na jaw, że była żona oskarżonego znała, a co więcej: kilka razy spotkała się z zamordowanym Dariuszem J., pętla na szyi Krystiana B. zaczęła się zaciskać. W czasie śledztwa Stanisława B. zeznała, że mąż zrobił jej awanturę o znajomość z Dariuszem J. Również przyjaciółka małżeństwa B. opowiedziała o rozmowie, w której oskarżony dopytywał o zamordowanego. Świadkowie pamiętają także noc sylwestrową 2000 roku, a więc kilka tygodni po zabójstwie Dariusza J. Doszło wtedy do awantury, którą miał wywołać Krystian B. z powodu zazdrości o byłą żonę. Ponoć krzyknął do jednego z kolegów, "że jednego takiego już załatwił". Miał wówczas stwierdzić również, że zrobił to za pomocą linki lub sznurka.

Mimo takich zeznań świadków Krystian B. stanowczo utrzymuje, że nigdy nie poznał Dariusza J.

I wreszcie książka "Amok", którą napisał oskarżony. Dziś stanowi jeden z dowodów w sprawie. Nie jest to jednak dowód mocny i jednoznaczny. Biegli uznali, że w tej książce brak jest bezpośrednich elementów dotyczących zabójstwa. Znaleźli jednak kilka drugoplanowych szczegółów. Wśród nich wyliczają: elementy planowania zbrodni, przetrzymywanie ofiary przed śmiercią, przygotowanie pętli ze sznurem oraz sprzedaż na aukcji internetowej przedmiotów związanych z czynem. Doszukano się też podobieństwa pomiędzy oskarżonym Krystianem B. a jego książkowym bohaterem Chrisem. Dotyczą one przede wszystkim danych biograficznych, środowiska społecznego, ich cech osobowości, sposobów reagowania, w tym ujawnionych zaburzeń, a także upodobań i zainteresowań.

"Zacisnąłem z całej siły pętlę. Przytrzymując wierzgającą Mary jedną ręką, drugą wbiłem jej nóż powyżej lewej piersi (...). Za siedmioma lasami, za siedmioma górami porzucam sznur odcięty od szyi Mary. Japoński nóż sprzedaję na internetowej aukcji".

("Amok", z rozdziału "Na pieprzeniu się świat nie kończy, Mary")


KATARZYNA PASTUSZKO



ANGORA nr 26, 01 lipca 2007

Przedostatni świadkowie

 

 

Już na pierwszy rzut oka Krystian B. różni się od wielu spotykanych na salach sądowych osób oskarżanych o morderstwo. Różni się wyglądem, sposobem zachowania. Zawsze jest elegancko ubrany. Ma dobrze skrojony garnitur, dopasowaną koszulę i krawat. Jednak w oczy najbardziej rzuca się jego spokój i pewność siebie.

Zwykle oskarżeni o najcięższe zbrodnie starają się ukryć swoją twarz, wręcz chowają się przed wzrokiem zgromadzonych na sali ludzi. Krystian B. przeciwnie. Zawsze z nieukrywaną ciekawością rozgląda się po publiczności. Spokojnie patrzy w oczy siedzącym kilka metrów przed nim żonie i ojcu nieżyjącego Dariusza J., o którego zamordowanie został oskarżony. Patrzy na nich bez zmrużenia oka. Takie zachowanie tłumaczy chyba jedynie opinia psychologów na jego temat:

"Inteligencja ponadprzeciętna. Nie liczy się z uczuciami innych. Gwałtownie reaguje na krytykę własnej osoby. Ma skłonności do szantażu emocjonalnego. Bardzo wysoka samoocena, uważa się za osobę niezwykłą, narcyz".

A być może jest jeszcze inaczej, może na ławie oskarżonych siedzi niewinny człowiek i tak właśnie reaguje na bezpodstawne oskarżenia?

W miniony poniedziałek (18 czerwca) wszyscy mieli nadzieję na zakończenie procesu oraz na to, że może wreszcie poznamy odpowiedzi na to najbardziej nurtujące pytanie. Winny czy niewinny? Sąd już wcześniej uprzedził strony, że tego dnia zostaną przesłuchani ostatni świadkowie, a strony wygłoszą mowy końcowe. Być może na sam wyrok przyszłoby poczekać jeszcze kilka dni. Tak jednak się nie stało.

Coś w niego wstąpiło

Dziennikarze już kilkadziesiąt minut przed rozpoczęciem rozprawy zjawiają się przed salą sądową. Jest ich przynajmniej kilkunastu, kilku fotoreporterów i kilka kamer. Od samego początku proces Krystiana B. bardzo interesował media. W końcu nieczęsto oskarża się o zabójstwo pisarza, choćby i takiego, który ma na koncie tylko jedną książkę. A gdy dodać do tego jeszcze to, że w swojej powieści miał zawrzeć szczegóły dotyczące zbrodni, o którą jest oskarżany, to popularność w mediach jest zapewniona. Obecność kamer raczej Krystianowi B. nie przeszkadza. Ba, sam nawet kilkakrotnie spotykał się z dziennikarzami w areszcie. Na efekty jego obecnej popularności nie trzeba było długo czekać. Jego książka "Amok" rozeszła się na rynku jak ciepłe bułeczki. Oczywiście, od tego momentu, kiedy został postawiony mu zarzut zabójstwa. A mówi się nawet, że niedługo powieść ma zostać wznowiona.

Na sali trwa gorączkowy ruch. Na wszystkich stołach dziennikarze stawiają mikrofony. Chcą mieć nagranych wszystkich, bo liczą oczywiście na mowy końcowe. Ale wcześniej czas na ostatnich świadków.

Ireneusz T. zna Krystiana B. długo. A nawet bardzo długo, bo od szkoły podstawowej. W okresie studenckim nawet przez kilka lat mieszkali wspólnie razem ze swoimi dziewczynami. Można zatem śmiało powiedzieć, że świadek dobrze zna oskarżonego. Jednak z czasów zażyłej znajomość Ireneusz T. nic specjalnego nie może opowiedzieć o Krystianie B.

- Dopiero gdy straciłem z nim kontakt, słyszałem trochę o nim - mówi świadek.

- To znaczy, co pan słyszał?

- Słyszałem, że zrobił się agresywny. Miał ponoć nawet pobić swoją żonę Stasię - dodaje.

Ireneusz T. tylko raz osobiście widział agresywne zachowanie oskarżonego. To było w sylwestrową noc 2001 roku. Niespełna miesiąc przed tym wydarzeniem z Odry wyłowiono zwłoki Dariusza J. Świadek pracował wówczas w jednym z wrocławskich klubów. Ówczesna żona Krystiana B., Stanisława, przygotowywała na tę zabawę jedzenie. W dowożeniu potraw pomagał jej właśnie oskarżony.

- Nad ranem po zakończeniu balu sylwestrowego w klubie została tylko obsługa. Chcieliśmy zrobić sobie jakieś małe przyjęcie. Było nas tak z dziesięcioro. Wcześniej tej nocy Krystian nie pił alkoholu. Mówił nawet, że jest na odwyku. Ale kiedy zostaliśmy w tym kameralnym gronie, to się napił - wspomina świadek. - I wtedy doszło do utarczki słownej między nim a Pawłem, który był w klubie barmanem. Krystian zaczął szaleć. Coś jakby w niego wstąpiło. Cała załoga stanęła po stronie Pawła i chcieliśmy Krystiana wyrzucić z lokalu. On był w takim szale, że w pięciu mieliśmy kłopot, żeby go wyprowadzić. Jak się z nami szarpał, to jeszcze krzyczał do Pawła, że za to, że się do jego żony przystawia, to on go załatwi. I dodał też, że wie, jak to zrobić. Tamtej nocy przez cały czas Krystian zachowywał się normalnie. Dopiero kiedy wypił, nastąpiła taka drastyczna zmiana tego człowieka. Stał się agresywny. Sam nie wiem, czy to alkohol był bezpośrednią przyczyną takiego zachowania.

Inni uczestnicy tej zabawy sylwestrowej zeznali również, że Krystian B. miał także powiedzieć, "że jednego takiego już załatwił". Dodał ponoć również, że zrobił to za pomocą linki lub sznurka.

Pozostałe wiadomości Ireneusza T, które mogłyby pomóc sądowi w tej sprawie, pochodzą już tylko ze słyszenia.

- Wiem o jakimś facecie, który spotykał się ze Stasia, żoną Krystiana. Ale to było już po rozpadzie ich małżeństwa - opowiada świadek. - Słyszałem, że mimo to Krystian groził Stasi. Groził, że zajmie się tym człowiekiem, jak ona nie przestanie się z nim spotykać. A potem dowiedziałem się, że właśnie ten mężczyzna nagle zaginął.

Sędzia Lidia Hojeńska przez kilkanaście minut odczytuje zeznania Ireneusza T., które ten złożył w śledztwie. Dopiero wtedy świadek przypomina sobie więcej szczegółów.

- Rzeczywiście, ten sylwester to nie był nasz ostatni kontakt - stwierdza po namyśle mężczyzna. - Chyba jakieś dwa lata temu Krystian zadzwonił do mnie. Mówił coś o policji, że pewnie będzie chciała mnie przepytać. Szukał też kontaktu z moją przyjaciółką, która mieszkała z nim, ze mną i Stasia w czasie studiów.

- Od waszego ostatniego spotkania minęło wiele lat. Jak pan zareagował na ten telefon? - dopytuje mecenas Bogusława Nowakowska, pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych.

- Byłem bardzo zaskoczony tym telefonem.

Kolejny świadek to Tomasz P., kolega oskarżonego z lat studiów. Mężczyzna mówi raczej niechętnie. Niechętnie, bo właściwie nie wie, o czym ma mówić. Na temat morderstwa nie ma pojęcia.

- Czy oskarżony nadużywał na studiach alkoholu? - sędzia próbuje pomóc świadkowi pytaniami.

- Krystian? - pyta zdziwiony Tomasz P.

- Tak.

- Wszyscy na studiach nadużywaliśmy alkoholu - pada rozbrajająco szczera odpowiedź.

Przeciąganie postępowania

Gdy za ostatnim świadkiem wezwanym na rozprawę zamykają się drzwi sali, sędzia zadaje standardowe pytanie:

- Czy strony zgłaszają jakieś wnioski?

- Tak, wysoki sądzie - stwierdza, wstając z miejsca, prokurator Bogumiła Fiuto.

- Słucham? - pyta wyraźnie zdziwiona sędzia Lidia Hojeńska.

Prokurator przez kilka minut tłumaczy, że widzi potrzebę przesłuchania w tej sprawie jeszcze kilku świadków.

- Przecież na ostatniej rozprawie umawialiśmy się, że dzisiaj zamykamy postępowanie dowodowe, a państwo wygłoszą mowy końcowe po przesłuchaniu ostatnich świadków - mówi nadal zdziwiona sędzia.

- Tak, ale w trakcie analizy materiału dowodowego prokuratura doszła do wniosku, że trzeba przesłuchać między innymi świadek K. Ta pani widziała Dariusza J. jako ostatnia, kiedy to wychodził ze swojego biura około godziny 15. Przypominam, że Dariusz J. szedł w towarzystwie dwóch mężczyzn, a świadek nie widziała jeszcze oskarżonego. Być może go rozpozna? - broni swoich racji prokurator.

- A ja zapytam tak... - sędzia Lidia Hojeńska, która przez cały proces była uosobieniem spokoju i elegancji, tym razem robi się nieprzyjemna. Gołym okiem widać, że jest po prostu zła. - Dlaczego w trakcie śledztwa prokuratura nie okazała Krystiana B. świadkowi?

Pytanie sądu było strzałem w dziesiątkę, żeby nie powiedzieć: między oczy. Ale mimo swojej konkretności zostało pytaniem retorycznym.

- Ja podtrzymuję swoje wnioski - stwierdza po kilkunastu sekundach ciszy prokurator.

- My również mamy wnioski, wysoki sądzie - stwierdza w imieniu oskarżycieli posiłkowych mecenas Bogusława Nowakowska.

Tym razem pada prośba o przesłuchanie wydawcy książki, którą napisał oskarżony.

- Co na to obrona? - pyta sędzia.

- Cóż, oskarżenie jest w komfortowej sytuacji, bo to mój klient od kilkunastu miesięcy przebywa w areszcie - stwierdza mecenas Karol Węgliński. - Wnioski pozostawiam do uznania sądu, ale w razie ich uwzględnienia proszę o wyznaczenie terminu w możliwie najkrótszym czasie.

- No tak... I tu właśnie zaczyna się problem - tłumaczy sędzia Hojeńska. - Mamy w sądzie za mało policjantów, a co za tym idzie - problem z konwojami. I to od konwoju policyjnego zależy teraz termin kolejnej rozprawy, a to jest niepotrzebne przeciąganie postępowania sądowego. Sąd uda się teraz na krótką naradę, proszę nie opuszczać sali.

Śledztwo w sprawie zabójstwa Dariusza J. trwało niemal sześć lat. Sprawą zajmowały się prokuratury w Rawiczu, Głogowie i Legnicy. Raz nawet śledztwo zostało umorzone. Krystian B. przebywa w areszcie od stycznia 2006 roku. Dlaczego do tej pory nie został okazany świadkowi, który widział wychodzącego z pracy Dariusza J. w towarzystwie dwóch mężczyzn? Trudno to zrozumieć. Co więcej, prokuratura zapomniała chyba o innym świadku. Witold W., znajomy zamordowanego, utrzymuje, że widział go w dniu jego zaginięcia między godzinami 17 a 18.

* * *

Sąd zdecydował o przesłuchaniu świadków wnioskowanych przez oskarżenie. Kolejny termin rozprawy wyznaczono na 29 czerwca.


KATARZYNA PASTUSZKO



ANGORA nr 26, 01 lipca 2007


Kolekcjoner przeżyć

 

 

Kobiety, które przed laty związane były z oskarżonym, są teraz w mało komfortowej sytuacji. Na ich temat w aktach sprawy można znaleźć wiele opisów czy opinii zgromadzonych w trakcie śledztwa. Teraz wszystkie muszą wystąpić publicznie przed sądem, choć pewnie nie zawsze mają na to ochotę.

Pani Beata P. jako pierwsza z byłych przyjaciółek Krystiana B. staje przed sądem. Dlatego sytuacja tym bardziej jest niezręczna, gdyż kobieta budzi szaloną ciekawość obserwatorów procesu. Wszak na tej samej sali kilka godzin temu dawni, najbliżsi koledzy oskarżonego opowiadali o jego upodobaniach co do płci przeciwnej. Utrzymywali, że Krystian B. zawsze wolał brzydsze i często starsze panie. Potwierdzenie jego gustu można znaleźć też w "Amoku", który napisał. Chris, bohater książki, podobnie jak jej autor nie zachwyca się pięknymi czy urodziwymi, gustuje raczej w "przeciętnych" kobietach. Kiedy pani Beata wchodzi na salę sądową, wpatrzonych jest w nią kilkanaście par oczu. Przez kilka sekund trwa taka cisza, jakby za chwilę miały posypać się noty i oceny dotyczące urody świadka.

Chciał żyć na luzie

Wchodzi niepewnym krokiem. Sytuacja jest dla niej z pewnością niecodzienna i pewnie nieco ją peszy. Nie rozgląda się po sali. Patrzy tylko przed siebie. Ubrana jest cała na czarno, niezwykle elegancko. Stoi wyprostowana jak struna na bardzo wysokich szpilkach. Mówi cichym, ale pewnym głosem. To dobrze wykształcona i znająca swoją wartość kobieta.

- Pani mieszkała z oskarżonym? - pyta na wstępie sędzia Lidia Hojeńska.

- Tak - przyznaje pani Beata.

- Czy ten związek to był konkubinat?

- Trwał zaledwie kilka miesięcy, więc jest to chyba określenie na wyrost - stanowczo stwierdza świadek.

Beata P. poznała Krystiana w jednym z wrocławskich klubów w grudniu 1999 roku. Dość szybko, po miesiącu, może dwóch znajomości, wspólnie zamieszkali. Właściwie to on zamieszkał u niej. Ale już jesienią 2000 r. ich drogi się rozeszły. Kobieta nie ukrywa, że jest od niego 10 lat starsza.

- Mieliśmy inne oczekiwania w stosunku do życia. Po tym krótkim czasie zorientowałam się, że on woli i chce żyć na luzie, ja natomiast szukałam stabilizacji - opowiada o powodach ich rozstania.

- Czy w czasie wspólnego mieszkania dochodziło ze strony oskarżonego do aktów agresji?

- W stosunku do mnie na pewno nie - znowu odpowiedź kobiety jest pewna i stanowcza.

Sędzia Hojeńska przerywa zadawanie pytań. Długo przegląda i wertuje akta sprawy. Szuka pewnie potrzebnego jej fragmentu. Wreszcie znajduje. Podnosi głowę znad stosu papierów.

- A próba samobójstwa? - pyta zagadkowo świadka.

- A tak, to było w maju 2000 roku - mówi cicho Beata R - Krystian chciał wyskoczyć przez balkon. Przyszedł do domu wieczorem. Był pijany, więc zrobiłam mu awanturę. Powiedziałam wtedy, że jak jest w takim stanie, to może wyjść i on wtedy stwierdził, że równie dobrze może wyjść przez okno.

- I co zrobił?

- Wyskoczył przez balkon, ale trzymał się za pręty z drugiej strony - relacjonuje świadek. - Wezwałam straż pożarną i policję. Zabrali go wtedy na izbę wytrzeźwień.

- Czy wytłumaczył to swoje zachowanie potem w jakikolwiek sposób?

- Nie.

- Często pił alkohol? - Lubił wypić, ale nie upijał się - opowiada Beata P. - Słyszałam, że po naszym rozstaniu pił jednak dużo. Ponoć upijał się do nieprzytomności w knajpach.

- Czy był o panią zazdrosny? - tym razem pytanie dotyczące zazdrości po raz pierwszy odnosi się do innej kobiety niż była żona oskarżonego.

- Po wypiciu robił się zazdrosny. Pamiętam, kiedyś zrobił mi wykład, jak długo tańczyłam z moim starym znajomym. Zdjął wtedy okulary i zachowywał się tak, jakby chciał je podeptać.

- I podeptał?

- Nie, one były całe. To była taka demonstracja.

Pani Beata ma raczej dobre zdanie o swoim byłym przyjacielu.

- Inteligentny, oczytany, zawsze miał duże poczucie humoru, wyobraźnię - odpowiada, kiedy pytana jest o charakterystykę Krystiana B.

Jednak zaraz potem opowiada zdarzenia, w których zupełnie inaczej maluje się obraz oskarżonego.

- Kiedyś zadzwoniłam do jego mamy i poprosiłam, aby oddał klucze do mojego mieszkania - wspomina.

- Oddzwonił po jakimś czasie i krzyczał na mnie zupełnie bez powodu. Innym razem dostałam od niego list. Po jego przeczytaniu miałam wrażenie, iż jest niezrównoważony psychicznie. Oskarżał mnie w nim, że przeze mnie stracił brata, że nie jestem warta jego miłości.

Gdy Krystian B. zaczyna zadawać pytania świadkowi, trudno domyślić się, że jeszcze kilka lat temu byli sobie bliscy.

- Proszę pani. To wydarzenie wyjścia przez balkon było nazwane próbą samobójczą? To pani wyrażenie? - oskarżony mówi do świadka, jakby widział panią Beatę po raz pierwszy w życiu.

- Ja powiedziałabym, że była to raczej próba sił - świadek odwzajemnia się Krystianowi B. podobnym, zimnym tonem.

- Czy zatem można powiedzieć, że jest to nadużycie semantyczne? - pyta nadal oskarżony.

- To pytanie sugerujące - zwraca uwagę sędzia.

- Czy to, że była to próba samobójstwa, było w czasie pani przesłuchania sugestią policji? - oskarżony raz jeszcze zwraca się do świadka.

- Może po prostu nie zapisano wszystkich moich słów - stwierdza pani Beata.

Katalog kobiet

Książkę, którą napisał oskarżony, jego listy, maile, zeznania, a także jego samego wielokrotnie poddawano badaniom psychologów. Jednak tylko z jedną z biegłych zgodził się na rozmowę, a właściwie na wykonanie testów.

- W mojej ocenie jest egocentrykiem. Dla niego najważniejszy jest on sam - zeznaje biegła psycholog. - Ważne są dla niego przeżycia. Koncentruje się na doznaniach. On kolekcjonuje te swoje przeżycia.

Kiedy oskarżony wypełniał dostarczone mu testy, był również obserwowany przez biegłą.

- Kontrolował się w czasie tego badania - uważa psycholog. - Długo zastanawiał się w trakcie wyłaniania odpowiedzi. Chciał się zaprezentować jako człowiek, który przestrzega norm społecznych.

- Można powiedzieć, że w tych testach osoba, która je wypełnia, robi to tak, aby przedstawić się jak najlepiej? - pyta sędzia Hojeńska.

- Oczywiście.

- Czyli im bardziej inteligentny jest badany, tym bardziej te testy mogą być zafałszowane?

- Tak można powiedzieć, ale po pewnych jego zachowaniach i na podstawie tego, co napisał, można jednak coś stwierdzić - przekonuje psycholog. - U tego człowieka nie można mówić o impulsywnej agresji. Jeśli agresja, to przemyślana, decyzje - świadome. Tak on funkcjonuje.

Krystian B. wypełnił testy, ale z biegłą rozmawiał już niechętnie.

- Pytałam go o seks. Nie chciał mówić - zeznaje psycholog. - Powiedział tylko, że miał dużo kobiet i w komputerze prowadził katalog tych, z którymi sypiał. Wtedy powiedział mi chyba więcej niż chciał.

Biegła oczywiście przeczytała książkę, jaka wyszła spod pióra oskarżonego i szybko ją ocenia:

- Napisała ją osoba, która lubi zwracać na siebie uwagę, lubi szokować. Po przeczytaniu "Amoku" można powiedzieć, że obszar zainteresowań autora to: religia, seks i zbrodnia.

Dwie pozostałe biegłe nie rozmawiały z oskarżonym, ponieważ nie wyraził na to zgody. Przeczytały za to cały materiał dowodowy.

- Inteligencja ponadprzeciętna. Jeśli chodzi o osobowość, to ma zaburzenia. Związki traktuje powierzchownie, zwykle są nietrwałe. Nie liczy się z uczuciami innych. Gwałtownie reaguje na krytykę własnej osoby. Ma skłonności do szantażu emocjonalnego. Bardzo wysoka samoocena, uważa się za osobę niezwykłą, narcyz. Jednak jest w tym przypadku niestabilny, czasem mówił, że jest do niczego - biegłe bezlitośnie opisują cechy, jakie ich zdaniem posiada oskarżony. Krystian B. słucha ich uważnie i uśmiecha się.

- Po analizie jego tekstów stwierdzamy, że wykazuje agresję werbalną. Nadużywa wulgaryzmów. Przy tego typu ludziach należy liczyć się z ich strony z agresją fizyczną, zwłaszcza pod wpływem alkoholu - przekonują biegłe.

- W swojej pisemnej opinii napisały panie, że zauważają u oskarżonego fascynację zbrodnią - sędzia chce poznać przyczyny takiej uwagi.

- To można stwierdzić po lekturze książki jego autorstwa. Każdy autor jakąś część własnej osobowości wkłada w swój utwór. I tak, jeżeli chodzi o cechy sadystyczne, to przecież pewne zachowania oskarżonego w stosunku do bliskich mu osób miały charakter sadystyczny.

Biegłe przeanalizowały też protokół przesłuchania, w czasie którego Krystian B. przyznał się do morderstwa, a potem odmówił jego podpisania i stwierdził, że źle się czuje.

- W tym jego konkretnym zachowaniu jest jakaś skłonność do manipulacji, czyli jakaś gra. To jest osoba, która chce robić czyny wyjątkowe. Zawsze chce być najważniejszy. To widać w tym przyznaniu się do zabójstwa, kiedy podkreśla, że zrobił to sam.

Krystian B. ze spokojem słucha zeznań na swój temat. Ma jednak długą listę pytań do biegłych. Zanim je zada, wygłasza oświadczenie.

- Oświadczam, że materiał dowodowy, a w szczególności moja korespondencja, zapisy czatów, pliki z mojego komputera, nie odzwierciedlają stanu faktycznego relacji łączących mnie z poszczególnymi osobami - oskarżony czyta spokojnie wcześniej przygotowany tekst. Potem zasypuje biegłe pytaniami. Dziesiątkami pytań. Głos ma przy tym spokojny, ale widać, że opinie, jakie usłyszał na swój temat, ubodły go do żywego.

- Cechy narcystyczne, czym się objawiają? - pyta z pewną wyższością.

- Poczuciem wyjątkowości, poczuciem, że jest się lepszym - biegłe nie mają kłopotów z odpowiedziami.

- To jest egocentryzm czy narcyzm? - pytanie zadaje z lekkim przekąsem.

- I to, i to.

- Na jakiej podstawie panie wydały taką opinię na mój temat? - pyta, choć dobrze zna odpowiedź, bo padła na tej sali już kilka razy.


KATARZYNA PASTUSZKO


 

Dane świadka zostały zmienione


 


ANGORA nr 18, 6 maja 2007

Chory z zazdrości

 

 

Najbliższe koleżanki byłej żony oskarżonego nie zostawiają na nim suchej nitki. Właściwie żadna z nich nie wymieniła choćby jednej jego pozytywnej cechy. Krystian B. ich zdaniem, to alkoholik, babiarz, awanturnik chorobliwie zazdrosny o żonę i niezrównoważony psychicznie człowiek.

Kobiety nie mają pojęcia, jak zginął Dariusz J. Nawet nie znały zamordowanego. Znały natomiast Krystiana B., dzisiaj oskarżonego o to zabójstwo. I po tym, co opowiadają przed sądem na jego temat, można poznać, że raczej nie darzyły go sympatią. Ich zeznania za to uprawdopodobniają wersję prokuratury, która jest przekonana, że Krystian B. mógł zabić Dariusza J. z zazdrości o byłą żonę. Jej koleżanki zgodnie twierdzą przed sądem, że oskarżony był chory z zazdrości nawet po rozstaniu z małżonką.

Zarozumiały buc

Pierwsza na salę wchodzi pani Kinga. Młoda, piękna kobieta. Oskarżony nawet nie patrzy w jej stronę. Nie rozgląda się także po sali tak jak zwykle. Siedzi jakiś osowiały, jakby dobrze wiedział, co na jego temat powie świadek.

- Wie pani, czego dotyczy sprawa? - sędzia Lidia Hojeńska rozpoczyna przesłuchanie.

- Tak, wiem - odpowiada bez chwili namysłu pani Kinga. Ta odpowiedź musi dziwić, bo zwykle świadkowie stwierdzali na tej sali, że nie mają pojęcia o przedmiocie procesu, a jeżeli już mieli, to raczej mgliste.

- To proszę nam powiedzieć - zachęca sędzia.

- Wiem, że Krystian jest oskarżony o morderstwo konkubenta Stasi, swojej byłej żony - recytuje bez zająknięcia pani Kinga.

Również ta odpowiedź dziwi. Po raz pierwszy w tym procesie ktoś stwierdził, że Dariusz J. był konkubentem Stanisławy B.

- Stasię i Krystiana poznałam w 1999 roku. Dorywczo byłam opiekunką ich syna. Bliższe kontakty miałam jednak ze Stasią - opowiada świadek.

- Czy w małżeństwie oskarżonego dochodziło do nieporozumień? - dopytuje sędzia.

- Ich małżeństwo nie robiło na mnie pozytywnego wrażenia. Stasia była nieszczęśliwa. Sprawiała wrażenie nieszczęśliwej. Ona nigdy się nie uśmiechała. Nieraz byłam świadkiem ich kłótni czy to w domu, czy w restauracji, gdzie ona pracowała - kobieta mówi bardzo spokojnie, ale też bardzo cicho. Jakby czuła się niepewnie. Dopiero pod koniec swojego zeznania nabiera pewności i mówi normalnym tonem.

- O co zwykle się kłócili?

- Krystian lubił towarzystwo kobiet. Dużo pił. Właściwie to Stasia pracowała i ona utrzymywała dom - wspomina świadek.

- Oskarżony był zazdrosny o żonę?

- Mogłabym powiedzieć, że nawet chorobliwie zazdrosny - stwierdza stanowczo pani Kinga. - Wyzywał Stasię, że ta niby się puszcza i go zdradza.

- Była pani świadkiem ich awantur, czy tylko o nich słyszała?

- Różnie. Awantura, której nie zapomnę do końca życia, miała miejsce w jednym z pubów we Wrocławiu. Krystian wykrzykiwał wtedy, że zabije Stasię i wszystkich jej facetów. Od Stasi wiem, że raz wybił jej drzwi. Awantury nie skończyły się nawet po ich rozstaniu - mówi kobieta. - Jego zdaniem, Stasia nie miała chyba prawa do własnego życia.

- Czym przejawiała się ta chorobliwa zazdrość, o której pani mówiła?

- Krystian traktował ją jak przywiązaną do siebie na zawsze. Często ze Stasią bywałyśmy w różnych lokalach, bo same tam pracowałyśmy, więc to było nasze towarzystwo. Prowadziłyśmy życie klubowe. Krystian często pojawiał się w lokalu, w którym akurat byłyśmy. Zwykle nieproszony. Kiedy on się tylko zjawiał, zawsze był alkohol i zawsze była awantura - zeznaje pani Kinga. - Namawiałam ją, żebyśmy zmieniły miejsca spotkań, żeby się z nim rozstała. Tłumaczyłam jej wiele razy, że on nie może być zawsze za jej plecami.

- I skorzystała z pani rad?

- Odpowiadała zwykle, że nic nie może zrobić, bo ma z nim dziecko, bo go kocha. Z czasem mówiła jednak coraz rzadziej o miłości.

- A czy spotykała pani oskarżonego z kobietami?

- Tak. Raz spotkałam go w damskiej toalecie z pewną panią.

Świadek niewiele już pamięta, dlatego sędzia odczytuje jej zeznania. Jednak wszystko, co powiedziała w prokuraturze, pani Kinga dzisiaj potwierdza.

- Krystian zaraz przy poznaniu zrobił na mnie wrażenie zarozumiałego buca - tak kobieta opowiadała w trakcie śledztwa. - Stasia żaliła się na niego. Po alkoholu był wybitnie agresywny i wulgarny. Wyzywał ją od szmat, k...

Sędzia, co jakiś czas przerywa odczytywanie zeznań. Pomija zamieszczone w nich wulgaryzmy.

Taki cham

Zdaniem świadka, oskarżony nie był do końca normalny.

- Mam wrażenie, że on był psychiczny - mówi wprost pani Kinga i natychmiast podaje przykład, który, jak sądzi, potwierdzi jej słowa. - Kiedyś zabrał Stasię na cmentarz, gdzie leżała jego babcia. Ona miała też na imię Stanisława. I wtedy Krystian spytał wtedy jeszcze swoją żonę, jak czuje się nad własnym grobem.

- Znajomi o rozpad ich małżeństwa obwiniali jego - wspomina świadek.

- To był babiarz i alkoholik. Chory z zazdrości. Starał się kontrolować jej życie. On ją przytłaczał, miał ciągłe pretensje. W czasie jednej z kłótni groził, że zabije ją i jego. Tak się wyraził - "jego". O kim mówił, nie wiem. Wtedy był to dla mnie pijacki bełkot.

- Czy żona oskarżonego bała się tych gróźb, kiedy mówił, że ją zabije? - pyta prokurator Bogumiła Fiuto.

- Nikt w te jego groźby nie wierzył, ale w strachu żyła na pewno. Ona bała się kolejnej awantury.

- Czy oprócz awantur dochodziło też do rękoczynów w małżeństwie oskarżonego?

- Przyszła kiedyś do pracy z podbitym okiem. Nie mam wątpliwości, że Krystian był do tego zdolny.

- Mówiła pani o alkoholu. Oskarżony dużo pił?

- Jak sobie przypominam naszą znajomość, to widziałam go chyba tylko raz trzeźwego - mówi bez ogródek pani Kinga.

- Powiedziała pani na wstępie, że sprawa dotyczy zamordowania konkubenta byłej żony oskarżonego. Skąd wie pani, że to był jej konkubent? - teraz pytania zadaje obrońca oskarżonego, mecenas Karol Węgliński.

- Tak w trakcie przesłuchania powiedział mi prokurator - wyznaje szczerze świadek.

- Określiła pani oskarżonego jako zarozumiałego buca. Na jakiej podstawie?

- On jest po prostu arogancki - stwierdza kobieta. - Jak mu ktoś nie pasuje, to przeważnie odwraca się plecami. Lekceważąco traktuje ludzi.

- Pani zdaniem, Krystian B. jest zdolny do rękoczynów, ale widziała pani, jak uderzył żonę?

- Był agresywny. Wyzywał wszystkich, niezależnie, kto przed nim stał.

- Ale dlaczego podbite oko u Stanisławy B. natychmiast skojarzyła pani z jej mężem?

- Bo Stasia nie powiedziała wtedy, co się jej stało, a ja pamiętam też o tych drzwiach, które wcześniej wybił w jej mieszkaniu.

- I to wystarczyło?

- Tak - odpowiada pewnie kobieta.

Mimo starań sądu nie obejdzie się jednak tego dnia od przekleństw na sali.

- Proszę powiedzieć, jakich wulgaryzmów używał oskarżony w kłótniach z żoną? - prosi mecenas Bogusława Nowakowska, pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych.

Pani Kinga przez kilka minut recytuje niecenzuralne słowa. Wśród nich szmata i puszczalska to najdelikatniejsze określenia.

- On się nie kontrolował - uważa świadek. - Nieraz wyprowadzano go z lokali siłą. Klął wtedy na wszystkich, rzucał się.

- Czytała pani książkę, którą napisał oskarżony?

- Nie, ale słyszałam, że jest wulgarna - mówi pani Kinga. - To jest dla mnie zdumiewające. Z jednej strony to inteligentny człowiek. W końcu napisał książkę. A z drugiej strony taki cham!

- Pani go nie lubi? - do przesłuchania wraca prokurator.

- Nie - odpowiada kobieta i po jej zeznaniu nikt nie przypuszczał, że mogła stwierdzić inaczej.

- Jest jakiś szczególny powód?

- Nie lubię i nie lubiłam. Być może dlatego, że zawsze trzymałam stronę Stasi.

Znikał bez słowa

Świadek Marta G. w czasie studiów wynajmowała mieszkanie wspólnie z Krystianem B. i jego żoną. Potem też przyjaźniła się ze Stanisławą B. Kobieta zwierzała się jej. A co najważniejsze - opowiedziała o znajomości z zamordowanym Dariuszem J.

- Stasia przestała się spotykać z Darkiem, kiedy dowiedziała się, że on jest żonaty - wspomina pani Marta. - Po jego zaginięciu zastanawiała się nawet, czy Krystian być może nie ma z tym nic wspólnego. Potem temat jednak zniknął. Mówiła mi, że Krystian dowiedział się o jej znajomości z Darkiem.

- Czy oskarżony był zazdrosny o żonę? - to pytanie wraca jak bumerang przy przesłuchaniu każdego świadka.

- Oczywiście - kobieta nie ma żadnych wątpliwości. - Nawet kiedy już nie mieszkali razem, on ją ciągle przepytywał o znajomości z innymi mężczyznami.

- Robił jej awantury?

- W czasach kiedy mieszkaliśmy razem kiedyś po imprezie Krystian wrócił pijany. Był agresywny w stosunku do Stasi do tego stopnia, że trzeba było go powstrzymać. Wiem, że było więcej podobnych sytuacji, ale znam je tylko z opowieści.

- Czy przyjaciółka żaliła się pani, że mąż ją bije?

- O sobie nie mówiła, ale wspominała, że szarpał kiedyś jej mamę. Bały się go i wezwały wtedy policję.

- Jakie były powody tych awantur?

- Zawsze te same. Krystian twierdził, że Stasia go nie kocha i zdradza.

- Awantury urządzał po alkoholu?

- Najczęściej. Jak trzeźwiał, był w porządku. Chociaż nie zawsze - przypomina sobie kobieta. - Stasia nie mogła na nim polegać. Potrafił znikać bez słowa z domu na dzień czy dwa. Raz wyszedł kupić coś dla dziecka i wrócił wieczorem następnego dnia.


KATARZYNA PASTUSZKO



 

W następnym odcinku:

Kolekcjoner przeżyć



 


ANGORA nr 17, 29 kwietnia 2007

Miłość jak jazda pociągiem

 

 

Wszyscy czekali, kiedy pojawi się w sądzie. Na sali znalazły się nawet nieobecne do tej pory kamery telewizyjne. Każdy był ciekaw, jak wygląda była żona oskarżonego. Kobieta, o którą miał być zazdrosny. Tak bardzo, że zdaniem prokuratora zbił.

Stanisława B. nie jest typem wampa. Żadna z niej też seksbomba. Właściwie niczym specjalnym się nie wyróżnia. Niska, ciemna blondynka. Emanuje od niej jednak jakieś ciepło. Gdy wchodzi na salę, Krystian B. nie spuszcza z niej wzroku. Ona też patrzy na niego przez chwilę, ale krótko. Potem nerwowo rozgląda się na boki. Już widzi, że wszyscy w tej chwili patrzą tylko na nią. Sędzia odbiera od niej dane osobowe. Kobieta mówi bardzo szybko, jakby nie miała czasu.

- Jest pani byłą żoną oskarżonego, dlatego może pani odmówić składania zeznań na podstawie... - sędzia Lidia Hojeńska nie może dokończyć wypowiedzi, bo w zdanie wchodzi jej w tym momencie prokurator.

- Wysoki sądzie, zanim świadek podejmie decyzję w tej kwestii, chciałabym złożyć wnioski dowodowe - wypala prokurator Bogumiła Fiuto.

- Pani prokurator teraz? - zwykle uśmiechnięta i spokojna sędzia Hojeńska aż marszczy brwi ze zdziwienia. - Na wnioski będzie czas...

- Ale te wnioski mogą pozwolić świadkowi na podjęcie decyzji... broni się oskarżenie.

- Nie ma o czym mówić - sędzia jest stanowcza i już zwraca się do świadka. - Zatem jaka jest pani decyzja?

- Odmawiam składania zeznań mówi jeszcze szybciej niż poprzednio pani Stanisława i już odwraca się na pięcie, chce natychmiast wyjść.

- Chwileczkę - zatrzymuje ją sędzia. - Rozumie świadek, że po tej decyzji pani wcześniejsze zeznania musimy potraktować tak, jakby ich nie było?

- Tak, wiem - stwierdza była żona Krystiana B. i w ułamku sekundy znika za drzwiami sali sądowej.

W tym momencie oskarżony musiał chyba odetchnąć z ulgą. Wystarczy bowiem przeczytać tylko akt oskarżenia, w którym prokurator powołuje się na zeznania jego byłej żony ze śledztwa, żeby stwierdzić, iż miały one kapitalne znacznie w tym procesie.

Stanisława B. opowiedziała prokuratorowi o swojej znajomości z zamordowanym Dariuszem J. Między innymi o wspólnej nocy spędzonej w jednym z wrocławskich hoteli. Właśnie po tym spotkaniu miał do jej mieszkania przyjść Krystian B. Małżeństwo już w tym czasie mieszkało oddzielnie. Oskarżony już od drzwi krzyczał na Stanisławę B.

- Wynająłem detektywa i wszystko wiem! Przyznaj się do romansu - miał wykrzykiwać zazdrosny mąż.

Chodziło mu oczywiście o romans z Dariuszem J. W trakcie tej awantury wykrzyczał żonie, że był już nawet w biurze Dariusza J. Kiedy ta nie dawała mu wiary, ponoć szczegółowo opisał jego wygląd. Krystian B. robił się coraz bardziej agresywny. Uderzył Stanisławę B. kilka razy. Kobieta wezwała wtedy policję. W śledztwie była żona oskarżonego opowiedziała także o nocy sylwestrowej w 2000 roku, a więc kilka tygodni po zabójstwie Dariusza J. Sylwester odbywał się w jednym z wrocławskich klubów. W jego trakcie doszło do awantury, którą i tym razem miał wywołać Krystian B. Ponoć krzyknął do jednego z kolegów, "że jednego takiego już załatwił". Jak zeznała Stanisława B., jej mąż stwierdził również, że zrobił to za pomocą linki lub sznurka.

Wobec odmowy Stanisławy B. jej zeznania nie mogą jednak służyć w sądzie jako dowód.

Przestrzegał i testował

Krystian B. nie może być jednak całkiem spokojny. Pani Stanisława nie jest jedyną osobą, która mogła przed sądem powiązać go z zamordowanym Dariuszem J. Świadek Małgorzata D. znała małżonków B. Znała też Dariusza J.

- Przemyślałam ten temat i sama zgłosiłam się na policję - powiedziała w trakcie śledztwa kobieta.

Małgorzata D. prowadziła w firmie oskarżonego księgowość. Przyjaźniła się również z jego żoną Stasią. To właśnie ona była ze Stanisławą B., kiedy kobieta poznała zamordowanego Dariusza J.

- To spotkanie mogło być latem 2000 roku - opowiada świadek. - Poszłyśmy ze Stasią potańczyć do jednego z nocnych klubów. Tańczyłam sama, ona stała przy barze. Kiedy do niej podeszłam, już rozmawiała z Darkiem. Wtedy właśnie się poznali. Spędziliśmy we trójkę całą noc. O ósmej rano ja poszłam do pracy. Zostawiałam ich razem. Stasia opowiadała mi potem, że się z nim spotykała.

- Mówiła coś więcej? - pyta sędzia.

- Ona nie mówiła, a ja nie pytałam.

- Mówiła, dlaczego przestała się z nim spotykać?

- Powiedziała, że Darek jest fajny, ale ma problemy ze sprawami męskimi - kobieta ścisza głos.

- Czy powiedziała, jakiego typu były te problemy?

- No tak, ale... - świadek jest wyraźnie speszona. - To były słowa niecenzuralne.

- Proszę powtórzyć - nalega sędzia.

- Powiedziała, że Darek ma kompleks małego ptaszka. Jak tłumaczyła, właśnie dlatego przestała się z nim spotykać.

W trakcie swoich zeznań w śledztwie Małgorzata D. stwierdziła także, że z wypowiedzi Stanisławy B. wynikało, iż miała ona "kontakty łóżkowe" z Dariuszem J.

- Jakiś miesiąc po tym poznaniu się Stasi i Darka zadzwonił do mnie Krystian - wspomina dalej kobieta. - Podniesionym głosem zapytał mnie o Darka i o to, czy wiem, jak można go znaleźć.

Kobieta nie jest przekonana, ale wydaje się jej, że podała wtedy oskarżonemu adres firmy zamordowanego Dariusza J.

- Potem pamiętam jeszcze plakaty o tym, że Darek zaginął. Wreszcie informację o jego śmierci - zeznaje Małgorzata D.

Przez kilka lat kobieta zdążyła zapomnieć zarówno o Dariuszu J., jak i o Krystianie B., który na długi czas wyjechał za granicę.

- Krystian przyszedł do mnie, kiedy wrócił do kraju. Nagle spytał o jakiegoś J. Podał tylko nazwisko Darka, więc nie skojarzyłam. To było pięć lat po jego śmierci - opowiada świadek.

- Przestrzegał mnie wtedy, że zgłosi się do mnie policja. Mówił, żebym uważała. To brzmiało, jakby on mnie testował, czy jeszcze pamiętam Darka.

Filozoficzne pytania

Świadek po tej rozmowie z Krystianem B. zaczęła czuć niepokój. Przestrogi oskarżonego zrobiły na niej wrażenie.

- Uważałam, że to, co mi powiedział, jest trochę dziwne. Bo niby dlaczego miałam się bać? Dlatego, że znałam i jego, i Darka?

Strach zaczął w niej narastać po aresztowaniu Krystiana B. i postawieniu mu zarzutu zabójstwa Dariusza J.

- Dla mnie jest logiczne, że jak pada taki zarzut, to trzeba to traktować poważnie - stwierdza świadek. - Bałam się, że skoro znam prawdę, to... Znałam dobre strony Krystiana, ale ja się go lękałam.

Zeznania Małgorzaty D. stanowią niemały problem dla oskarżonego, który kilka razy powtarzał w trakcie śledztwa, że nie zna Dariusza J. Dlatego jego obrońca stara się zmniejszyć wagę i siłę jej wypowiedzi.

- Czy wie pani, że oskarżony spotkał się kiedykolwiek z Dariuszem J.? - pyta Karol Węgliński.

- Nie wiem - odpowiada pani Małgorzata.

- Czy pani się obawia oskarżonego? - pyta dalej obrona.

- Wysoki sądzie - kobieta ani razu nie patrzy w stronę Krystiana B., nawet wtedy, kiedy pytania zadaje jego adwokat. - To jest poważny zarzut i mogę odczuwać lęk.

- Czyli to są wyłącznie pani odczucia? - upewnia się obrońca.

- Tak.

Na odczucia świadka wpłynął nie tylko sam oskarżony.

- Pamiętam, że kiedyś Lotar, przyjaciel Krystiana, zadał mi pytanie.

- Jakie?

- Zapytał, czy jeżeli Krystian popełnił tę zbrodnię, to powinien ponieść karę?

- I jak pani odpowiedziała?

- Nie odpowiedziałam i nie podjęłam tego tematu. Uznałam to za pytanie filozoficzne.

Oskarżenie chce wykorzystać długoletnią znajomość i wiedzę świadka na temat małżeństwa Stanisławy i Krystiana. Stawiają znowu te same pytania, jakie usłyszeli niedawno najbliżsi koledzy oskarżonego. Tym razem jednak padają konkretne odpowiedzi.

- Czy Krystian B. był zazdrosny o swoją żonę? - pyta prokurator Bogumiła Fiuto.

- Tak, zawsze. I w czasie małżeństwa i po tym, jak się rozstali. Krystian nie tolerował innych mężczyzn w jej otoczeniu - zeznaje Małgorzata D. - Zawsze mówił o Stasi, że ta miłość to jest jak jazda pociągiem, do którego można zawsze wrócić. On notorycznie kontrolował Stasię, sprawdzał jej telefony. Krystian to typ władczy.

Zazdrość nie kończyła się ponoć wyłącznie na kontrolowaniu życia Stanisławy B.

- Stasia bała się o swoje bezpieczeństwo - przyznaje świadek. - Ja jej wtedy radziłam, żeby zgłosiła się na Niebieską Linię (pogotowie dla ofiar przemocy w rodzinie - przyp. red.).

Kiedy kobieta mówi o Krystianie B., ten siedzi posępny. Nie reaguje na jej słowa w żaden sposób.

- Kiedy byli małżeństwem i mieszkali jeszcze razem, on miał dziwne odloty - opowiada dalej pani Małgorzata.

- To znaczy?

- Znikał na dwa, czasem trzy dni. Wyłączał wtedy telefon i Stasia nie wiedziała, co się z nim dzieje. Raz z takiej wyprawy wrócił pobity - przypomina sobie kobieta. - To pobicie to kojarzę sobie z tym, co kiedyś mówił o kłopotach, jakie ma z mafią.


KATARZYNA PASTUSZKO


 


ANGORA nr 16, 22 kwietnia 2007

Typowa charakterystyka studenta filozofii

 

 

Kumple, najbliżsi znajomi i starzy przyjaciele oskarżonego przez kilka godzin opowiadają o nim przed wrocławskim sądem. Mówią różnie. Czasem jest nawet miło, czasem wesoło. Mimo to kilku rzeczy pewnie Krystian B. nie chciałby usłyszeć, przynajmniej na takim forum. Świadkowie nie mają jednak wyjścia, bo przed sądem trzeba mówić prawdę.

Wizyta w sądzie to dla nich z pewnością nowość, ale nie są tym faktem jakoś specjalnie stremowani. Przeciwnie. Na korytarzu sądowym witają się wylewnie. Poklepują, ściskają. Jeszcze kilka lat temu razem studiowali, byli zgraną paczką. Wszyscy skończyli filozofię, niektórzy porobili nawet doktoraty. Na koncie mają też stypendia zagraniczne. Kiedy wchodzą na salę, każdy z nich najpierw patrzy w stronę Krystiana. Czasem także w trakcie składania zeznań niektórzy co jakiś czas zerkają na kumpla, jakby chcieli go zapytać, czy na pewno nie pomylili faktów. Właściwie nie przywiązują do tego większej wagi. Przecież tak naprawdę to nie widzieli Krystiana od kilku lat. O tym, że został oskarżony o zabójstwo Dariusza J., dowiedzieli się z gazet. Zresztą żaden z nich nawet nie znał zamordowanego. Przed sądem mogą zatem opowiedzieć tylko o tym, jaki był Krystian B. na studiach lub zaraz po nich.

Mitoman po kielichu

Z Lotarem R. oskarżony znał się chyba najdłużej.

Znam Krystiana od dwudziestu lat - wspomina świadek. - Poznałem go jeszcze w liceum. Potem wspólnie studiowaliśmy. Można powiedzieć, że przez pewien czas nawet się przyjaźniliśmy.

Dzisiaj w głosie mężczyzny trudno szukać żalu po minionej przyjaźni. To chyba jednak nic zaskakującego, zwykle to raczej kobiety są bardziej sentymentalne. Zresztą drogi obu panów dawno się rozeszły. Świadek ma już za sobą doktorat. Wystarczy tylko pobieżnie przejrzeć internet, żeby się zorientować w jego bogatym dorobku naukowym. Lotar R. składa zeznania spokojnie, a nawet z uśmiechem. Traktuje to chyba jak wycieczkę w czasie.

- O tej sprawie dowiedziałem się półtora roku temu, ale jej szczegóły znam wyłącznie z gazet - dodaje świadek.

- Czy może pan opowiedzieć, jak oskarżony zachowywał się po wypiciu alkoholu? - pyta sędzia Lidia Hojeńska.

- Nic szczególnego nie powiem - wzrusza ramionami Lotar R.

Sędzia uśmiecha się ze zrozumieniem. W końcu od spotkań towarzyskich obu panów minęło sporo czasu. Żeby odświeżyć pamięć świadka, natychmiast odczytuje jego zeznania ze śledztwa:

- W trakcie imprez Krystian dużo pił. Zwykle nie był agresywny. Raz tylko pobił się z kolegą. Po alkoholu szukał na noc kobiety. Wiem o tym, że po rozstaniu z żoną zaczął spotykać się z jakąś starszą kobietą. Ona kiedyś do mnie dzwoniła. Mówiła, że Krystian ma kłopoty, że chciał wyskoczyć przez okno. Potem wyjechał z kraju na kilka lat, bo nic go tu nie trzymało. Jego małżeństwo się rozpadło, firma też się rozleciała. Całej jego książki nie przeczytałem, ale on zaczął ją pisać jeszcze na studiach. Stworzony w niej główny bohater tak jak on miał pociąg do kobiet i alkoholu. Krystian niedawno mówił mi o jakichś kłopotach z policją, o jakimś zabójstwie. Mówił to nie tylko mnie. Pamiętam, bo jeden z kolegów stwierdził, że Krystian ma mitomanię alkoholową. W czasie spotkań miał gest. Był rozrzutny. Lubił też chwalić się podbojami kobiet, ale nie mam pojęcia, ile było w tym prawdy.

Lotar R. słucha swoich zeznań wygodnie oparty o barierkę dla świadków, jeżeli w tym miejscu w ogóle można mówić o jakiejś wygodzie. Słucha jednak uważnie i w całości potwierdza odczytane zeznania.

- Jak świadek opisałby charakter oskarżonego? - tym razem pytanie zadaje prokurator Bogumiła Fiuto.

- Nie wiem, nie jestem ekspertem w tej dziedzinie - odpowiada Lotar R.

- Ale przecież przyjaźniliście się - prokurator nie odpuszcza.

- Solidny, inteligentny, dobrze się z nim spędzało czas - pada szybka odpowiedź.

Chyba nie do końca jednak odpowiada ona oskarżeniu, bo zaraz po niej pojawiają się pytania coraz bardziej szczegółowe.

- Lubił narzucać swoją wolę? Kłóciliście się?

- Nie.

- A w stosunku do kobiet jak się zachowywał?

- Normalnie.

- Zauważył pan u oskarżonego przejawy agresji?

- Nie. Jak już mówiłem, tylko raz byłem świadkiem bójki, w której on wziął udział. Ale to nie był przejaw agresji.

- Jeżeli to nie był przejaw agresji, to - pana zdaniem - co to było?

- Fantazja - mówi świadek z uśmiechem.

Pani prokurator raczej się nie uśmiecha. Na jej twarzy maluje się coś między zdziwieniem a irytacją. Ten stan pogłębia się jeszcze bardziej po pytaniu obrońcy Krystiana B.

- Ta bójka, o którą był pan pytany, miała miejsce w 1996 roku? - zgaduje równie uśmiechnięty jak świadek mecenas Karol Węgliński.

- Tak.

- Czy ona wpłynęła jakoś na stosunki między oskarżonym a kolegą, z którym się pobił?

- Nie. Następnego dnia obaj już o niej nie pamiętali.

Na temat Krystiana B. jego dawny przyjaciel Lotar R. opowiadał też zaraz po jego aresztowaniu dziennikarzowi z wrocławskiej "Gazety Wyborczej":

"On miał pewną tendencję do samozatracania. Alkohol, dużo kobiet, co zresztą nie wyróżniało go zbytnio spośród reszty otoczenia. Być może właśnie o czymś takim pisze, że znowu chce pójść do knajpy, "zetrzeć się w proch", jak się zwykło mówić na wydziale, wysłuchać wyrzutów od swojej żony. A tak na marginesie, poważne traktowanie i analizowanie fragmentów bądź co bądź prozy literackiej w tego rodzaju sprawie wydaje mi się co najmniej pozbawione sensu. Krystian wykuł taki termin: "działalność mitotwórcza". Rzeczywistość, do której mamy dostęp, to teksty i słowa. To, z czym mamy na co dzień do czynienia, to nie wydarzenia, tylko opowieści o nich. Nie wiemy, czy to prawda. "Działalność mitotwórcza" to uczestniczenie w tej grze, zwiększanie ilości mitów. Dlatego zawsze opowiadał niestworzone historie. Kiedy (...) opowiedział mi o zatrzymaniu przez policję, myślałem, że to jedna z nich". (z tekstu Marcina Rybaka "Zbrodnia w amoku")

Specyficzny gust

Dawni koledzy opowiadają dzisiaj przed sądem różne szczegóły z życia oskarżonego. Mimo upływu czasu niektóre do dzisiaj zostały w ich pamięci.

- Na studiach oglądały się za nim dziewczyny - mówił jeszcze w trakcie śledztwa Krzysztof R Dzisiaj sędzia odczytuje jego zeznania. - Ale on miał specyficzny gust. Jemu podobały się brzydkie kobiety "(...) podobają mi się raczej brzydkie kobiety. Zawsze tak było. Nie ruszają mnie żadne tam blonddonny-madonny ani Barbie-style, panny z najnowszą parą sylikonowych cycków. (...) Te drugiego sortu są bardziej realne, bardziej namacalne, są bardziej żywe".
(fragment książki "Amok" Krystiana B. z rozdziału "Niby to tak")

- Poszczególne cechy bohaterów w jego książce odpowiadały nam i naszym znajomym - uważa Michał, kolejny świadek. - W książce używał wulgaryzmów, żeby zszokować czytelnika. W rzeczywistości nie był wulgarny.

- To stek grafomańskich i pornograficznych bzdur - Krzysztof P. bardziej dosadnie ocenia twórczość kolegi ze studiów. - Całość jest mieszaniną fikcji i rzeczywistości. Rozmawialiśmy o "Amoku" w towarzystwie i wszyscy przyznali, że jest to rzecz bezwartościowa.

Oskarżony ma posępną minę. Pewnie nie spodziewał się takiej fali krytyki ze strony kiedyś najbliższych mu kolegów. Znacznie łagodniej mówią o nim samym.

- Jak Krystian B. zachowywał się po alkoholu? - pada po raz kolejny to samo pytanie.

- Jego zachowania mieściły się w standardzie - stwierdza Krzysztof P.

- Ale podobno dużo pił?

- Ja też dużo piłem, więc nie przypominam sobie - na to pytanie bez trudu odpowiada inny kolega oskarżonego Damian L.

Po kolegach ze studiów zeznania przed sądem składa ich były wykładowca.

- Krystian był jednym z lepszych studentów - przyznaje na początku Leszek K. - Jest inteligentny, ale ma pewne problemy psychiczne jak większość znanych mi studentów.

Podobnie jak w większości przypadków, tego dnia sędzia już po kilku minutach czyta zeznania świadka ze śledztwa:

- Krystian był kobieciarzem. Nadużywał alkoholu. Był nastawiony na sukces, i to łatwy sukces. Jego książka to raczej materiał dla biegłego psychologa. Czytałem tylko pewne jej fragmenty, ale wydaje mi się, że to wybuch niekontrolowanej fantazji erotycznej.

- Potwierdza pan treść odczytanych zeznań? - pyta sędzia Hojeńska.

- Tak - mówi ze stoickim spokojem świadek. - To, co powiedziałem o Krystianie, to typowa charakterystyka studenta filozofii. Na ogół są egocentryczni i rozbici emocjonalnie.

- Na początku wspomniał pan, że oskarżony miał pewne problemy psychiczne. Jakie? - pyta szczerze zainteresowana - jak się wydaje - pani prokurator.

- Typowe problemy studenta filozofii...

- Czyli?

- Niepewność co do własnej wartości. Różnorodność zainteresowań. Chciał być filozofem, literatem. Miał problemy z samooceną - mówi były nauczyciel oskarżonego.

- Czy miał skłonności do agresji, zazdrości? - prokurator stara się zapewne wykorzystać analityczny zmysł świadka.

- Moim zdaniem, Krystian miał skłonności raczej do autoagresji.

O wiele cieplej o oskarżonym mówi świadek Barbara B., która też przez lata była jego wykładowcą na studiach. Tak naprawdę mówi chyba o nim najcieplej.

- Był bardzo dobrym studentem w trójce najlepszych. Studia mu szły doskonale - świadek z dumą mówi o byłym uczniu. - Był przewodniczącym koła naukowego na filozofii. Rzetelny, obowiązkowy, kulturalny.


KATARZYNA PASTUSZKO

 


ANGORA nr 15, 15 kwietnia 2007

Przyczyna śmierci to też zagadka

 

W tej sprawie nic nie jest pewne ani jasne. Być może Dariusza J. zabił Krystian B. l być może niektóre szczegóły tej zbrodni opisał potem w książce. To tylko jedna z wielu poszlak w tym procesie. Pewne jest natomiast to, że "Amok", który kilka lat temu napisał oskarżony, jest dzisiaj jedną z najbardziej poszukiwanych książek.

Coraz więcej pytań rodzi się w procesie Krystiana B. A kolejne rozprawy jak na razie nie dają na nie odpowiedzi. Przewód sądowy ze względu na charakter poszlakowy jest ciekawy dla młodych prawników, których zawsze przynajmniej kilku można spotkać wśród publiczności. Tym razem sala dosłownie pęka w szwach. Mimo że jest naprawdę ogromna, trudno znaleźć miejsce siedzące. Studenci tym razem przyszli obejrzeć swoisty - można powiedzieć pojedynek między biegłymi medykami sądowymi. Każdy z nich bowiem ma inną teorię na temat przyczyn śmierci Dariusza J. Nawet w tej kwestii, jak widać, nic nie jest pewne ani jasne.

Utonięcie czy uduszenie?

Nawet pierwszy dzień procesu Krystiana B. nie wzbudził takiego zainteresowania. Kiedy oskarżony pojawia się na sali, studenci z rzadka na niego zerkają. Wertują raczej notatki i analizy biegłych dołączone do akt sądowych. Tłum nie peszy Krystiana B. Ten raczej z ciekawością rozgląda się po publiczności. Wydaje się nawet, że ta niesamowita frekwencja budzi jego zadowolenie. Nie ma pewnie pojęcia, że dla tej rzeszy młodych ludzi, to nie on jest główną atrakcją. Szelest kartek i szepty milkną natychmiast po wejściu na salę składu orzekającego.

- Nie można wykluczyć zadzierzgnięcia jako przyczyny zgonu. Jednak bardziej prawdopodobne wydaje się, że przyczyną zgonu było utonięcie - stwierdza pierwszy z biegłych lekarzy.

- Zatem ofiara żyła, zanim została wrzucona do wody? - upewnia się sędzia Lidia Hojeńska.

- Tak - lekarz nie ma wątpliwości.

- Ale przed wrzuceniem została ogłuszona. Rana na głowie została zadana za życia. Cios padł w momencie, gdy ofiara stała lub siedziała wyprostowana na krześle, świadczą o tym plamy krwi na ubraniu.

- Jak długo ciało przebywało w wodzie?

- Nie da się tego jednoznacznie ustalić. Nie mniej niż dwa, trzy tygodnie. Nie więcej niż trzy miesiące.

Warto tu przypomnieć, że Dariusz J. zaginął 13 listopada 2000 roku. Jego zwłoki niemal miesiąc później - 10 grudnia - znaleźli w Odrze dwaj wędkarze.

- Czy ofiara była głodzona przed śmiercią?

-W dolnym odcinku przewodu pokarmowego stwierdzono tylko śladowe ilości treści kałowej, co oznacza, że mniej więcej trzy dni przed śmiercią zmarły już nie jadł. Ale nie można wykluczyć, że sam odmawiał przyjmowania pokarmów - zaznacza biegły.

- Czy zmarły bronił się, kiedy był bity? Czy obrażenia świadczą o tym, że przez kilka dni mógł być maltretowany? - tym razem pytanie zadaje prokurator Bogumiła Fiuto.

- Nie stwierdzono śladów obrażeń tak zwanych obronnych. Ilość obrażeń nie świadczy też o dręczeniu. Wszystkie rany na ciele denata wyglądały na świeże, a nie takie, które się goiły.

Teraz czas na opinię drugiego z biegłych. Ten lekarz w przeciwieństwie do pierwszego zeznającego przeprowadzał sekcję zwłok Dariusza J.

- Podtrzymuję swoją opinię złożoną na piśmie. Dariusz J. zmarł przed wrzuceniem do wody - stwierdza medyk i natychmiast uzasadnia swój pogląd. - Nie stwierdziłem u zmarłego cech topielca. Nie było wody w żołądku ani drzewie oskrzelowym. Klasycznym objawem utonięcia są rozdęte płuca, a w tym przypadku były małe.

Sędzia uśmiecha się niepewnie. Patrzy w stronę pierwszego z biegłych.

- I co pan na to? - pyta lekarza.

- Ja podtrzymuję swoje wcześniejsze stwierdzenia - mężczyzna natychmiast raz jeszcze podchodzi do barierki dla świadków. Teraz obaj medycy stoją obok siebie. - W miejscu, gdzie była pętla, nie stwierdzono przecież obrażeń. Jeżeli ich nie ma, to znaczy, że pętla była luźna. Brak też wybroczyn krwawych w spojówkach, które towarzyszą zadzierzgnieciu. i wreszcie sposób wiązania pętli. On nie mógł doprowadzić do samozadzierzgnięcia nawet po utracie przytomności.

Gdy wyłowiono ciało pana Dariusza z wody, miał na szyi pętlę. Linką z tego samego materiału miał także związane ręce. Lina ta była przecięta. Zdaniem śledczych musiała ona wcześniej stanowić jedną całość, co oznacza, że zamordowany był związany w tzw. kołyskę. Jednak była ona nietypowa, ponieważ łączyła ręce i szyję. Zwykle w "kołyskę" wiązane są ręce i nogi.

Zeznaniom biegłych przez cały czas przysłuchuje się rodzina zamordowanego. Gdy tylko pojawia się możliwość zadania pytania, z miejsca zrywa się ojciec Dariusza J.

- Syn był głodzony, maltretowany, przetrzymywany w zimnym miejscu... Tak? - pan Tadeusz J. mówi podniesionym głosem. Cały drży.

- Nie można tego stwierdzić. Nie da się tego jednoznacznie ustalić. Na pewno nie jadł trzy dni przed śmiercią - mówi pierwszy z biegłych lekarzy. Drugi tylko przytakuje głową. Chyba po raz pierwszy na tej sali medycy zgadzają się z sobą.

Starszy pan siada zrezygnowany. Chyba nie takiej odpowiedzi się spodziewał.

- Tym razem jeszcze raz poproszę pana doktorze - sędzia Lidia Hojeńska zwraca się tym razem do drugiego z biegłych. - Słyszał pan drugą wypowiedź kolegi. Co pan na to?

- To była silnie zaciśnięta pętla. Ja ją widziałem. Dotykałem. Sam ją zdejmowałem - stwierdza medyk i nadal utrzymuje, że Dariusz J. zmarł wskutek uduszenia. Jednocześnie dyskredytuje opinię kolegi. - Pan doktor oglądał tylko zdjęcia zmarłego. Ja na podstawie zdjęć byłbym ostrożny z wydawaniem sądu.

Jednak prokuratura, przygotowując akt oskarżenia, uznała mimo wszystko, że Dariusz J. utonął.

Małżeńskie kłopoty

Po przesłuchaniu biegłych większość publiczności wychodzi. Kilka osób jednak zostaje. Za chwilę ich obecność zacznie krępować nie tyle oskarżonego, ile rodzinę, a przede wszystkim chyba żonę zamordowanego Dariusza J. Dotychczas z zeznań świadków wiadomo już nieco na temat Krystiana B. Opowiadali przed sądem, że nadużywał alkoholu, czasem bywał po nim agresywny. Była też mowa o jego nieudanym małżeństwie, które skończyło się rozwodem, l w końcu o chorobliwej zazdrości o byłą żonę. Właśnie owa zazdrość, zdaniem oskarżenia, miała popchnąć Krystiana B. do zabójstwa Dariusza J. Tym razem przed sądem stają znajomi oskarżonego i szybko okazuje się, że również jego życie prywatne nie było sielanką. Nie jest to zresztą niespodzianka, wcześniej pisały już o tym gazety.

- Rozmawiałam z Darkiem przez telefon w dniu zaginięcia. Mówił, że będzie stawiał banery reklamowe gdzieś koło Legnicy i musi tam jechać tego dnia - opowiada świadek Małgorzata S.

Kobieta była koleżanką Dariusza J. i jego żony Agaty przez wiele lat. W trakcie zeznania jest bardzo spięta, mówi raczej ogólnie. Sędzia co jakiś czas zadaje jej pytania i wtedy kobieta przypomina sobie więcej szczegółów.

- Dostawała pani chyba jakieś telefony? - dopytuje sędzia.

- Ach tak. Po zaginięciu..., nie jak już znaleziono zwłoki Darka dostawałam dziwne telefony z pogróżkami - przypomina sobie świadek.

Sędzia Hojeńska po kilkunastu minutach decyduje, że odczyta jednak zeznania pani Małgorzaty złożone w trakcie śledztwa. Okazuje się, że rano w dniu zaginięcia pana Dariusza świadek rozmawiała z nim trzy razy.

- Między jedną albo drugą rozmową zmienił się jego nastrój - sędzia czyta zeznania kobiety. - Po zaginięciu Darka zadzwoniła do mnie Agata, jego żona. Poprosiłam ją, żeby zadzwoniła później, bo byłam akurat w domu i nie chciałam, aby mąż wiedział o moich kontaktach z Darkiem...

Sędzia nagle przerywa czytanie protokołu. Robi to teraz po cichu. Przewraca kolejną stronę. Dalej przegląda zeznanie świadka.

- Reszta zeznania jest już nieistotna dla sprawy, to już kwestie prywatne - stwierdza po kilku minutach sędzia Hojeńska.

- Czy są pytania do świadka? Prokurator oraz oskarżyciele posiłkowi wraz ze swoim pełnomocnikiem są zgodni. Pytań nie będzie. Na ten moment już czeka obrońca oskarżonego.

- Czy mąż był zazdrosny o pani kontakty z Dariuszem J.? - pyta mecenas Karol Węgliński.

- Tak - mówi cicho pani Małgorzata. Jest zdenerwowana i speszona. Nikt się jej pewnie w tym momencie nie dziwi.

- Miał powody? - drąży adwokat.

- Nie - tym razem odpowiedź jest stanowcza.

Niemal natychmiast po tym przesłuchaniu o zabranie głosu prosi mecenas Bogusława Nowakowska, pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych. Na procesie w tej roli występują żona i ojciec Dariusza J.

- Wysoki sądzie, proszę o wyłączenie jawności rozprawy na czas przesłuchiwania rodziny Dariusza J. - stwierdza pani adwokat.

Potem długo argumentuje ten wniosek. Wspomina o obecności mediów, sprawach prywatnych, rodzinnych, a także o tragedii, jaką niewątpliwie była strata syna i męża. Sąd przychyla się do tej prośby. W chwilę później na sali pojawia się mąż zeznającej wcześniej Małgorzaty S. Niemal natychmiast pada pytanie o to, co mężczyzna robił w dniu zaginięcia Dariusza J.

- Jestem handlowcem. Moja praca polega na ciągłym jeżdżeniu. Tamtego dnia pracowałem poza Wrocławiem - utrzymuje Michał S.

- Czy pan przekazywał żonie Dariusza J., że spotyka się on z innymi kobietami? - pyta obrońca oskarżonego.

- Nie przypominam sobie - mówi pewnie świadek.

Sędzia odczytuje zeznanie Michała S. Opowiadał w nim jak to któregoś wieczoru był na drinku z Dariuszem J.

- Przy barze stała jakaś kobieta. Wydawało mi się, że się znają. Wyszedłem do toalety. Jak wróciłem, Darek całował ją w usta.

- Była taka sytuacja?

- Powiem szczerze, że dzisiaj nie pamiętam - twierdzi mężczyzna.

Kolejny świadek i przyjaciel rodziny to Grzegorz M. Ciężko opowiada mu się o zmarłym koledze przed obcymi ludźmi, zwłaszcza że musi opowiedzieć o jego sekretach.

- Czy wiedział pan o związkach Dariusza J. z innymi kobietami?

- Opowiadał mi o związku z Gośką, ale bez szczegółów. Ich małżeństwo po prostu przeżywało wzloty i upadki. O tym wiedziała większość znajomych.

Rzeczywiście, następny kolega przypomni o tym, że Dariusz J. nawet wyprowadzał się od żony. Najwięcej zamieszania robi chyba jednak świadek Witold W. O życiu prywatnym zamordowanego nic nie opowiada, bo choć znał go od lat, to spotykali się sporadycznie. Pamięta za to, kiedy widział pana Darka po raz ostatni.

- Spotkaliśmy się w dniu jego zaginięcia między godziną 17 a 18 - sędzia czyta jego zeznanie ze śledztwa.

- Tak było?

- Wtedy moje zeznania były bardziej szczegółowe, więcej pamiętałem, więc tak musiało być - utrzymuje Witold W. - Robiłem wtedy zakupy. Stałem już przy kasie. Kupiłem wino. l Darek powiedział, że też musi coś takiego kupić. W moim odczuciu gdzieś się spieszył.

Dlaczego o tych zeznaniach nie wspomniał wcześniej prokurator? Tego już nie wiadomo. W akcie oskarżenia napisano nawet, że Dariusz J. był po raz ostatni widziany około godziny 15, kiedy wychodził ze swojej firmy z dwoma nieznanymi mężczyznami.


KATARZYNA PASTUSZKO


 


ANGORA nr 13, 01 kwietnia 2007

Diabły tkwią w szczegółach

 

 

Krystian B. porwał Dariusza J. i przetrzymywał przez kilka dni. W tym czasie bił go i głodził. Dręczył go i pastwił się nad nim. Potem związał swoją ofiarę, ogłuszył i wrzucił do Odry. Wszystko z zazdrości o byłą żonę. Czy tak było? Zdaniem oskarżenia tak mogło być.

Dariusz J. zaginął 13 listopada 2000 roku we Wrocławiu. Jego ciało wyłowiono z Odry niemal miesiąc później - 10 grudnia, przynajmniej kilkaset kilometrów od Wrocławia. Kilku prokuratorów próbowało rozwiązać zagadkę tej śmierci. Zajęło im to ponad pięć lat. Kluczyli i głowili się. Raz nawet śledztwo w sprawie śmierci Dariusza J. zostało umorzone z powodu, jak to napisał prokurator - "niewykrycia sprawcy". W tym czasie oskarżony podróżował po całym świecie. Wydał też książkę, która dzisiaj jest jednym z dowodów w sprawie. Nie jest to dowód mocny i jednoznaczny. Biegli uznali, że w książce "Amok" nie ma bezpośrednich elementów dotyczących zabójstwa. Znaleźli jednak kilka drugoplanowych szczegółów. Wśród nich wyliczają: elementy planowania zbrodni, przetrzymywanie ofiary przed śmiercią, przygotowanie pętli ze sznura oraz sprzedaż na aukcji internetowej przedmiotów związanych z czynem. Doszukano się też podobieństwa pomiędzy oskarżonym Krystianem B. a jego książkowym bohaterem Chrisem. Dotyczą one przede wszystkim danych biograficznych, środowiska społecznego, ich cech osobowości, sposobów reagowania, w tym ujawnionych zaburzeń, a także upodobań i zainteresowań. Po analizie aktu oskarżenia i opinii biegłych zupełnie inaczej czyta się książkę oskarżonego. A przynajmniej niektóre jej fragmenty:

"Żarty na bok - kończę tę pogawędkę, bo zaczynam się denerwować i mogę stać się znowu arogancki i cyniczny. (...) A dlaczego nie wierzyłaś? W którą nie uwierzyłaś w ogóle? W historię bankructwa naszej radiostacji czy może w tę, jak zaszlachtowałem człowieka, który zachował się nieodpowiednio wobec mnie dziesięć lat temu? W sumie może i nawet nie zrobił nic takiego, ale najbardziej złośliwe diabły tkwią w szczegółach. A przecież ja mam pamięć do szczegółów. Czemu nie uwierzyłaś? Wyglądam zbyt łagodnie czy może profesja tłumacza z definicji wyklucza możliwość takiego zajścia? Bawię się? Jasne! (...) oni nie potrafią uwierzyć w to, co im opowiadam. Łatwiej im wierzyć, że Chrystus zamieniał mocz w piwo, niż że ktoś taki jak ja może wysłać do diabła jakiegoś dupka, zamienionego w skomlący o litość pasztet. Po prostu traktują to jak literacką fabułę. (...) Sam czasami w to, kurwa, nie wierzę!

(...) Odczuwam rzadką potrzebę wygadania się".

(Z rozdziału "Niby to tak")

Przepadł bez śladu

Po raz ostatni Dariusza J. widziano żywego około godziny 15 w dniu jego zaginięcia. Wyszedł wtedy ze swojej firmy z dwoma mężczyznami. Do dzisiaj nie wiadomo, kim byli. Jednak świadkowie, którzy słyszeli ich rozmowę, są przekonani, że panowie się znali. Pan Darek zostawił na parkingu swój samochód. To - zdaniem jego matki - nie było normalne zachowanie. Twierdzi, że syn raczej nie jeździł z klientami, tylko własnym wozem.

Dariusz J. prowadził we Wrocławiu firmę reklamową. Tego pechowego 13 listopada około godziny 9 rano zadzwonił tam jakiś mężczyzna. Pana Darka jeszcze nie było w pracy. Telefon odebrała jego matka. Pamięta, że ten klient chciał zamówić tablicę reklamową gdzieś w okolicach Legnicy. Wtedy podała mu numer telefonu komórkowego syna. I to wszystko, co rodzina ofiary mogła opowiedzieć śledczym o jego zniknięciu. Nie mieli pojęcia, kto mógł porwać Dariusza J., a tym bardziej, dlaczego.

Na ślad, który wiązał Krystiana B. z zamordowanym, śledczy wpadli dopiero po kilku latach. Na portalu aukcyjnym Allegro oskarżony sprzedał bowiem telefon komórkowy, który był własnością zamordowanego Dariusza J. Krystian B. twierdzi, że pewnie kupił wcześniej tę "komórkę" w lombardzie albo znalazł. Jednak to nie jedyna poszlaka, jaka obciąża autora "Amoku".

"Zacisnąłem z całej siły pętlę. Przytrzymując wierzgającą Mary jedną ręką, drugą wbiłem jej nóż powyżej lewej piersi (...). Za siedmioma lasami, za siedmioma górami porzucam sznur odcięty od szyi Mary. Japoński nóż sprzedaję na internetowej aukcji".
(Z rozdziału "Na pieprzeniu się świat nie kończy, Mary")

Po nitce do kłębka

Biegły z zakresu telekomunikacji chce pozostać anonimowy. Nie życzy sobie zdjęć ani ujawniania jego nazwiska. Przed sądem właściwie też nie mówi wiele. Nikt także nie zarzuca go pytaniami. Najważniejsze jest to, że potwierdza swoją ekspertyzę złożoną do akt sprawy. Jest wyczerpująca i po jej przeczytaniu pytania są raczej zbędne.

Biegły badał połączenia telefoniczne - to z godziny 9 rano, jakie wykonano do firmy zamordowanego, oraz to, jakie Dariusz J. odebrał na swój telefon komórkowy. Stwierdzono, że w obu tych przypadkach dzwoniono z budki telefonicznej położonej niedaleko biura ofiary. I - co najważniejsze - do obu połączeń użyto tej samej karty. Teraz badanie było już łatwe. Karty telefoniczne bowiem posiadają swoje odpowiednie numery. Dość szybko biegły sporządził listę 32 rozmówców, z którymi ktoś łączył się za pomocą tej karty. Biegłemu z zakresu telekomunikacji lista firm i nazwisk powiedziała niewiele, ale śledczym bardzo dużo.

I tak. Z tej samej karty, z której 13 listopada dzwoniono do firmy, a później na komórkę Dariusza J., wykonano także połączenia do rodziców oskarżonego Krystiana B. Na liście połączeń znajduje się oczywiście wiele innych nazwisk. W większości przypadków osoby te znają oskarżonego i przyznają, że utrzymywały z nim telefoniczny kontakt.

Oczywiście nie ma dowodów na to, że to właśnie oskarżony dzwonił z tej karty. On sam zresztą twierdzi, że nie ma pojęcia o żadnej karcie, ponieważ dzwoni wyłącznie ze swojego telefonu komórkowego. Prokuratura jest jednak przekonana, że jedyną osobą, która mogła korzystać z owej karty, jest właśnie Krystian B.

Trzeci do picia

Pierwsi świadkowie, którzy stają przed sądem, nie mają wiele do powiedzenia.

- Co może nam świadek powiedzieć na temat tej sprawy? - pyta zwykle na początku przesłuchania każdej osoby sędzia Lidia Hojeńska.

I zwykle świadkowie wzruszają ramionami albo mówią: - Nie mam nic do powiedzenia na temat tego morderstwa.

Te odpowiedzi są oczywiste zważywszy na fakt, że mamy do czynienia z procesem poszlakowym. Jednak świadkowie jeden po drugim kreślą sylwetkę oskarżonego. Bywa, że ich oceny są skrajnie różne. Paweł Ł. należy do tej grupy, która ma dobre zdanie o Krystianie B. Pracował w jego firmie kilka lat. Ich wzajemne relacje były ponoć bardzo dobre. Czasem spotykali się także na stopie prywatnej.

- Czy w trakcie spotkań pili panowie alkohol? - pyta sędzia Hojeńska.

- Parę razy się zdarzyło - odpowiada z uśmiechem Paweł Ł.

- Jak oskarżony zachowywał się po alkoholu?

- Był przyjemny, towarzyski, wesoły.

- Czytał pan "Amok"? - sędzia pyta oczywiście o książkę, którą napisał oskarżony.

- Tak.

- Znalazł pan tam odniesienia do rzeczy, jakie w rzeczywistości obu wam się przytrafiły?

- Jest tam taki fragment, ale nie do końca zgodny z rzeczywistością - przyznaje świadek.

- Chodzi o zdarzenie z figurką? - pyta tajemniczo sędzia. Paweł Ł. potakuje i opowiada.

- Parę lat temu Krystian wpadł do mnie wieczorem. Miał ze sobą butelkę. Zaczęliśmy pić. Właściwie to piliśmy do rana... - kolega oskarżonego pauzuje, zamyśla się. - I co zrobiliście rano? - sędzia pyta zaciekawiona.

- Skończył się nam alkohol, więc poszliśmy do sklepu po następny - Paweł Ł. mówi to w taki sposób, jakby odpowiedź była oczywista. - l kiedy już wracaliśmy ze sklepu koło kościoła, obok którego przechodziliśmy wpadliśmy na głupi pomysł.

- Jaki?

- Weszliśmy do kościoła, a tam stała taka gipsowa figura świętego Antoniego... i wzięliśmy ją.

- Po co?

- Uznaliśmy, że przydałby się ktoś trzeci do picia. Krystian mówił potem, że szajba nam odbiła.

Nietrudno się domyślić, że ta opowieść wzbudza na sali sądowej śmiech. Inaczej oskarżonego zapamiętał kolejny świadek. Jacek G. sam zrezygnował z pracy u Krystiana B.

- Odszedłem z firmy, bo stosunki się pogarszały. Krystianowi odbiło, kiedy pojawiło się więcej pieniędzy. Zrobił się takim prezesem. Zamiast rozwijać firmę, zaczął wydawać pieniądze na dobra konsumpcyjne - opowiada świadek.

Jacek G. prywatnie raczej nie spotykał się z oskarżonym, ale o jego zachowaniach słyszał od innych.

- Znajomi mi mówili, że nadużywał alkoholu i łaził z kobietami. Miał problemy z alkoholem.

- To znaczy jakie?

- Takie, że jak był na imprezie, to pił, dopóki nie padł. I popalał też jakąś trawkę.

Jacek G. spotkał raz przypadkiem w restauracji Krystiana B., ale nie powie tak jak Paweł Ł., że oskarżony był wesoły i towarzyski.

- Siedziałem przy barze ze znajomym. Piliśmy drinki. Nagle podszedł do nas Krystian - opowiada świadek.

- Wziął mojego drinka. Napił się, a potem wypluł mi to na plecy. Zaczęliśmy się kłócić, ale to mnie i kolegę wyrzucono z tego lokalu. Później dowiedziałem się od właściciela, że zostawił Krystiana, bo tamten miał dużo kasy i wszystkim stawiał.

Niewątpliwie Łukasz D. zna oskarżonego najdłużej z zeznających dzisiaj przed sądem świadków. Razem chodzili do liceum, potem studiowali wspólnie filozofię.

- Krystian mógł być agresywny w stosunku do mężczyzn, którzy adorowali jego żonę - tak w trakcie śledztwa zeznał Łukasz D.

- Pan widział takie zachowania? - dopytuje dzisiaj na sali sądowej Karol Węgliński, obrońca oskarżonego.

- To oczywiście moje przypuszczenia na temat Krystiana - stwierdza świadek. - Ale sądzę, że tak mogło być, bo on ma impulsywny charakter i kochał żonę.

Krystian B. słucha uważnie wszystkich zeznań. Nieustannie coś notuje.

"Palce piszące na klawiaturze laptopa na przemian drżą i drętwieją. Co mi odbiło? Co ja do cholery zrobiłem?".
(Z rozdziału "Na pieprzeniu się świat nie kończy, Mary")


KATARZYNA PASTUSZKO

 


ANGORA nr 10, 11 marca 2007

  • 1
  • 2