Poetka muzyki pop (Halina Frąckowiak)

Czas działa na korzyść tego artysty,
który szanuje swój zawód


 

Z Haliną Frąckowiak
rozmawia
Bohdan Gadomski




HALINA FRĄCKOWIAK, lat 59, Baran, mgr psychologii, znakomita piosenkarka, także kompozytorka i autorka tekstów, jedna z nielicznych gwiazd lat 60., które do dzisiaj aktywnie działają. Na rynku ukazała się jej nowa płyta "Przystanek bez drogowskazu... Garaże gwiazd", na którą kazała czekać swoim fanom około 20 lat. Dwunastu nowych piosenek, wspaniale zaaranżowanych przez Adama Sztabę, słucha się z przyjemnością, a głos wokalistki brzmi dojrzale, pięknie, jeszcze bardziej interesująco niż przed laty. Recenzje entuzjastyczne. Piosenkarka promuje tę płytę, spotyka się z odbiorcami i koncertuje na terenie kraju.


- "Mój anioł wie, gdzie mam pójść, by nie zbłądzić" - śpiewa pani na swojej nowej płycie "Przystanek bez drogowskazu... Garaże gwiazd". Jak się okazało, nie zbłądziła pani, stawiając na taki właśnie repertuar. Jak powstawała ta płyta?


- Zamysł jej nagrania zrodził się dawno temu. Zbieranie materiału rozpoczęłam po zakończeniu studiów i napisaniu pracy magisterskiej, którą obroniłam w 2000 roku. Początkowo piosenek było bardzo wiele, w końcu zostało dwanaście. Najpierw ukazał się singiel z psalmem "Wołanie moje", dedykowany Janowi Pawłowi II, do którego muzykę napisał Józef Skrzek. Ten utwór znalazł się później na płycie, stanowiąc jej myśl przewodnią. W 2003 roku zaśpiewałam go w Watykanie, przed Ojcem Świętym. W 2004 roku miałam recital telewizyjny z kilkoma nowymi piosenkami, a potem odbyła się rozmowa z Adamem Sztabą, za którego sprawą ta płyta pięknie rozwijała się muzycznie i artystycznie. To on nadał jej szlachetną oprawę i nowoczesny kształt. Piosenki mają ekspresję wewnętrzną, ale jednocześnie zawierają sporo liryki i głębokich treści.

- Dlaczego aż 20 lat kazała pani czekać na nową płytę?

- Trudno mi było poświęcić się tylko swoim sprawom i muzyce, mając w domu syna. To on wówczas znajdował się w centrum mojej uwagi. Kiedy skończyłam studia, a syn był doroślejszy, poczułam, że pora zrobić coś dla siebie, dla radości twórczej i interesującej mnie muzyki.

- Wszystkie teksty piosenek tworzą jednolitą formę pozytywnych myśli i wibracji. Czym były inspirowane?

- Moją własną drogą, którą szłam przez wiele lat, wydarzeniami, które miały miejsce, wartościowaniem i tym, co jest w życiu najważniejsze. Myślą przewodnią była wiara w to, że najcenniejszą wartością jest miłość. Do piosenki "Przystanek bez drogowskazu" sama napisałam słowa, które są moim wewnętrznym głosem. To on podpowiadał mi, co mam robić, a ja go słuchałam. Chciałam wierzyć, że garaże gwiazd są za rogiem i za tymże rogiem kryje się nadzieja, bez względu na to, co się wydarzyło.
- Młodzi odbiorcy płyty w internetowych recenzjach są nią zachwyceni. Nazywają panią "prawdziwą gwiazdą", "poetką muzyki pop" i jej "ikoną". Czy ta płyta jest adresowana także do najmłodszego pokolenia?

- Pewne treści są, moim zdaniem, ponadwiekowe. Płyta jest adresowana do wrażliwych osób, które chcą posłuchać czegoś bardziej osobistego, niekoniecznie tego, co zostało wymuszone aktualną modą. Płyta jest jednocześnie wartościowa w sensie przekazu treściowego i nowoczesna muzycznie, więc młodzi ludzie, potrzebujący rytmu i dynamiki, znajdą w niej energię i elektryczność.

- Nie jest to łatwa płyta i trudno ją zaszufladkować do jakiegoś określonego gatunku...

- Do mnie docierają opinie, że chce się jej słuchać bez przerwy, a im dłużej się jej słucha, tym bardziej przenika do słuchacza.

- Postawiła pani na młodość, czego dowodem powierzenie strony muzycznej młodemu, dynamicznemu muzykowi-dyrygentowi Adamowi Sztabie.

- Młodość to wcale nie sprawa wieku, to energia, to potrzeba aktywności, ciekawości życia, nieustannego rozwoju, stawiania sobie ciągle nowych zadań. W przypadku Adama Sztaby, nie tylko postawiłam na młodość, lecz na to, co ona ze sobą niesie. Przy bliższym poznaniu zauważyłam, że Adam ma w sobie wiele czystości wewnętrznej, dobrej prawdy, o którą mi zawsze chodziło. Praca z nim była dla mnie wielką radością. Podobnie jak z innymi, młodymi ludźmi. Projekt graficzny zrobił Grzegorz Piwnicki, sesję zdjęciową Grzegorz Korzeniowski. Pierwszy utrafił w bardzo bliską mi stylistykę w sztuce, czyli secesję. Drugi potrafił w swoich zdjęciach zobaczyć dojrzałość osoby z równoczesnym zachowaniem świeżości.

- Słowem - powróciła pani na rynek?

- To delikatna sprawa, bo ja nie czułam odejścia. Cały czas śpiewałam, miałam mnóstwo koncertów - nawet wtedy, gdy studiowałam. Może tylko jestem na etapie większej aktywności i skupienia na muzyce. Czas działa na korzyść tego artysty, który szanuje swój zawód, kolekcjonuje wszystkie przeżycia, nie lekceważy niczego i ma w sobie dużo pokory. Trzeba pamiętać, że nie można zaniechać ciągłej pracy nad sobą i nieustannego doskonalenia warsztatu twórczego.

- Jak postrzega pani obraz naszego show-biznesu?

- Zauważyłam, że ciągle panuje u nas głód nowości: następny, następny wykonawca... Jeszcze osoba nie zdoła się zakorzenić, pokazać, że stać ją na więcej, a już przestaje interesować, bo pojawiła się nowa twarz.

- Czy pani miewała szczęście i jako artystka, i jako kobieta?

- Jako kobieta miewałam chwile szczęścia, jako artystka czuję, że się spełniam i jestem szczęśliwa. Jeżeli nawet były okresy wyciszenia, to było to naturalne, bo nie należy być wszędzie przez cały czas. Ponadto, żeby coś oddać, to przedtem trzeba się naładować.

- Wygląda pani na osobę, która jest pewna swojej wartości.

- Staram się pracować tak, żebym nie wstydziła się tego, co robię. Żyję, jakby to był mój ostatni dzień, więc wszystko robię na sto procent.

- Czy w Polsce szanuje się ludzi z dużym dorobkiem, wielkim doświadczeniem, czy jest u nas kult gwiazd?

- Wydaje mi się, że minął kult tych, którzy zapracowali na swoją pozycję. Teraz nastał czas fajerwerku, zabawy. Ale na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że dorobek i doświadczenie nie są lekceważone.

- Gdzie tkwi tajemnica pani powodzenia i długiego trwania w tym zawodzie?

- Może to zasługa możliwości, predyspozycji, zdolności, przeznaczenia, ale przede wszystkim chyba jednak pracowitości.

- Maryla Rodowicz mówi, że im dłużej istnieje się na rynku, tym bardziej trzeba się sprawdzać. Czy podziela pani taką opinię?

- Nie wiem, czy aż "sprawdzać", ale na pewno trzeba starać się, żeby wszystko, co robimy, było najwyższej jakości. Myślę, że Maryla miała coś innego na myśli, że trzeba być coraz lepszym, bo wtedy ludzie nas szanują i cenią.

- W show-biznesie obowiązuje młodość. Ci, którzy są po czterdziestce przestają się liczyć...

- Nie ma znaczenia wiek. Wartość artysty jest tylko w tym, co ma do powiedzenia.

- A po sześćdziesiątce?

- Są tacy sześćdziesięciolatkowie, którzy twierdzą, że dopiero wtedy zaczyna się życie. Na przykład Jane Fonda (68 lat) jest przykładem, że i w tym wieku można być piękną i atrakcyjną oraz twórczą. A jaki ma temperament! On jest niezmienny, jest stały bez względu na wiek.

- Jak to, nie potwierdza pani, że presja młodości, szczególnie w mediach, jest ogromna?

- Zauważam to, ale nie wolno się jej poddawać. Trzeba iść swoją drogą, w swoim tempie, ze swoimi możliwościami, być ciekawym życia.

- W jakich więc kategoriach myśli pani o upływie czasu?

- W kategoriach mądrości, rozwoju, wiedzy. Ciało jest tylko ciałem, nie wszyscy tak są uwarunkowani genetycznie, żeby mogli do późna cieszyć się dobrym zdrowiem i wyglądem. Moim marzeniem jest, żeby moja umysłowość do ostatniego momentu była silna.

- Ponoć kobiety pewne swojej wartości nie przeżywają tak mocno upływu czasu?

- Nie wierzę. Upływ czasu to nasza świadomość, której nie należy negować. Natomiast dobrze jest mieć świadomość, jakie wartości niesie ze sobą przemijanie.

- Dość dawno rozstała się pani z mężem. Czy teraz jest ktoś u pani boku?

- Teraz jest przy mnie moja muzyka, ale proszę pamiętać, że garaże gwiazd są zaraz za rogiem.

- Wyszedł z domu ukochany syn Filip. Jak pani to przeżyła?

- Bardzo mocno, bo mój plan codzienny był ściśle związany z Filipem.

- Czyżby była pani przykładem typowej dominującej matki?

- Nie byłam taka, ale uważam, że dziecko musi czuć, że jest najważniejsze. Musi czuć miłość i że w tym domu zawsze znajdzie najwięcej miłości i zrozumienia dla swoich problemów. Filip skończył studia, mieszka oddzielnie. Mamy częste kontakty ze sobą. Teraz chcę mieć przeświadczenie, że jestem bardzo bliską mu osobą, a on chce mieć ze mną więź i chce dzielić się ze mną swoimi sprawami, chociaż przecież nie do końca.

- Czyli jak pani teraz żyje?

- Mieszkam z mamą w parterowym domu o powierzchni 110 metrów kwadratowych na działce ogrodowej 419 metrów. Towarzyszą nam papużki nierozłączki Malwinka i Kubuś. Jest także kotek "Ten Kicio", który jest bardzo mądry i rozumie moje polecenia.

- Co z psychologią, którą tak pilnie pani studiowała?

- Jako psycholog pracowałam pół roku w szkole z młodzieżą gimnazjalną. Przerwałam na rzecz śpiewania, bo doszłam do wniosku, że nie sposób tego połączyć ze sobą. Obie dziedziny są bardzo zachłanne i absorbujące. Nadal czytam dużo literatury psychologicznej i staram się być na bieżąco. Psychologia otacza nas, nie można przejść przez życie, nie zauważając jej na każdym kroku.

- Wiedząc więcej, może pani teraz pomagać samej sobie. Czy to się zdarza?

- Świadomość pewnych spraw bardzo pomaga, szczególnie w momentach smutnych. Staram się poczuć, w jakim miejscu ciała umieszczony jest smutek. Stosuję techniki oddychania i wtedy energia przemieszcza się w górę. Im większa energia, tym więcej pogody i radości jest w nas.

- W życiu przeżyła pani wiele dramatycznych momentów, wręcz tragicznych. Czy one jeszcze tkwią w pani pamięci, czy może zatarły się i odeszły...

- Wszystko, czego doświadczyliśmy w życiu, pozostaje w nas. Jestem przeciwna pielęgnowaniu w sobie cierpienia. W tym pomagały mi techniki oddychania, joga oraz umiejętność pogodzenia się z tym dzięki wierze.

- Co pani robi, gdy czuje w środku smutek, a dzień jest pochmurny?

- W taki dzień dłużej się rozkręcam. Piję kawę i czuję, że dzięki niej podnosi mi się ciśnienie. Robię szybkie oddechy, które dotleniają i dają energię.








ANGORA nr 31 (30 lipca 2006)

Linia miłości, linia życia (Martyna Wojciechowska)

Jej matka liczy nieprzespane noce, pełne sennych koszmarów.
Strach o ukochane dziecko przesłania wszystko inne.
Obie tęsknią, obie płaczą.
Urywane połączenia nie zastąpią prawdziwej bliskości,
która z niezwykłą siłą łączy matkę i córkę.


 

 

Monika Kotowska



Myślę czasami: Panie Boże, dałeś mi to dziecko i cały czas odbierasz - mówi Joanna Wojciechowska. Jej jedyna córka, w strefie śmierci na wysokości ośmiu tysięcy metrów, zdobywa Mount Everest. A ona czeka. I jak każda matka boi się o swoje dziecko. Mimo że Martyna przysięgała na kolanach, że wróci. W podwarszawskim Izabelinie, gdzie mieszka Joanna Wojciechowska - mama Martyny, czas płynie w tempie odmierzanym nieregularnymi telefonami od córki. Martyna Wojciechowska, wysoko w górach, w obozie, liczy dni do ataku na najwyższy szczyt Ziemi. Jej matka liczy nieprzespane noce, pełne sennych koszmarów. Strach o ukochane dziecko przesłania wszystko inne. Obie tęsknią, obie płaczą. Urywane połączenia nie zastąpią prawdziwej bliskości, która z niezwykłą siłą łączy matkę i córkę. Ta miłość zdolna jest góry przenosić. Ta miłość tłumaczy, skąd w zwykłej dziewczynie tyle siły, by wciąż szukać kolejnych szczytów do zdobycia.

GALA: Zadaje pani sobie pytanie: gdzie tak wciąż ciągnie Martynę? I dlaczego?

JOANNA WOJCIECHOWSKA: "Jeśli takie jest moje przeznaczenie i mam zginąć, to zginę" - tak mówi Martyna. Moje dziecko cztery razy umierało mi na rękach, a ja razem z nim. Dopiero po latach mogę o tym mówić, bo za bardzo bolało. Raz zbiegała po schodach w wielkich kapciach swojego taty. Poślizgnęła się, tyłem głowy uderzyła o schody i straciła przytomność. Nie zdawałam sobie sprawy, jak szybko życie uchodzi z człowieka. A Martynka robiła się sina, usta, nosek... To był listopad, zawieja za oknem. Złapałam za telefon, ale nie potrafiłam nawet wybrać numeru. Cała się trzęsłam. Moje dziecko nie żyje, myślałam. Złapałam ją na ręce, wybiegłam przed dom do męża, który pracował w garażu. Otworzyłam drzwi, wiatr powiał, zawirował tak mocno, aż się zachwiałam, i wtedy odetchnęła. Miała dziewięć lat. Może dwa lata później siedziała w wannie, obok na półeczce leżała suszarka, a ja rozmawiałam przez telefon. Nie wiem, dlaczego ta suszarka była włączona do kontaktu. I zsunęła się do wody. Zdążyłam tylko krzyknąć z przerażenia, widząc, jak prąd razi Martynę. Wypadła na podłogę, cudem, a mogła już w tej wannie zostać. Trzeci wypadek. Letnie wakacje. Mazury. Miesiąc wcześniej Martyna nauczyła się pływać. Stoimy z mężem na brzegu i patrzymy, jak z grupką dzieci płynie na łodzi motorowej. Nagle słychać huk, widać słup dymu, łódź się pali, tonie. Dzieciaki powpadały do wody. Widziałam tylko moją córeczkę w czarnej koszulce, jak leci przez burtę. Dopłynęła. Włosy spalone, bez brwi, bez rzęs. Buzia spalona. Noga to była jedna wielka rana. A potem znienacka przyszła ciężka choroba, szpital. I to dziecko, tuż po maturze, mogło umrzeć w każdej chwili. Raz ją tylko w życiu oszukałam. Po pierwszej operacji słyszę od lekarza: "Nie udało się, znów trzeba operować". Usiadłam u niej przy łóżku i zagaduję, jak mogę. Nie daję nic po sobie poznać. Aż wreszcie weszły pielęgniarki z wózkiem. "Idziemy", mówią do Martyny, a ona spojrzała na mnie i mówi: "Mamo, oszukałaś mnie, mamo, mamo, nie przeżyję!". Ten krzyk słyszę do dziś. Operacja trwała kilka godzin, a ja tkwiłam bez ruchu, skulona przy grzejniku na szpitalnym korytarzu. Udało się. Po wybudzeniu z narkozy nie mówiła nic, tylko powtarzała w kółko: "Mamusiu, mamusiu...". Nie spałam chyba dwa tygodnie, czekając na wiadomość, czy moja córka wyzdrowieje. Myślę czasami: Panie Boże, dałeś mi to dziecko i cały czas odbierasz

GALA: Martyna, dorastając, nieraz otarła się o śmierć. Dlatego dziś żyje na granicy bezpieczeństwa?

J.W.: Tak właśnie jest. Tamta choroba pociągnęła za sobą lawinę pytań. Martyna zdała sobie sprawę, że zginąć można wszędzie. Dlatego podejmuje w życiu wciąż nowe wyzwania. Czasem jest na granicy śmierci. Mam nadzieję, że nie przekroczy nigdy czerwonej linii. Jeśli tam, wysoko w górach, będzie bolała ją głowa, dzień, potem drugi, zawróci spod szczytu. Przysięgała to na kolanach.

GALA: A dziewczęca nieśmiałość, czy Martyna kiedykolwiek taka była?

J.W.: Była bardzo nieśmiała. Wymiotowała z nerwów przed pójściem do przedszkola, płakała, idąc do szkoły. Byłam przerażona. Patrzyłam na nią, myśląc: od nieśmiałości tylko krok do kompleksów. Pracowałam nad nią. Kiedy jako nastolatka walczyła z trądzikiem, mówiłam jej każdego dnia: "Zobacz, jakie masz piękne włosy, oczy...". Dostawała ode mnie raz po raz zastrzyk energii. Pomału zaczynała wierzyć w siebie. Wiem, że mogłam przespać ten moment i dziś Martyna byłaby zamkniętą w sobie myszką. Ale, choć trudno w to uwierzyć, wciąż jest nieśmiała. Nawet jeśli maskuje to brawurą.

GALA: Nieśmiała myszka przeżywała okres buntu. Motor, czarne glany, heavy metal. Było ciężko?

J.W.: Skórzane kurtki, glany i piekielna muzyka - brzmi groźnie, ale zawsze byłam o nią wyjątkowo spokojna. Ufałam jej bardzo. Dużo rozmawiałyśmy. Każdego dnia znalazłam chwilę, by zapytać, jakie problemy zapisuje w pamiętniku. Czy może uchyli mamie rąbka tajemnicy? Dziecko musi wiedzieć, że jego troski są moimi. I nie ma tu tłumaczenia się brakiem czasu. Dla dziecka trzeba go znaleźć. Rozmawiałyśmy o życiu, o chłopakach. Szczerze. Martyna miała własne zdanie, ale ja też nie bałam się mówić, że nie zawsze podobały mi się jej wybory. Dużo czasu spędzała z ojcem, byłym kierowcą rajdowym.

GALA: To pewnie jemu może pani podziękować za nietuzinkowe pasje córki.

J.W.: Mąż zajmował się naprawą samochodów. A Martyna, ciekawska, uwielbiała przesiadywać z nim w warsztacie. Z kluczem francuskim w dłoni zadawała tysiące pytań. Zainteresowała się motoryzacją, zaraziła jego pasją. Od taty dostała pierwszą motorynkę. Miała wtedy 11 lat. Nie od samego początku sobie radziła. Ale połknęła bakcyla. Szalała sama jedna z bandą chłopaków na pobliskich fortach, bo która dziewczynka miała motocykl zamiast lalki Barbie. Wyrosła z motorynki, kupiliśmy emzetkę. Potem ojciec już się nie zgadzał na jej szaleństwa. Baliśmy się. On krzyczał, ona płakała. A w końcu jechali razem po następny motor. Mąż obiecał, że kupi jej samochód, jeśli zostawi motory. Z Zachodu przywiózł Suzuki Samuraja. Ale oszukała nas (śmiech), miłość do dwóch kółek trwa.

GALA: Martyna mówi, że nigdy się nie pokłóciłyście. To przecież niemożliwe.

J.W.: A jednak. Nigdy się nie pokłóciłyśmy. Dyskutowałyśmy. Martyna nie przyjmowała tłumaczenia: nie, bo nie. Kiedy chciała iść na całą noc na sylwestra, tak długo rozmawiałyśmy, aż zgadzała się, żebym jednak przyjechała po nią w środku nocy. Udawało nam się dogadać, bo docierały do niej argumenty. I nigdy mnie nie zawiodła. Choć czasem doprowadzała do gorączki. Jak to dziecko. Czasy były okropne, w sklepach pusto, nic nie można było kupić. Miałam przepiękny kostium przywieziony z Włoch. Do tego elegancki welurowy paseczek. I kiedyś przed wielkim wyjściem szukam tego paska. Wołam Martynkę. Przewróciła sarnie oczy, ale za chwilę mówi: "On się znajdzie". Przerzuciła do góry nogami swój pokój. Znalazł się. Sprzączka ucięta. Pasek zszyty ordynarnie czarną nitką. Moja córeczka zrobiła sobie bransoletkę. Byłam zła. Dziś to nie problem, ale wtedy? A jednak nie było między nami wzajemnych pretensji, złości, kłótni. Dopiero niedawno Martyna zarzuciła mi, że okropnie ją ubierałam (śmiech). Był co prawda w tamtych czasach osławiony bazar w Rembertowie, rewia mody dla elegantek. Ale my na zakupy jeździłyśmy do pedetu na Woli. Po trzewiki sznurowane, trzymające kosteczkę, bezpieczne, wygodne. Niebieski płaszczyk z kapturem wykańczanym kolorową kratą. Dopiero dziś słyszę od mojej córeczki: "Mamo, nie daruję ci tego płaszczyka". A zaraz potem: "Kocham cię, mamo". Takie to nasze kłótnie.

GALA: Chroniliście Martynę, jedynaczkę, przed światem?

J.W.: Nasz dom był zawsze otwarty. Nie pracowałam i poświęciłam całą swoją energię, by nie zabrakło w nim serca, ciepła, obiadu na stole. Znajdowali u nas azyl życiowi rozbitkowie. Kobieta wyrzucona z domu - pani Adela, mieszkała z nami parę ładnych miesięcy. Otwieraliśmy szeroko drzwi. Przyznam, że czasem ze strachem, z niepokojem, jak wtedy, gdy Martyna przyprowadziła kolegę uzależnionego od narkotyków. I wyciągnęła go z nałogu. Nie pozwoliła się stoczyć, choć było ciężko. Pamiętam, jak zaprosiła go na imieniny. Chłopak Martyny nie potrafił tego zrozumieć, powiedział wtedy: "Nie życzę sobie siedzieć z narkomanem przy jednym stole". Na co usłyszał od niej: "To wyjdź". Zawsze walczyła o ludzi.

GALA: Powiedziała mi kiedyś, że jest pani dla niej wzorem życiowym. Jesteście przecież tak różne.

J.W.: Różnimy się niezaprzeczalnie. Mam lęk wysokości i problem z wytrzepaniem dywanika, gdy stoję na balkonie na pierwszym piętrze. Kiedy gotuję zupę, odkładam dla niej osobny słoiczek ogórkowej czy żurku, który tak lubi, i nie oczekuję, że moja córka będzie mistrzynią w robieniu wyszukanych tortów czy pasztetów. Jesteśmy inne, ale potrafimy i chcemy być blisko siebie. Każdego roku jeździmy razem na wakacje. Mama z córką. Nad polskie morze. Do Jastrzębiej Góry, do Władysławowa. Oglądamy wschód słońca na plaży. Wygrzewamy się na piasku. Kiedy ja czytam książkę, ona pracuje z laptopem. Chodzimy razem "na rozpustę" - lody i ciastka. Nie nudzimy się ze sobą. Odkąd Martyna wyprowadziła się od nas, dzwoni codziennie. Trudno uwierzyć, ale do dziś dostaję od niej, dorosłej dziewczyny, laurki. Dzieci tak często się stresują, co też mamie kupić w prezencie, a ja mówię: apaszki już by nie było, broszkę bym zgubiła, a laurki są w pięknym pudełku przewiązanym wstążką. "Dziękuję za miłość, wsparcie, cierpliwość..." - wykaligrafowane na pergaminie. "Wiem, że żadna mama na świecie nie jest tak wspaniałą przyjaciółką, jak ty dla mnie..." i data sprzed paru zaledwie lat. Czytam je wciąż od nowa i wciąż tak samo się wzruszam. Martyna do męża nie powie "ojciec", tylko "tatku". Ciepło, z uczuciem. Nie wstydzimy się mówić do siebie: kocham cię. Używamy tych słów na śniadanie, obiad i na kolację.



GALA: W pani słowach jest wielki ładunek miłości. Można przywyknąć do strachu o dziecko?


J.W.: Nie można! Bardzo przeżywam każdą jej wyprawę. Nie da się być z kimś na zapas, więc tęsknię. Skłamałabym, mówiąc, że teraz, kiedy Martyna kładzie się spać w maleńkim namiocie rozbitym w śniegu, moje noce mijają spokojnie. Miałam ostatnio sen, że odpadła od ściany i wisi na linie. Wstaję i od rana czekam na informacje z Himalajów. W głowie kłębią się różne myśli, nie potrafię skoncentrować się na prostych czynnościach. Jak to się mówi: nie idzie mi robota. Jest między nami tak ogromna więź, że kiedy sięgam po telefon, w tej samej chwili ona dzwoni. Intuicja podpowiada mi, kiedy Martyna jest chora, ma kłopoty. Gdy w zeszłym roku podczas kręcenia programu miała wypadek na Islandii i złamała kręgosłup, czułam przeszywający ból serca. Tego dnia byłam nie do życia, dziwnie rozdrażniona, płaczliwa. Przeczuwałam nieszczęście. Telefon potwierdził najgorsze obawy. Gdy wróciła, jej ciało to był jeden wielki siny wylew. Siedziałam przy niej, zmieniając tylko okłady z kapuścianych liści, które likwidowały obrzęk (płacze). Miałam zrobić zdjęcie, ale powiedziałam sobie: żadnych wspomnień. A jednak nie zapomnę nigdy, jak w sanatorium w Ciechocinku siedziałyśmy razem przy śniadaniu, a Martynie łzy kapały do zupy mlecznej. Nie wiedziałam, jak się zachować. Pocieszać? Ale jak? Kobieta, która nie ma dziecka, nigdy tego uczucia nie pojmie. Tej miłości.

GALA: Kusi panią, by ją przy sobie zatrzymać, nie puścić w świat, ochronić przed wszelkimi niebezpieczeństwami?

J.W.: W życiu nie zawsze jest pięknie. Martyna poznaje świat, a ja umieram czasem z niepokoju o nią. Do tego nie można przywyknąć, ale byłabym egoistką, gdybym jej tego zabraniała. Jak się rodziliśmy, nikt nie mówił, że będzie lekko. Zawsze z mężem zawozimy córkę na lotnisko, zawsze odbieramy. I nie ma pory, która byłaby nieodpowiednia.

GALA: Wierzy pani, że Martyna wróci z wyprawy i zmieni się, jak obiecała? Co się musi wydarzyć, żeby rozpakowała walizki?

J.W.: Dziecko. Mając dziecko, będzie musiała podejmować decyzje o wyprawach z myślą o nim. A Martynka już zagląda do wózków. Myślę, że to jej czas na macierzyństwo.









GALA nr 20/2006

Głupie, naiwne kłamstwo (Nina Andrycz)

Miłość prawdziwą i największą miałam tylko jedną i opisuję ją w swoich książkach.  

 

 

 

Rozmawiał
Bohdan Gadomski

 



NINA ANDRYCZ, lat 90, Skorpion, wybitna artystka teatralna nazywana królową sceny polskiej, która rygorystycznie określiła swój sceniczny status (z jej królewskich ról teatralnych można skompletować pokaźną dynastię), ale zadbała także o prywatny image (przez wiele lat była naszą premierową). Jest także pisarką, autorką dziewięciu książek, które rozeszły się w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy, wysoko ocenione przez krytykę. Jedna z nich, "Bez początku, bez końca", otrzymała Literacką Nagrodę Miasta Warszawy. W tym roku, z okazji 90. urodzin aktorki, Związek Artystów Scen Polskich zorganizował w Teatrze Polskim w Warszawie be-nefis Niny Andrycz, z którego relację oglądaliśmy w TYP. ANGORA złożyła świąteczną wizytę jubilatce w jej nowym mieszkaniu, do którego przeniosła się z ogromnego apartamentu, jaki zajmowała lata całe, najpierw jako żona premiera Józefa Cyrankiewicza, a po rozwodzie - sama.

- Ze zdumieniem przeczytałem w kolorowym pisemku, że dosięgły panią aż dwa ciosy: straciła pani apartament w alei Róż oraz pracę w Teatrze Polskim w Warszawie... Nie bardzo chciało mi się w to wierzyć i postanowiłem sprawdzić u źródła.
- Oczywiście, panie Bohdanie, że z teatrem to jest głupie i naiwne kłamstwo. Ale przeprowadzka z mieszkania przy alei Róż jest faktem i dużym kłopotem życiowym oraz pewną niewygodą, bo trzeba było rozdać nadmiar toalet bezdomnym samotnym matkom, podarować ludziom książki, które zbierałam całe życie, gdyż biblioteki nie miały miejsca, żeby je przyjąć. Miałam więc kłopot, ale żaden cios, bo to było mieszkanie premierowskie, prawie 170 metrów kwadratowych. Samo sprzątanie stanowiło problem. W dodatku Urząd Rady Ministrów odbudował ten dom na prywatnej działce. Przyjechała jej właścicielka i udowodniła, że grunt jest jej, a szlachetne państwo polskie oddało cały dom. Potem przyszła do mnie i powiedziała, ile czynszu mam jej płacić miesięcznie.

-Ile?
- Około 2 tysięcy dolarów, wobec czego zaczęłam szukać mniejszego mieszkania. Dzięki pomocy Miasta Stołecznego Warszawy, które uznało mnie za swoją zasłużoną obywatelkę, bez trudu takie mieszkanie dostałam i teraz w nim pana goszczę. Mam nadzieję, że się panu podoba?

- Bardzo, jest urocze, kameralne, zaciszne...
-...chociaż w samym sercu Warszawy.

- Jak to było z tym niewyobrażalnym zwolnieniem pani z Teatru Polskiego, w którym była pani prawdziwą, wieloletnią królową?
- Żaden dyrektor przy zdrowych zmysłach nie zwalnia kury, która znosi mu złote jajka. Powszechnie wiadomo, że ja w Teatrze Polskim nie położyłam żadnej roli. Nie chcę się chwalić, ale faktem jest, że miałam duże powodzenie, albo po prostu... powodzenie. Oczywiście, nikt mnie nie zwalniał, to ja wymówiłam teatrowi dalszą współpracę. Mój nieżyjący kolega Aleksander Bardini tak mawiał: "Teatr jest jak rzeka, ma przypływy i odpływy, ale czasem woda wysycha i wtedy widać dno". Któregoś dnia wydawało mi się, że w Teatrze Polskim widzę dno.

-...?
- Widziałam spektakl, w którym młoda, nieznana mi aktorka co drugie słowo mówiła na "k". W antrakcie podchodziła do mnie publiczność i mówiła: "Pani Nino, proszę wpłynąć na swoją dyrekcję, żeby nie wystawiała na akademickiej scenie takich świństw, bo takie słowa to my ciągle słyszymy na ulicy, na Dworcu Centralnym, w autobusie. Przychodząc do teatru, chcemy słyszeć, jak aktorzy pięknie mówią po polsku". Nie ingerowałam, bo dyrekcja sama zdjęła ten spektakl. Ale nic dziwnego, że w takiej atmosferze odechciało mi się przebywać.

- Ale zgodziła się pani wystąpić na własnym benefisie?
- Nie przepadam za jubileuszami z wielu powodów. Swój oficjalny jubileusz odbyłam w pełni sił, pięć lat temu. Patronował mu sam prezydent Rzeczypospolitej Aleksander Kwaśniewski. Było tłumnie, bogato, wino się lało. Nie mogę narzekać. Pamiętam, że wynoszono z teatru butelki wina, bo tak hojny był sponsor. Nie lubię pewnego zadęcia, które towarzyszy takim jubileuszom, czyli niezliczonej ilości telegramów, zanudzających publiczność na śmierć, a z których wynika, że mamy do czynienia z kimś zupełnie wyjątkowym i genialnym, co czasami mija się z prawdą. Czasami kameralne benefisy są bardziej urocze. Taki właśnie miałam 5 listopada tego roku, gdy wystąpiłam w akcji "Teatr jest światem", chociaż zamieniłabym tytuł na "Świat jest teatrem". Miałam prelekcję, a potem koledzy aktorzy recytowali moje wiersze, a następnie podpisywałam dwie książki.

- Jakie książki?
- Moją powieść "My rozdwojeni", która doczekała się drugiego wydania oraz najnowszy tomik wierszy pt. "Wczoraj i dziś". Przy okazji chciałabym podziękować Wydawnictwu "Książka i Wiedza", które zdążyło go wydrukować na czas.


- Porozmawiajmy trochę o pani książkach...
- Plotka głosi, że zaczęłam pisać książki, bo zmęczył mnie i znużył Teatr Polski. Otóż sprawa przedstawia się inaczej. Nigdy nie byłam znużona aktorstwem, do tej pory mam pełne ręce roboty. Moje pisanie to pokazanie drugiej twarzy, zarówno człowieka, jak kobiety. Piszę od dawna, bo wcześniej niż zaczęłam grać, czyli od gimnazjum. Tylko wszystko chowałam do szuflady, ze zrozumiałych powodów. Aktorstwo jest profesją wampiryczną, potrzebuje całego człowieka, wysysa z niego całą energię psychiczną. Zdarzało się, że budziłam się w nocy i zastanawiałam: - Dlaczego tak mocno krzyknęłam w drugim akcie, a nie powinnam, albo dlaczego w trzecim akcie publiczność nie wysyłała mi tych ciepłych fluidów, które zawsze od niej odbierałam. Myślałam, że chyba coś sknociłam. Ponadto, aktorstwo nie znosi rywalizacji, dlatego pakowałam do szuflad niezliczone wiersze, prozę, pamiętniki itd. Gdy minęłam lat południe, wzięłam się na odwagę i pojechałam do Jarosława Iwaszkiewicza. Wybitny pisarz przeczytał i powiedział: "Masz w tej chwili wybrać się do Czytelnika i powołać się na mnie. To są bardzo dobre wiersze. Jak chcesz, mogę ci napisać przedmowę".

- Napisał?
- Pomyślałam, jak sam Iwaszkiewicz napisze przedmowę, to cała artystyczna Polska pomyśli sobie: on ją napisał dla Solange, którą grałam. Nikt nie pomyśli, że napisał ją dla Niny Andrycz. Podziękowałam, a przedmowę napisał Klemens Górski. Mój pierwszy tomik wydano w 10 tysiącach egzemplarzy, co stanowiło zawrotny nakład. Byłam oceniana przez Ewę Lipską, przez Krzysztofa Karaska, Jerzego Zagórskiego itd., a ostatnio wzruszającą przedmowę napisał mi ksiądz Jan Twardowski.

- Czyli pisanie to nie tylko hobby?
- Nie. Pisanie traktuję jako lepsze zrozumienie życia, które mnie otacza.

- W teatrze przeważnie grywała pani królowe i cesarzowe. Czy te postacie nie odcisnęły zbyt dużego piętna na pani osobowości?
- Dziennikarze często pytali mnie, w jaki sposób udało mi się zgromadzić na koncie aż taką ilość koronowanych głów i myśleli, że ja sama sugerowałam takie role, że tylko takie chciałam grać. A to nieprawda. Wszystkie moje królewskie role przynosiły teatrowi dochód, więc dostawałam następne do grania. Prywatnie nie grałam wielkiej damy, bo zawsze oddzielałam scenę od rzeczywistości, która w tamtych latach była bardzo uboga, wręcz tragiczna. Kiedy zaaresztowano naszego przyjaciela Roberta Waltera, nawet mój mąż, premier rodem PS-u, nie mógł go wyzwolić, bo premier nic nie znaczył dla Urzędu Bezpieczeństwa, który miał innych zwierzchników i wykonywał inne rozkazy. Wiedząc o tym, że naszego przyjaciela katują, jedynie w garderobie Teatru Polskiego mogłam naprawdę odpocząć od tamtej rzeczywistości. Teatr Polski był wówczas moją twierdzą, schronieniem przed złem i nieprawością. Tam zaczynało się moje bajeczne życie jako Kleopatry czy świętej Joanny.

- Ludzie i koledzy z teatru nie bali się pani? Wszakże była pani wtedy polską premierową?
- Ależ oni doskonale wiedzieli, że ja wolę teatr od premierowania i że migam się jak mogę od oficjalnych bankietów i wyjazdów zagranicznych. Kiedyś, gdy zaskoczony moją nieobecnością ambasador zapytał o mnie, mąż odpowiedział: żona gra. - WV brydża? - zainteresował się ambasador. - Nie, Marię Stuart - wyjaśnił mąż. Byłam wtedy usprawiedliwona.

- Czy korzystała pani z przywilejów bycia damą z najwyższej półki?
-Owszem. Mąż nawet nie wykupił naszego mieszkania, bo wychodził z założenia, że w razie czego, to teatr mi je da. Był typowym socjalistą, który nie pragnął własności, dlatego umierając, nie miał ani willi, ani konta w banku szwajcarskim. Ja też nic nie miałam, z czego jestem dzisiaj bardzo dumna.

- Mąż nigdy nie sugerował, że powinna pani porzucić aktorską karierę?
- Już na początku naszego związku zapowiedziałam, że nie rzucę pracy nawet na jeden dzień i nie będę rodzić dzieci. Zresztą nie czułam powołania do macierzyństwa. Nie miałam takiego instynktu. W katolickim kraju jest to tak śliski temat, więc proszę nie przypierać mnie do muru, bo nie mogę go rozwijać, gdyż mogłabym narazić się umiłowanym przyjaciołom czy księżom.

- Czy to z tego powodu odchodzili od pani kolejni narzeczeni?
- To nie oni odchodzili, to ja ich porzucałam. Ale zanim to się stało, robili straszne awantury.

- Dzisiaj pani tego nie żałuje?
- Niczego nie żałuję. Po raz drugi dokonałabym takiego samego wyboru. Np. wyszłabym za socjalistę w nadziei, że on nie będzie miał mi za złe, że mam swoją pasję, pracę, której poświęcam bardzo dużo czasu.

- Mąż bywał na premierach z pani udziałem?
- Początkowo na każdej, a potem już coraz rzadziej, bo sympatia do Teatru Polskiego zamieniła się u niego w dużą niechęć.

- Czy to on wymyślił, że weźmiecie tylko ślub cywilny?
- Nie, on znając nastawienie mojej mamy do siebie (mama bardzo obawiała się tego małżeństwa), zaproponował, że jeżeli będzie trzeba, to weżmie ze mną ślub kościelny. Wzruszyło mnie to, ale nie chciałam, żeby jego koledzy posądzili go o fideizm.

- Dlaczego domagała się pani osobnych sypialni w waszym wspólnym mieszkaniu?
- Na początku sypialnia była wspólna, bo on na to nie poszedł. Dopiero po latach mieliśmy oddzielne sypialnie.

- Zawsze była pani Niną Andrycz, natomiast bardzo rzadko Niną Cyrankiewicz. Dlaczego?
- Taki jest mój światopogląd, że kobieta bez swojego męża też powinna coś znaczyć. W świat puściłam kilka aforyzmów, że mąż może zdradzać i z reguły to robi, natomiast praca, jeżeli się ją kocha, nigdy nie zdradza i pan z imponującym dorobkiem dziennikarskim dobrze o tym wie.

- Wiem, wiem... Jak patrzył na pani zagrywki korpus dyplomatyczny?
- Różnie. Miałam zwolenników, wielbicieli i krytykantów, którzy uważali, że powinnam mieć wizytówkę z napisem "M-me Józef Cyrankiewicz". Ale ja się sprzeciwiłam i była "Nina Andrycz-Cyrankiewicz".

- Chyba się pani pomyliła, bo na wizytówce powinno być napisane: Madame Nina Andrycz-Cyrankiewicz...
- Kobieta z dobrego domu, gdy poślubiła mężczyznę, i to znanego polityka, stawała się wówczas Panią Józef Cyrankiewicz, czyli kobietą Józefa Cyrankiewicza. Tak kiedyś było. Do tej pory mam takie wizytówki z 1947 roku.

- Protokół dyplomatyczny mógł panią uznać za zatwardziałą feministkę?
- Nie jestem żadna tam zatwardziała. Feminizm w Polsce jest źle rozumiany. Ludziom wydaje się, że femistka to baba grenadier z wąsami, z brodą, znienawidzona przez mężczyzn. Jeżeli chodzi o mnie, to przyjaźnię się z mężczyznami i bardzo mnie lubią. Tu nie chodzi o to, spalić stanik i głosić slogany. Chodzi o to, żeby samodzielnie coś zdziałać i polegać na samej sobie.

- Czy zawsze potrafiła pani obronić własne poglądy?
- Przeważnie tak. Pan przecież wie o tym, jak kiedyś uciekłam z bankietu w Moskwie.

- Ja wiem, ale czytelnicy nie znają tej historii...
- W radiu usłyszałam, że ktoś "życzliwy" podaje, że z powodu nieobecności Niny Andrycz nie odbędzie się przedstawienie "Cyda". Ale ja miałam paszport dyplomatyczny wsiadłam w samolot i spektakl się odbył. Nasza dyplomacja umierała ze strachu, a Jakub Berman (szara eminencja) podobno zemdlał, bo wieczorem była kolacja ze Stalinem, na której miałam być. Wszyscy byli przerażeni, bo Stalin był tyranem i wszyskiego można się było po nim spodziewać.

- A tymczasem?
- Stalin powiedział: "Widać ta kobieta bardzo lubi swoją pracę". Na mój mąż: "O tak, uwielbia!". I wszystko zakończyło się piciem wódki i nikomu nic złego się nie stało. Ryzyko było jednak straszne.

- Jest pani reprezentantką pokolenia, które pamięta wojnę. Powiedziała pani w jednym z wywiadów, że wojna uwolniła panią od bycia zwierzęciem teatralnym, chowanym tylko do przeskakiwania kolejnych poprzeczek. Jakich?
- Poprzeczek było mnóstwo. W robieniu kariery, w dochodzeniu do pełnego gwiazdorstwa, do pełni przeżyć, do opanowania techniki aktorskiej, do radzenia sobie z intrygami, z napaściami w prasie. Gwiazdą zostałam, mając 22 lata, po zagraniu roli Solange w "Lecie w Nohant" Iwaszkiewicza. Teatr Polski wychowywał mnie na swoją kolejną primadonnę. Wojna mnie uwolniła, bo pokazała, że ja nie umarłam bez teatru, wręcz przeciwnie - zaczęłam coraz więcej i lepiej pisać.

- Czy pisać zaczęła pani, gdy zabrakło grania?
- Ja pisałam od 11 roku życia, tylko nie zwracałam na to specjalnej uwagi, a ponieważ przez 6 lat nie ruszyłam nogą na scenie, miałam czas na poprawianie manuskryptów.

- Jak kiedyś pojmowała pani sztukę, a jak teraz?
- Moja miłość do sztuki nie zmniejszyła się, teraz jest tylko bardziej trzeźwa, jakby bardziej rozległa i mam dystans do tego, co się działo.

- A miłość? Czy to możliwe, że w swoim długim życiu była pani tylko dwa razy zakochana?
- Miłość prawdziwą i największą miałam tylko jedną i opisuję ją w swoich książkach.

- Jak nazywał się ten pan, który zawładnął pani sercem?
- Dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą lub zapomnieli, podam jego imię i nazwisko. To... Aleksander Węgierko, reżyser i aktor.

- Czy ma pani jakąś pamiątkę po nim?
- Miałam, ale w trakcie przeprowadzki gdzieś mi się zapodziała i nie mogę się z tym pogodzić. Ale szukam namiętnie dalej. Może znajdę w piwnicy.

- Czy Józef Cyrankiewicz wiedział o pani miłości do wielkiego aktora?
- Wiedział, bo portret Węgierki wisiał w domu.

- Mąż nie sugerował pani, aby zdjęła portret?
- Nie, bo był wielkoduszny.

- Co to za popiersie na stoliku?
- Moje.

- Dlaczego bez głowy?
- Naumyślnie.

- Zawsze dużo się o pani plotkowało. Pani o tym wiedziała?
- Tak. Pamiętam, jak jakiś głupek powiedział, że jestem po 15 operacjach plastycznych, a tymczasem nie miałam żadnej. Nie wierzy pan? Proszę zobaczyć za uszami, nie ma tam żadnego cięcia.

- Tak dużo pani pracowała, a nie dorobiła się willi.
- Nie byłam piosenkarką rockową.

- Jakie są pani poglądy polityczne?
- Europejski socjalizm bez bicza w ręku.

- Na jaką partię pani teraz postawiła?
- Nie powiem.

- W wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" powiedziała pani, że Józef Cyrankiewicz nie był premierem samodzielnie rządzącym, że był ofiarą Stalina.
- To prawda. Stalin obiecał mu, że nigdy nie zlikwiduje PPS-u, ale skłamał.

- Ale przyjęła pani od niego w prezencie futro z norek?
- Nie mogłam nie przyjąć, ale nigdy go nie włożyłam, aż w końcu zjadły je mole.

- Nie miało zabezpieczenia przeciwko molom?
- Moja gosposia, Sabina, świadomie nie pielęgnowała tego futra, bo jej mąż zginął w łagrze, dlatego odmówiła pielęgnacji futra od Stalina.

- A co ciekawego podarował pani chiński przywódca Mao Tse-tung?
- Te dwie piękne amfory, które stoją w saloniku, oraz futro z białych gronostajów, które pracowało na polskiej scenie z pożytkiem dla roli. Aha, jeszcze belę atłasu ręcznie haftowanego, ale mąż poradził, żebym pocięła materiał na 5-metrowe kupony i rozdała w Teatrze Polskim.

- I tak pani zrobiła?
- Tak, ale to nie bardzo złagodziło zawiść.

- Uchodzi pani za jedną z najelegantszych polskich aktorek. W 1993 roku dzierżyła pani tytuł "Elegancja'93". Jaki styl lansowała pani w tamtych czasach?
- Podczas wręczania nagrody w hotelu Marriott wystąpiłam w welurowej sukni koloru starych szmaragdów i etoli z soboli. Wyróżniono mnie takim tytułem po siedemdziesiątce, co bardzo mnie wzruszyło. Jeżeli chodzi o modę, to lubiłam to, co proponowała Chanel. Na dzień bardzo skromne, sportowe stroje, które nie nudzą oka. Garsonka od Chanel jest modna do dzisiaj, zmieniają się tylko dodatki. Na wieczór ubierałam się wytwornie. Dzisiaj żyjemy w epoce dziwnego bezguścia. Niektóre pokazy na wybiegach są żenujące i bywają przykładem złego smaku. Zawsze ubierałam się stosownie do swojego wieku, sylwetki i do okoliczności.

- Jakie są pani ulubione kolory?
- Lubiłam wszystkie kolory z wyjątkiem beżu i ostrego fioletu. Do dzisiaj lubię wszystkie odcienie błękitu, także zielenie, czerń i biel.

- Skąd sprowadziła pani tę długą suknię na swój ostatni benefis?
- Czarną, koronkową suknię przywiozłam z Hiszpanii.

- Rozmawiamy tuż przed świętami Bożego Narodzenia, więc zapytam, jak pani i premier najczęściej spędzaliście święta?
- Bardzo różnie, ale przeważnie musieliśmy pójść na oficjalne przyjęcia w Belwederze, co było bardzo nudne. Kiedy mieliśmy wolną chwilę, to wyjeżdżaliśmy na spacer do lasu.

- Jak spędzała pani święta, gdy była sama?
- Różnie, przeważnie u przyjaciół.

- Samotne osoby nie lubią świąt, a pani?
- Wszystko zależy od tego, jak kto te święta odczuwa. Jeżeli święta są pretekstem do objadania się i napicia alkoholu, to takich świąt nie uznaję. Ale jeżeli są wspomnieniem obecności na ziemi Jezusa Chrystusa, to jak najbardziej.

- Samotna została pani z wyboru?
- Tak, ale ja nigdy nie czułam się samotna, bo zawsze byli koło mnie ludzie oddani.

- Dzisiaj nie żałuje pani takiego wyboru?
- Nie, niczego nie żałuję.

- Może jednak czegoś pani żałuje?
- Żałuję, że nie zagrałam w filmie u Andrzeja Wajdy, który dwa razy mi to zaproponował, ale za każdym razem odrzucono mu scenariusz.

- Co to były za filmy?
- Pierwszym filmem było "Przedwiośnie", a powód odrzucenia był partyjny. Miałam w nim grać Laurę. Drugim projektem - adaptacja powieści na spektakl telewizyjny. W tym wypadku odmówiła telewizja. Pan Andrzej tak speszył się tym faktem, że potem już się do mnie nie zwracał z innymi propozycjami.

- Wciąż czekam na pani autobiografię. Czy będzie?
- Nie. W 2003 roku wydałam książkę "Bez początku, bez końca", w której opisuję okres narzeczeństwa z Józefem Cyrankiewiczem i jego prośbę, żebym nigdy nie ujawniała tego, co między nami było. Podpiszę panu ostatnią książkę "Wczorą i dziś", którą dwa dni temu promowałam w Klubie Księgarza w Warszawie.



Żródło: ANGORA nr 52 grudzień 2005

Czuję pustkę, czuję ulgę (Mandaryna)

Miała dość bycia jedynie żoną Michała Wiśniewskiego.
We wrześniu Mandaryna z dziećmi Xavierem i Fabienne wyprowadziła się
z rodzinnego domu w podwarszawskiej Magdalence. W sądzie jest już pozew o rozwód.
Żeby zapomnieć, wyjechała z rodziną na Dominikanę. Jako piosenkarka jest na fali.
Ale czy sukcesy zawodowe królowej muzyki dance
zrekompensują jej porażkę w życiu osobistym?


 


Z Mandaryną rozmawiał Maciej Wesołowski




Komorów. Piękny dom w stylu antycznym, 450 metrów kwadratowych. Kolumnady przy wejściu, wazy z epoki przy basenie, w łazience brązowa "grecka" misa zamiast umywalki. Wszystko urządzone ze smakiem. Rezydencja godna gwiazdy. Ale wciąż jedynie wynajęta - za "11 tysięcy złotych plus opłaty miesięcznie" - a nie kupiona. Wciąż tymczasowa. Tu od trzech miesięcy Marta Wiśniewska dochodzi do siebie po bolesnym rozstaniu z mężem. Kiedy siadamy na stylowych zielonych fotelach za szklanym stołem w jej gabinecie z widokiem na podświetlany basen, jest zdenerwowana. Nie mam wątpliwości, że emocje wciąż nie opadły.

GALA: Co czujesz, gdy myślisz o Michale?
MANDARYNA: Przez parę lat byliśmy ze sobą bardzo blisko. Kiedy wychodziłam za Michała, byłam szaleńczo zakochana. A o tym nie da się zapomnieć. Michał nadal jest mi bliski. Choćby ze względu na dzieci.

GALA: Jest ci bliski, czy wciąż go kochasz?
MANDARYNA: Powiem tak: przyzwyczajam się, że go nie ma. Myślę, że jakaś część mnie już jest spokojna. Ale ta druga wciąż szaleje.

GALA: Jesteś roztrzęsiona, gdy o tym mówisz.
MANDARYNA: To dla mnie bardzo przykry temat. Teraz do mnie dotarło, że to strasznie trudna sprawa - utrzymać małżeństwo dwojga artystów.

GALA: Tęsknisz?
MANDARYNA: Każdy człowiek tęskni za tym, co było dla niego normalne. Jeszcze niedawno myślałam, jak będzie fajnie, gdy z Michałem usiądziemy przy kominku z wnukami i poczytamy im bajki. Część tych marzeń gwałtownie się rozpadła. Dlatego trudno mi oswoić się z nową sytuacją. Ale zdaję sobie sprawę, że już nie będziemy razem. Gdy o tym myślę, czasem czuję pustkę, rozgoryczenie, ale czuję też ulgę, że w naszym domu nie ma już tych wszystkich ludzi, którymi Michał się otaczał. Tych wszystkich menedżerów, asystentów, którzy tam spali, jedli i czuli się jak u siebie. Mój dom jest w końcu moją twierdzą.

GALA: Dlaczego wasze małżeństwo nie przetrwało?
MANDARYNA: Przestaliśmy się dogadywać. Przestaliśmy być partnerami. Nie wiem nawet, kiedy to się stało. Jeszcze niedawno wydawało mi się, że uda się nam do siebie wrócić. Dlatego tylko wynajęłam dom, a nie kupiłam. Teraz myślę, że nie ma już na to szans.

GALA: Ty też zaczęłaś nowe życie?
MANDARYNA: Zapuszczam nowe korzenie. Ten stan zaczyna mi się podobać. Wreszcie mogę zawalczyć sama o siebie. Mam prawo decydować o własnym losie. Przez to mam wielką chęć do pracy.

GALA: Jak wyglądała twoja wyprowadzka z domu?
MANDARYNA: Było spokojnie. Rozpaczać zaczęłam dopiero w samochodzie. Kiedy dotarłam na miejsce, usiadłam, napiłam się herbaty. Pomyślałam, że życie mamy tylko jedno i nikt go za nas nie przeżyje. Nie chciałabym mieć kiedyś poczucia, że ktoś przeżył moje życie za mnie.

GALA: Płakałaś?
MANDARYNA: Byłam twarda. Ale nie da się ukryć, że żadne rozstanie nie może być przyjemne. I nie było. Nie chcę rozdrapywać ran. Po prostu musiałam się spakować, bo już nie mogłam i nie chciałam tam mieszkać. Tak się stało, a od kilku dni mam straszliwą pewność, że to naprawdę koniec. Że nic się nie da zmienić. I że musi minąć dużo czasu, zanim zdążę się uspokoić, złapać grunt pod nogami. W odróżnieniu od Michała nie jestem gotowa na żaden nowy związek.

GALA: Ale to nie kobieta była powodem waszego rozstania?
MANDARYNA: Nie. Nie wiedziałam, że kogoś ma. Jak większość Polaków, dowiedziałam się o tym z gazet i z internetu. Zresztą nie chcę roztrząsać, czy Michał związał się z kimś teraz, czy już kilka miesięcy temu. Bardzo się cieszę, że mam dużo pracy i dzieci, którym muszę poświęcić czas. To mi pomaga nie myśleć. I nie zwariować.

GALA: Jak dzieci znoszą tę sytuację?
MANDARYNA: Na szczęście dobrze. Mają świetny kontakt z Michałem, często się widują. Ze względu na nie mam nadzieję, że uda się nam utrzymać miłe stosunki. Może nie będziemy bliskimi przyjaciółmi, ale dla dobra dzieci będziemy umieli ze sobą kulturalnie porozmawiać, zjeść razem kolację. Być może nawet kiedyś spędzimy ze sobą święta. Ale do tego trzeba dorosnąć, dojrzeć, ochłonąć.

GALA: Xavier i Fabienne nie pytają, dlaczego tata nie wraca wieczorami do domu?
MANDARYNA: One już zrozumiały, że tatuś ma inny domek. Już po rozstaniu byliśmy z Michałem u pani psycholog i staraliśmy się tak poukładać nasze relacje, aby odbyło się to z jak najmniejszą stratą dla dzieci. Dzięki temu wiedzą, że ich gniazdo jest tu, w Komorowie, a tatuś mieszka trochę dalej.

GALA: W sądzie jest już pozew o rozwód?
MANDARYNA: Wezwania do sądu nie dostałam. I nie wiem, czy chciałabym dostać. Nie jest mi ono do niczego potrzebne. Do niedawna miałam nadzieję, że Michałowi też nie. Chociaż słyszałam, że jednak go złożył.

GALA: Potrafisz określić moment, w którym wasze małżeństwo zaczęło nieodwracalnie pękać?
MANDARYNA: Myślę, że to był czerwiec tego roku. Powoli przestawaliśmy się rozumieć, wspierać i wierzyć w siebie.

GALA: Gwoździem do trumny był Sopot?
MANDARYNA: To nieprawda. Mój udział w festiwalu nie miał większego znaczenia. Stał się tylko wygodnym pretekstem medialnym.

GALA: Michał odradzał ci ten występ?
MANDARYNA: Odradzał mi wiele rzeczy... Ale w końcu to również on zgłosił tę piosenkę.

GALA: Ale z tego co wiem, nie był zadowolony z twojej decyzji o występie?
MANDARYNA: Nie był zadowolony z wielu moich decyzji. Ale cóż, każdy jest panem swojego losu. Życie uczy na błędach, a nie na uniwersytetach. Chociaż ten drugi sposób edukacji jest dużo mniej bolesny.

GALA: Jak się czułaś po tym koncercie?
MANDARYNA: Jak dziewczynka, która idzie do pierwszej klasy zostawiona sama sobie. Nie wie, co ma zrobić. Wejść do klasy i spojrzeć ludziom w oczy, czy uciec. Dopiero wtedy poczułam, jak bardzo jestem niedoświadczona. Zdałam sobie sprawę, że na tym rynku jestem trochę ponad rok i niewiele wiem o tym biznesie. A jednak mam wrażenie, że przez ten czas przeżyłam wszystko, co niektórzy artyści przeżywają przez kilkadziesiąt lat: od wielkiego sukcesu po ciężką porażkę.

GALA: Michał grał wówczas koncert w innym mieście i nie odbierał telefonów od ciebie.
MANDARYNA: Czułam się mocno osamotniona, ale między nami już wówczas nie układało się. Nie byłam zaskoczona. Dzisiaj mówi się, że Michał nie był już wtedy sam.

GALA: Media potraktowały cię wtedy brutalnie.
MANDARYNA: Na szczęście nie było aż tak brutalnie, jak się spodziewałam. Te artykuły nie brzmiały tak ostro, żebym musiała się zamknąć w domu i nie wychodzić. Gorsze było to, co przeżyłam w Sopocie. Mam już pewność, że komuś zależało na tym, by mnie skompromitować. Znam nazwisko tej osoby i przyjdzie taki czas, że wszystko opowiem. W swoim czasie. Bo uważam, że wszystko w życiu powinno być rozliczone.

GALA: Czegoś cię ten Sopot nauczył?
MANDARYNA: Myślę, że po takim doświadczeniu jestem już dużo dojrzalszą osobą. Nauczyłam się, że w ten zawód wpisana jest także krytyka. Wiem, że dziennikarze, pisząc o mnie złe rzeczy, chcą zadowolić swoich czytelników. I rozumiem to.

GALA: Znacie się z Michałem 12 lat. Jak bardzo zmieniliście się przez ten czas?
MANDARYNA: Myślę, że jesteśmy już całkiem innymi ludźmi. Ja przestałam być cichutką myszką Mandarynką, która chowa się za plecami swojego mężczyzny. I która cały czas poddaje się ocenom. Przestało mi to odpowiadać. Zdałam sobie sprawę, że nie muszę się bać własnych marzeń, pasji.

GALA: Może oboje byliście zbyt ambitni, by wytrwać w jednym domu?
MANDARYNA: Coś w tym jest. Ale znam wiele kobiet, które spełniają się zawodowo i ich mężom to nie przeszkadza.

GALA: Miałaś już dość bycia jedynie żoną swojego męża? i to właśnie stało się problemem?
MANDARYNA: Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie chyba nawet samej sobie. Powiem tylko, że kiedy nagrywałam pierwszą płytę, było super. Przy drugiej wszystko się skomplikowało. Dlaczego? Nie wiem.

GALA: A nie jest tak, że musiałaś stanąć przed wyborem: małżeństwo albo kariera? Nie jest tak, że uległaś naciskom firmy fonograficznej?
MANDARYNA: Małżeństwo albo kariera? Uważasz, że mężczyzna ma prawo stawiać kobietę przed takim wyborem? I dlaczego kobieta powinna takiego wyboru dokonać? Bo miłość jest jednak warunkowa? Będę cię kochał, ale... Mam swój rozum. I jeśli popełniam błędy, są to moje własne błędy. Oczywiście, słucham sugestii wytwórni płytowej. Tak jak i słuchałam rad Michała. Ale ostatecznie przecież zawsze ja odpowiadam za to, co robię. To moje wybory.

GALA: Konkurowaliście w domu?
MANDARYNA: Na pewno. Oboje jesteśmy ambitni i pracujemy w tej samej branży. Potrafię być samokrytyczna i nie boję się stwierdzić, że chciałam robić coś dla siebie, a nie tylko stać u boku Michała. Być może z tego rodziło się coś w rodzaju konkurencji. Być może w pewnych kwestiach powinnam była ustąpić. Nie wiem.

GALA: Michał był stroną dominującą?
MANDARYNA: Tak. Zresztą nigdy tego nie ukrywał. A ja to akceptowałam. Jestem kobietą, która potrzebuje silnego, męskiego ramienia, na którym może się wypłakać.

GALA: Przestało ci to odpowiadać?
MANDARYNA: Akceptuję dominację mężczyzny, ale powinnam mieć też możliwość samorealizacji, z prawem do sukcesu. Dla mnie związek polega na partnerstwie, na wspólnym szukaniu kompromisów. Bo nie jest tak, że jedna strona zawsze ma rację. Wcześniej mi to nie przeszkadzało, ponieważ nie było spraw, które firmowałabym własnym nazwiskiem. Istniałam w cieniu Michała i czułam się bezpiecznie. Zmiana nastąpiła, gdy postanowiłam zrobić coś na własny rachunek. Moje poczynania zawodowe zaczęły się przekładać na nasze życie prywatne. W pewnym momencie poczułam, że nie mam już w Michale oparcia.

GALA: Nie masz wrażenia, że jesteś trybikiem w show-biznesowej machinie? Że kiedy skończy się popyt na to, co robisz, od bossów z fonograficznego koncernu nie usłyszysz nawet dziękuję?
MANDARYNA: Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że każda płyta dla koncernu jest przede wszystkim produktem.

GALA: Produktem jest też często sam artysta.
MANDARYNA: Prawo rynku. Dopóki wierzysz w siebie, to nie problem. Produkt czy nie, chcę wykorzystać swoje pięć minut. I to nie tylko na scenie, ale przede wszystkim w życiu. Chcę kiedyś móc powiedzieć dzieciom: zrobiłam wszystko, żeby mieć pewność, że nie oddałam życia walkowerem.

GALA: Jak długo potrwa twoje pięć minut?
MANDARYNA: Nie wiem, jak długo będę śpiewać. Wiem, że z pewnością będę obchodzić trzydziestolecie swojej szkoły tańca. Tancerką jestem od dawna, wokalistką - od półtora roku. Taniec jest dla mnie numerem jeden.

GALA: A może kariera piosenkarki to pomyłka?
MANDARYNA: Ludzie chcą słuchać moich piosenek, ja uwielbiam je nagrywać i prezentować na koncertach. To integralna część mojego show.

GALA: Kariera wokalna dała ci finansową niezależność od Michała. To cię zmieniło?
MANDARYNA: Wielka satysfakcja płynie ze świadomości, że możesz utrzymać się za własne pieniądze. Ale w związku nie to jest najważniejsze, kto przynosi pieniądze do domu. Przez cztery lata taką osobą był Michał. Dlaczego to nie mogłoby się zmienić.

GALA: Dotarło już do ciebie, że zostałaś samotną matką?
MANDARYNA: Powoli to do mnie dociera. Choć nie, wolę myśleć o sobie, że jestem sama, ale nie samotna. Mieszkam z rodzicami, siostrą i dziećmi. Nie jestem samotna. Choć w pewnym sensie tak to się nazywa.

Rozmawiał Maciej Wesołowski



Źródło: GALA Nr 50/2005, od 12 do 18 grudnia

Jak podsłuchiwano Chopina, Bacha, Mozarta (Janusz Ekiert)

Janusz Ekiert, muzykolog, rozszyfrował intymne tajemnice twórców


 


Z Januszem Ekiertem rozmawia Bronisław Tumiłowicz

 Książka "Pochowam tu sekret" przynosi rozwiązania kilku zagadek życia uczuciowego znanych kompozytorów. Ile jest w niej fikcji, pańskiej fantazji, a ile faktów?

- W mojej książce, która jest w dużym stopniu formą fabularyzowaną, ponad 95% zamieszczonych dialogów to autentyczne myśli i słowa, które przetrwały w zapiskach pamiętnikarzy, w listach, notatnikach. Zmyślony jest tylko sen Chopina, ale cała reszta wypowiedzi postaci jest autentyczna. Połączyłem i zinterpretowałem fakty wydobyte na światło dzienne przez różnych badaczy. Wyciągałem wnioski z pewnych sytuacji i zachowań Mozarta, Beethovena, Chopina, Liszta, Wagnera i Ravela.

Pańską książkę czyta się szybciej niż zwykłą biografię.

- Biografia to kronika tysięcy faktów dotyczących życia twórcy, od kołyski do grobowej deski. Moje spojrzenie rzuca światło na charakter człowieka i osobowość. Dla przykładu w różnych biografiach Chopina jego romans z Konstancją Gładkowską był traktowany powierzchownie i naiwnie. Jedni pisali, że był zakochany, drudzy, że nie był. Tymczasem jedno i drugie nie jest prawdą. Uczuciom Chopina towarzyszyły przypływy i odpływy w zależności od sytuacji. A ich podłoże było bardziej skomplikowane, niż powszechnie sądzono.

Nie obawia się pan, iż zestawiając różne stare i nowe dokumenty, mógł popełnić błąd, fałszywie zinterpretować motywy działania ludzi z dalekiej przeszłości?

- Ryzyko błędu istnieje zawsze. Nie można niczego do końca być pewnym np. o motywach działania Chopina, bo i on sam nie znał siebie. Moja książka jest zaledwie próbą niedokończonej penetracji psychiki człowieka poprzez ujawnianie sprzeczności i niuansów składających się na wielostronny portret psychologiczny człowieka.

Czyżby biografowie mylili się np. w kwestii romansów Chopina?

- Do tej pory większość interpretowała np. powód zerwania Chopina z George Sand jako wynik pociągu do jej córki, Solange. Widzę to inaczej, choć pozory rzeczywiście na taki romans wskazywały. Sądzę, że powodem rozstania był raczej wybuch wściekłości samej George Sand. Ona ukrywała i tłumiła swoją zazdrość o córkę, bo uważała, że Chopin niszczy ich związek, ale nie mogła ujawniać zazdrości.

Skąd pan to wie?

- Biografia George Sand o tym świadczy Jej wybuchy zazdrości także w stosunku do innych mężczyzn były bardzo silne. Chopin w tym przypadku zachował się szlachetnie. Wspomagał nawet męża Solange. Gdyby to on był dziko zazdrosny, z pewnością nic takiego by nie zrobił. Mówienie o zazdrości Chopina o Solange jest więc nielogiczne. To zerwanie było spowodowane jego urażoną dumą, a nie zalotami.

Po cóż więc, mając jasność w kwestii uczuć do Solange, wymyślił pan sen kompozytora?

- Starałem się za jego pomocą sięgnąć głębiej w psychikę artysty. Wydawało mi się nie do pomyślenia, by Chopin swojemu największemu przyjacielowi, Tytusowi Wojciechowskiemu, w ogóle nie ujawnił romansu, nie powiedział, że jest zakochany. We śnie tłumaczy się on przed Tytusem, ale to nie jest zupełna fikcja, bo wstawiłem słowa z listów Chopina. Zmyślone są natomiast odpowiedzi Wojciechowskiego.

Jakie miał pan dowody na istnienie ambicjonalnych konfliktów kilkunastoletniego Jana Sebastiana Bacha z jego starszym bratem?

- O tych sprawach Bach dokładnie opowiedział swojemu synowi, Karlowi Filipowi Emanuelowi, który z kolei przekazał to we wspomnieniach. "Staremu" Bachowi nieporozumienia z bratem mocno utkwiły w pamięci i odtworzył je w opowieści.

Sądząc po rozszyfrowanych tajemnicach wielkich muzyków, żaden sekret nie stanowi dla pana problemu.

- Nie jest tak dobrze. Do dziś nie udało się ustalić, jaka choroba była powodem śmierci Mozarta w wieku 35 lat. Niektórzy podejrzewali otrucie, ale tego dziś nie da się dowieść. Jeden tylko człowiek mógł mieć powód, bo był sprawcą własnej tragedii rodzinnej. Hofdemel był schizofrenikiem i z zazdrości o swoją żonę targnął się na jej życie, a sam popełnił samobójstwo. Nikt inny nie miał takiego powodu. Tutaj drogą dedukcji dokonałem zwykłego śledztwa typu kryminalnego.

Nie Salieri, który też chyba zazdrościł Mozartowi?

- Nie. Zazdrość Salieriego zmyślił czeski reżyser Miłosz Forman w filmie "Amadeusz" i zrobił to genialnie. Jego fikcja okazała się w sumie bardziej prawdziwa i przekonująca od innych prób rekonstrukcji opartych na dokumentach. Stworzył doskonały film, w którym np. Salieri spisuje "Requiem" przy umierającym Mozarcie. To jednak całkowicie wymyślone. Oczywiście była rywalizacja między twórcami operowymi, tym silniejsza, że w owym czasie Włosi mieli w Wiedniu monopol na operę. Tępili więc konkurentów, ale nie musieli ich truć. Nie opłacało się im tak bardzo narażać.

Wiec co pan ustalił w przypadku Mozarta?

- Sprawę nie mniej ważną i sensacyjną od powodów śmierci. Dlaczego żona Mozarta. Konstancja, i jego synowie nie tylko nie byli na pogrzebie ojca, ale przez 17 lat nie zostali nawet poinformowani, gdzie jest pochowany. Chodziło mianowicie o krążące po Wiedniu plotki o skandalicznym romansie Mozarta z zamężną kobietą, co stało się przyczyną wspomnianej już tragedii. Pani Hofdemel była uczennicą Mozarta - może była kokietką, może nawet kochała kompozytora, ale prawdopodobnie w ówczesnych warunkach do niczego nie doszło. To tylko chory psychicznie mąż podejrzewał, że zaszła z Mozartem w ciążę. Hofdemel obserwował żonę, jej dbałość o ubiór, gdy miała się spotkać ze swoim nauczycielem, i chora wyobraźnia podpowiadała mu, że jest zdradzany. Magdalena Hofdemel była kobietą inteligentną i nie kryła podziwu dla muzyka, lepiej bowiem niż inni zdawała sobie sprawę, że był to autentyczny geniusz.
Doszło do tragedii, która stała się powodem licznych plotek. Stolica huczała od nich, jeszcze 50 lat później pikantna historia stała się kanwą pewnej operetki. Rodzina sfałszowała nawet datę samobójczej śmierci Hofdemela, aby ukryć jakąkolwiek zbieżność z dniem śmierci Mozarta. W żadnej biografii Mozarta o tym jednak nie napisano.

Ustalił pan też, kto był tajemniczą miłością Ludwika van Beethovena.

- Zrobił to właściwie amerykański muzykolog Solomon, który udowodnił, że portret spoczywający w szufladzie należał do Antonii Brentano, bo znajdujące się w zapiskach kompozytora litery T są zdrobnieniem od Antonii - Tonia. Dotąd badacze tego nie wiedzieli.

Biografie wielu innych kompozytorów zawierają, podobne historie. Renesansowy twórca Gesualdo da Venosa zamordował niewierną żonę i jej kochanka. Kochanka Debuss'ego strzelała do siebie, aby kompozytor jej nie opuścił. Czajkowski był szantażowany z powodu skłonności homoseksualnych. Będzie pan kontynuował tropienie pikanterii romansowych wielkich twórców?

- Nie. Na razie ograniczyłem się do tych ludzi, których w jakimś sensie poznałem głębiej dzięki pracy przy tworzeniu programów telewizyjnych. Tropiąc sentymentalne ślady, przybliżyłem się do ich psychiki i osobowości. Książkę uzupełniają natomiast eseje o kilku innych muzykach: Griegu, Skriabinie, Sibeliusie i Mahlerze. Odwiedziłem ich miejsca urodzenia, domy, w których mieszkali i tworzyli. Nie chciałem zmarnować takich "wizji lokalnych".

Rozmawiał Bronisław Tumiłowicz



JANUSZ EKIERT napisał m.in. "Pejzaże z fetyszem", "Bilet do raju", "Lustro epoki", jest autorem encyklopedii "Bliżej muzyki" oraz tysięcy recenzji, esejów i audycji radiowych. Jako główny ekspert muzyczny występuje w telewizyjnej "Wielkiej grze". Był też twórcą i prezenterem telewizyjnych programów muzycznych oraz korespondentem muzycznym prasy zagranicznej. Jego żoną jest wybitna pianistka, Lidia Grychtołówna.



Pochowam tu sekret to książka o tajemnicach i zatartych śladach, ujawnionych przez badaczy dopiero w ostatnich latach. Mozart urodził się z deformacją mózgu. Liszt był agentem wywiadu. Kim była 'nieśmiertelna ukochana' Beethovena? Jedyna z upragnionych przez niego kobiet, która zechciała, by zostali kochankami. Na czym polegała 'zagadka seksualna' Ravela? Ludzie, których podziwiamy, ich zachowanie w różnych sytuacjach, ich muzyka. Galeria portretu psychologicznego. Rekonstrukcja zdarzeń splata się z podróżami do klasztoru kartuzów na Majorce i do dworu w Nohant, do Willi Urojonego Spokoju Wagnera. Wydobyta na światło dzienne prawda zbiega się z wizytami w mieszkaniach Mozarta i Chopina, w pokojach Liszta, Ravela, Mahlera.





Przegląd 6 lutego 2005

Edyta w potrzasku (Piotr Krysiak o Edycie Górniak)

Kurek od gazu odkręcony, okno zamknięte, Edyta płacze, trzęsie się,
podbiega do okna i próbuje przez nie skakać....




Bogdana Gadomskiego rozmowa z Piotrem Krysiakiem




Piotr Krysiak, lat 27, Panna, dziennikarz śledczy zajmujący się w latach 1998-2004 tematyką kryminalną i śledczą zarówno w prasie, jak i w telewizji. Pomysłodawca i organizator koncertu polskich artystów na kijowskim "Majdanie" podczas "pomarańczowej rewolucji" na Ukrainie w ub. roku. Niespodziewanie dziennikarz zmienił zainteresowania i... napisał książkę "Edyta Górniak: Bez cenzury", w której - jak twierdzi - precyzyjnie i obiektywnie przedstawił prawdziwe oblicze najsławniejszej polskiej piosenkarki, jakiego nie znali ani jej fani, ani przeciwnicy.

- Był pan jednym z licznych narzeczonych Edyty Górniak?
- Oczywiście, że nie! Skąd taki pomysł?!

- Przyznał pan w książce, że zafascynowała go już w 1994 roku...
- Jak większość Polaków, byłem pod wrażeniem jej występów.

- Co wtedy przyciągało pana do Edyty, co w niej było interesującego?
- To piękna i atrakcyjna kobieta, obdarzona wspaniałym głosem. Poza tym, do pewnego momentu przebieg jej kariery był imponujący. W ciągu czterech lat z ubogiej dziewczyny mieszkającej na prowincji stała się gwiazdą numer 1 w Polsce.

- Oczywiście w tamtym czasie nie wiedział pan, jaka jest naprawdę, do czego jest zdolna, w jaki sposób traktuje ludzi?
- Nie tylko ja nie wiedziałem. Niemal wszyscy, z którymi rozmawiałem, twierdzą, że Edyta przy pierwszym kontakcie jest ujmująca, l prawie zawsze wzbudza współczucie. A potem przychodzi moment, że - jak mówi w mojej książce jeden z jej byłych narzeczonych - "wyciska ludzi jak cytrynę i porzuca".

- Jak pan sadzi, co spowodowało, że Edyta traktuje ludzi jak zabawki, że nimi manipuluje, okłamuje, zdradza...?
- Myślę, że Górniak w relacjach z ludźmi tak naprawdę boi się bliskości, co może wynikać z trudnego dzieciństwa. Najpierw się mocno otwiera na ludzi, a potem nagle zamyka w swojej skorupce.

- Dlaczego jej znajomi i przyjaciele godzili się na to?
- Edyta, przy wszystkich swoich wadach, potrafi być sympatyczna. Jeden z muzyków pracujących z nią w studiu wspomina, jak po kilkunastu godzinach nagrań padał na twarz. Miał spocone ubranie, był głodny. Edyta to zauważyła i nagle wybiegła ze studia. Po kilkunastu minutach wróciła z podarunkiem dla swego muzyka. Była to nowa koszula, prosto ze sklepu. Takich historii opisuję w książce bardzo wiele.

- A kochankowie?
- Ich też potrafi ująć. Kupują historie, które im opowiada. Przedstawia się w nich jako wrażliwa, nieradząca sobie z życiem dziewczyna, którą w dodatku wszyscy krzywdzą. A potem, nie wiadomo kiedy, z partnerów stają się jej lokajami, kierowcami, asystentami.

- A może ona po prostu nie miała szczęścia do ludzi i dlatego tak się zachowywała?
- Może i tak. Ale w co najmniej równym stopniu ludzie nie mieli szczęścia do niej!

- Przyznał się pan, że ta książka narodziła się z tysiąca pytań, jakie zadawał pan sobie, obserwując jej życie i karierę. Na ile z nich znalazł pan odpowiedzi?
- Pisząc tę książkę, rozmawiałem z dziesiątkami ludzi, którzy byli lub są blisko niej. Z tych opowieści wyłaniał się dość spójny obraz Edyty Górniak, który starałem się w swej książce przedstawić. To, na ile pytań udało mi się odpowiedzieć, pozostawiam ocenie czytelników.

- Próba samobójstwa w mieszkaniu Roberta Kozyry była sfingowana?
- Na pewno była to próba zwrócenia na siebie uwagi. Fakty mówią za siebie: gdy przyjechało pogotowie, nagle oprzytomniała. W szpitalu nie pozwoliła sobie zrobić płukania żołądka. Po kilku godzinach była już w domu, a następnego dnia poleciała do Anglii, żeby nagrywać kolejną piosenkę!

- Musiała jednak kochać szefa Radia Zet, skoro chciała się przez niego otruć?
- Zażywając jedną tabletkę?

- Ma pan rację, trudno odebrać sobie życie jedną tabletką. Zatem była to czysta manipulacja wobec bliskiego człowieka?
- Moim zdaniem - manipulacja.

- Kolejna próba samobójcza też była zaaranżowana?
- Być może był to taki podświadomy szantaż emocjonalny. Próba ratowania związku.

- A jednak Górniak stała nad palnikiem kuchenki gazowej, a kurek naprawdę był odkręcony...
- Kurek odkręcony, okno zamknięte. Edyta płacze, trzęsie się. Na widok przyjaciół wpadających do mieszkania, podbiega do okna i próbuje przez nie skakać. Sparaliżowany Kozyra nie wiedział, co robić. Artur Iwan krzyczał coś bezładnie, Chris Neil nawet nie próbował kryć histerii. "Trzeba jej zrobić zastrzyk! Czy ktoś zna jakiegoś dyskretnego lekarza!?" - krzyczał po angielsku. W końcu obyło się bez wzywania karetki, tylko Edyta tulona przez Neila pytała, czy jest normalna. Pomocna okazała się herbatka rumiankowa.

- Co na to wszystko ukochany Robert Kozyra?
- Zapisał się do jednego ze słynnych polskich psychoterapeutów i razem z nim szukał wyjścia z sytuacji. Doszli do wniosku, że Edyta musi się od niego jak najszybciej wyprowadzić.

- Kto właściwie miał fatalny wpływ na drugą osobę: histeryczna Górniak czy zimny, bezwzględny Kozyra?
- Nie wydaje mi się, żeby Kozyra był zimny i bezwzględny. Przeciwnie: bardzo dbał o Edytę. Decyzja o zakończeniu związku bardzo wiele go kosztowała i była podejmowana bardzo długo. Mimo jednoznacznych rad przyjaciół i pychoterapeuty!

- Ten toksyczny związek Edyty Górniak opisuje pan najbardziej szczegółowo, czyżby Piotr Gembarowski, Piotr Kraśko, Robert Janowski, Andrzej Kubicki, Dariusz Kordek, Chris Neil, Adam Sztaba, Stanisław Tyczyński, Artur Iwan, Paul Wilson, sprzedawca w barze z kanapkami nie chcieli ujawnić pikantnych szczegółów?
- W przypadku Tyczyńskiego i Iwana nie można mówić o związkach. A stopień opisywania pozostałych historii wyznaczyła poniekąd sama Edyta Górniak. Uznałem, że powinienem napisać o zdarzeniach, o których ona sama opowiadała w wywiadach, tyle że w prawdziwej, zweryfikowanej wersji. Niemal wszystkich swych byłych partnerów Edyta obrzucała w prasie błotem, ale nie wszystkich w równym stopniu. Tak się składa, że najwięcej dostało się Kozyrze i stąd mój wybór.

- Dlaczego zmienia przyjaciół jak rękawiczki?
- Bo Edyta żąda od nich bezwzględnej lojalności, akceptacji, wręcz uwielbienia. Nie wszyscy to wytrzymują. A gdy mają jakiekolwiek, nawet minimalne wahania, natychmiast znikają z kalendarza gwiazdy!

- Edyta w wywiadach, bardzo precyzyjnie wystylizowanych, robi wrażenie osoby błyskotliwej, a tymczasem pan pisze, że jest kobietą powierzchowną, płytką, banalną, bez najmniejszych zainteresowań, że niczego nie czyta, nie chodzi do teatru, do kina, za to kilkadziesiąt razy ogląda na DVD film "Selena" z Jennifer Lopez, zalewając się łzami. To o czym ona rozmawiała z tak inteligentnymi facetami jak Krasko czy Gembarowski?
- Tak naprawdę, ci inteligentni faceci nigdy nie szukali w niej partnerki do rozmów o filmach czy sztuce. Raczej widzieli w niej bezbronne dziecko, które wymaga opieki.

- Czy jako piosenkarka jest osobowością, czy tylko kopią Whitney Houston, Marian Carrey i Celinę Dion?
- Edyta to bez wątpienia jeden z największych talentów w historii polskiej muzyki rozrywkowej. Już podczas prób do "Metra", była traktowana wyjątkowo. Gdy kiedyś postanowiła opuścić musical, jego twórca Wiktor Kubiak powtarzał spanikowany, że "Metro" bez Górniak to katastrofa. Wiceszef amerykańskiego EMI Evan Lamberg powiedział o niej kiedyś: "Jest piękna, zdolna, a nawet wybitna". Problem w tym, że zaraz dodał: "W Ameryce jest wielu wybitnych artystów".

- Czy dlatego włodarze show-biznesu w Ameryce i w zachodniej Europie nie byli nią zainteresowani?
- Byli zainteresowani, wiązali z nią nawet wielkie nadzieje. Niestety, posiadającej wybitny głos Edycie nie udało się nigdy nagrać wybitnej anglojęzycznej płyty, ani nawet wypromować przeboju. Dlatego po ostatniej międzynarodowej płycie EMI zerwał z nią kontrakt.

- Jaką rolę w karierze Edyty Górniak odegrał Wiktor Kubiak, producent z Londynu?
- Największą i najważniejszą. Choć Edyta często narzekała na jego charakter, to przy nim odnosiła największe sukcesy.

- A gdyby nie spotkała go na swojej drodze?
- Pewnie skończyłaby technikum pszczelarsko-ogrodnicze pod Opolem, w którym się uczyła, a które dla "Metra" musiała porzucić. Wyszłaby za mąż, miała gromadkę dzieci i była kolejnym zmarnowanym talentem muzycznym. W najlepszym razie startowałaby do eliminacji "Idola" lub "Szansy na sukces".

- Jakie są obecne relacje między nimi?
- Od 16 marca 1998 roku żadne. Porozumiewają się przez prawników.

- Czy kontrakt, który podpisała z Kubiakiem, zniszczy do końca jej karierę?
- To zależy od decyzji sądu. Kubiak utrzymuje, że bez jego zgody Edyta nie może wydać żadnej płyty.

- Dlaczego nie ma ona prawa zerwać tego kontraktu?
- Tak skonstruował go Kubiak. Umowa traci moc po wydaniu sześciu płyt, a Edyta wydała tylko trzy.

- Czy nie ma już szans na zaistnienie w świecie?
- Jeśli wielkie wytwórnie zerwały kontrakt z Geri Halliwell, która sprzedała prawie 3 min swoich płyt, trudno żeby specjalnie przejmowały się karierą piosenkarki z Polski, której ostatni krążek kupiło 12 tyś. osób...

- Teraz jej menedżerem jest Dariusz Krupa. Sądzi pan, że ten gitarzysta, a prywatnie konkubent Edyty, zdoła przywrócić jej wysoką pozycję w show-biznesie?
- Nie sądzę. To dobry gitarzysta, ale to za mało.

- Dlaczego Edyta nie bierze z nim ślubu?
- Bierze. Zamówiła już nawet suknię!

- Edyta miała kilka kont w Polsce i za granicą, tylko pierwsza płyta przyniosła jej pół miliona dolarów, a reklamy drugie tyle, w takim razie, gdzie podziały się te pieniądze?
- Pieniądze się jej nigdy nie trzymały. Jeden z jej znajomych wspomina w mojej książce, jak po torebce Edyty walały się bezładnie pogniecione dwustuzłotowe banknoty. Nigdy nie potrafiła kontrolować swoich wydatków i na niczym nie oszczędzała.

- Ale kupiła willę w Portugalii...
- Nie willę - lecz mały apartament (80 m kw.) w szeregowej zabudowie na strzeżonym osiedlu.

- A co z willą w Milanówku?
- Domek nie należy do niej. Właścicielem jest ojciec jej narzeczonego. To rzeczywiście niezwykłe, ale ona zawsze wolała mieszkać u partnerów, przyjaciół, ewentualnie w hotelach. Kiedyś, gdy namówiono ją na zakup domu, szybko go sprzedała. Mówiła: "Ciągle jeżdżę po świecie. Kto będzie zbierał kurz w moim mieszkaniu?".

- Czyżby była na utrzymaniu konkubenta?
- Coś w tym jest, choć Edyta ma jakieś dochody. Ostatnio zagrała w telewizyjnej reklamie wody mineralnej "Cisowianka".

- Ale przecież założyła teraz własną firmę "E.G.Production"?
- To akurat o niczym nie świadczy. Założenie firmy kosztuje 300 złotych.

- Wciąż nie ukazuje się nowa płyta. Czy to Kubiak ją blokuje?
- Trudno mówić o blokowaniu, skoro - z tego, co wiem - piosenkarka jej jeszcze nie nagrała. Jedynie singiel. Nie zmienia to faktu, że Kubiak może być dla niej problemem. Już zapowiada, że z pomocą sądu uniemożliwi ukazanie się płyty.

- I może to zrobić?
- Wiele wskazuje na to, że tak.

- Czyli gwiazda znalazła się w potrzasku?
- Tak, i to na własne życzenie. Przecież sama podpisała kontraktl

- Gdzie może dalej dojść bohaterka pana książki?
- Życzę jej, żeby wróciła na szczyt. Być może zadzwoni do Kubiaka, pogodzi się z nim, a ten znajdzie jej świetnych producentów, dzięki którym nagra album na miarę debiutanckiego "Dotyku". Ale może też być inaczej. Jeden z tekstów na łamach "Polityki" nosił tytuł "Violetta Górniak". To chyba wszystko tłumaczy. Jedno jest pewne - tak czy inaczej, z łamów prasy prędko nie zniknie.

- Napisał pan "całą prawdę" o Górniak bez... Górniak. A może próbował się pan z nią kontaktować w czasie zbierania materiałów?
- Już pięć lat temu chciałem napisać książkę wspólnie z nią. Prowokowałem kilka rozmów, jednak do dzisiaj pani Edyta nie powiedziała ani "tak", ani "nie".

- Już telefonowała do pana i groziła procesem?
- Zna mój numer, ale nie dzwoniła.





Rozmawiał: BOHDAN GADOMSKI ANGORA nr 23 Maj 2005
Zdjęcie: SŁAWOMIR KAMIŃSKI
PS Edyta Górniak nie chce komentować rewelacji zawartych w książce Piotra Krysiaka. Jak powiedziała "Rewii" - sama kończy pisać autobiografię.

Chodź, pomaluj mój świat (Elżbieta Dmoch)


Elżbieta Dmoch wraz z Januszem Krukiem założyła zespół Dwa Plus Jeden,
w którym występowała przez 20 lat.
Dziś podobno chodzi po śmietnikach, nie płaci za elektryczność,
więc wyłączono jej prąd.




Bogdana Gadomskiego rozmowa z Piotrem Krysiakiem



 Przez długie lata w świetle jupiterów. W jednym zespole i z jednym partnerem. Muzycznym, estradowym i prywatnym. Miała bodaj wszystko, o czym może marzyć młoda kobieta. Los jej jednak nie oszczędził. Rozpad zespołu oznaczał dla niej koniec kariery, popularności. A także małżeństwa. Straciła przyjaciela. I... sens życia.

Z Januszem Krukiem poznali się jeszcze, kiedy on prowadził zespół Warszawskie Kuranty. Jak wspominają dziś ich znajomi, od razu zakochał się w Eli. Była piękna. Wysoka, zgrabna, bardzo atrakcyjna, l zdolna. Porzucił rodzinę, córkę. Założyli własny zespół. Dwa Plus Jeden. Później dołączył do nich Cezary Ślązak.

Najpierw z Januszem wynajmowali mieszkania. Potem mieli już własny dom. Na warszawskiej Sadybie. Dom i warsztat pracy w jednym. Janusz Kruk miał tam bowiem swoje studio. Byli kochającą się parą. Dużo koncertowali. Ale i się bawili! Mąż Elżbiety był nie tylko zdolnym kompozytorem, muzykiem, ale także bardzo towarzyskim człowiekiem. Kochał żonę, ale i życie. I starał się z niego czerpać garściami. Nie zwolnił tempa, nawet gdy okazało się, że jest poważnie chory na serce. Leczył się i... dalej szalał.

W 1990 roku, podczas trasy koncertowej po USA, nagle zasłabł na estradzie. Nazajutrz czuł się już lepiej, ale widać musiał się mocno przestraszyć, gdyż zdecydował, że odchodzi z zespołu. Chciał się zaszyć w domu, miał ponoć napisać sztukę. Dla Elżbiety był to koniec. Rozpadł się bowiem nie tylko zespół, ale i jej małżeństwo. Janusz Kruk ponownie się ożenił, miał dwóch synów. Zdaniem ich wspólnych znajomych, ciągle jednak byli przyjaciółmi. Wspólnie występowali na scenie. Prawdziwy dramat nastąpił 18 czerwca 1992 roku. Janusz zmarł. Miał niecałe 46 lat.

Po jego śmieci Elżbieta Dmoch zupełnie zniknęła. Zamknęła się w domu, ból przeżywała w samotności. Nie wiedziała, co ma robić, jak żyć. Nie chciała pomocy, wolała izolację. - Kiedy występowali, koncertowali, nie przyjaźnili się z nikim z wykonawców - mówi pragnący zachować anonimowość znajomy Eli. - Byli bardzo hermetyczni. Czasem tylko odbywały się imprezy w ich domu.
- Janusz był bardzo rozrywkowym facetem - opowiada Maria Szabłowska, dziennikarka Polskiego Radia, współautorka programu telewizyjnego "Dozwolone od lat 40".
Przyjaźniliśmy się. Ale faktycznie, u nich w domu nie bywały koleżanki z estrady. Jako jedyny z tej branży pojawiał się Janek Borysewicz z ówczesną żoną.

Zdaniem Marii Szabłowskiej, Elżbieta Dmoch miała doskonałe warunki jako artystka - Była nie tylko piękna, zdolna, muzykalna, ale miała obok siebie utalentowanego muzyka. Poza tym miała szczęście do menedżera, bowiem Janek Szewczyk wszystko załatwiał. Dzięki temu tak naprawdę nie znała tej drugiej, drapieżnej strony show-biznesu. Świetnie się ubierała. Lecz trudno się temu dziwić, bowiem stroje szykowała jej Grażyna Hasse. Przyjaźniły się. Na scenie była żywiołowa, dynamiczna.

- Była znakomitą wokalistką, bardzo pracowitą
- wspomina znany dziennikarz muzyczny. - Nieco rozkapryszoną, ale dążącą do stworzenia produktu najwyższej jakości. Zresztą ich piosenki przetrwały próbę czasu.

W opinii niektórych znajomych, Ela była osoba skrytą, zamknietą zwłaszcza na nowe znajomości. -Nigdy jednak nie epatowała swoja popularnością - mówią. - Kiedy chcielismy czasem dowiedziec się czegos wiecej o jej zyciu zawodowym musieliśmy ją do tego długo namawiać.
- Skryta? - zastanawia się Marek Dutkiewicz, autor tekstów do wielu przebojów Dwa Plus Jeden, między innymi "Wstawaj, szkoda dnia", "Chodź, pomaluj mój świat" i "Windą do nieba". - Nigdy tego nie zauważyłem. Ale może nie zwracałem na to uwagi. Przyjaźniłem się z Januszem. A on był cudownie szalony. Jak mógł, wymykał się z domu. Ale jemu była potrzebna dyscyplina, zwłaszcza w pracy. Byli udanym małżeństwem. Dopełniali się. l w życiu, i na scenie. Ela go stymulowała do pracy. Była osobą bardzo ambitną.
- Tworzyli dobry związek - dodaje Maria Szabłowska. - Dbała o niego, dbała o dom.

Nie mieli jednak dzieci. A jak przyznają wszyscy znajomi, właśnie dziecka najbardziej brakowało w ich domu na Sadybie. Mieli za to psa. Ukochanego Klaudiusza. Dalmatyńczyka. - Klaudi był bardzo ważną "osobą" w ich życiu - mówią zgodnie. - Nie wszystkich akceptował. Był nieprzewidywalny. A w niej musiało się coś kumulować. o czym nikt nie wiedział. A po rozstaniu z grupą, z mężem, to wszystko eksplodowało. Wyszło na zewnątrz.

- Rozstanie z zespołem i rozwód z Januszem, to był dla niej ogromny szok
- mówi Maria Szabłowska. - Bardzo przeżyła odejście z domu. Mieli też problemy z jego sprzedażą. Poza tym wiele stracili, gdyż były to czasy reformy Balcerowicza i pieniądze bardzo szybko traciły na wartości. Wystarczyło jej tylko na kupno skromnego mieszkania na Saskiej Kępie. A potem dobiła ją jego śmierć. Musiała radzić sobie ze sprawami spadkowymi, co wcale nie było łatwe. W sumie - pozostała jakby sama sobie. Tak jednak wybrała, to była jej decyzja.

Elżbieta zupełnie zamknęła się w sobie. Zaczęła żyć własnym życiem. W samotności. Ci, którzy gdzieś ją widywali, mówili, że jest zaniedbana, jakby zupełnie nieobecna. Nie pracowała, żyła ponoć z oszczędności. Pojawiały się głosy, że widziano ją, jak chodzi po śmietnikach, że nie płaci w domu za elektryczność i wyłączono jej prąd.

- Nigdy nie płaciła składek ZUS - dodaje Maria Szabłowska. - Grono przyjaciół pomogło jej potem, zbierając pieniądze i uzupełniając braki. Ona tego nie chciała dzięki temu otrzymała przynajmniej minimalną rentę. Namawialiśmy, by zapisała się do Stowarzyszenia Polskich Artystów Wykonawców Muzyki Rozrywkowej, którym kieruje Irena Santor. Ona jednak niczego nie chciała podpisywać. A tak miałaby od nich jakieś pieniądze na życie. Nie chciała żadnej pomocy. Od nikogo. A sytuację materialną miała bardzo złą.

Przez kolejne lata Elżbieta Dmoch miała coraz mniejszy kontakt z dawnymi przyjaciółmi. Czasem w ogóle go nie miała. Kiedy zdechł jej ukochany Klaudi, zamknęła się w mieszkaniu i w ogóle nie wychodziła. Dopiero sąsiedzi zareagowali, kiedy poczuli dziwny zapach, Przyjechało pogotowie. Lekarze zabrali ją na leczenie. Kuracja trwała jakiś czas. Kiedy wróciła, zdaniem znajomych, była w świetnej formie. A kiedy ze Stanów Zjednoczonych przyjechał Cezary Ślązak, dawny kolega z zespołu, i w jednym z wywiadów powiedział, że chętnie by z nią zaśpiewał, postanowiła zaryzykować.  - Zadzwoniła do mnie do radia 15 sierpnia - wspomina redaktor Szabłowska. - Od razu poznałam ją po głosie. Zapytała, czy dziś nie są aby moje imieniny. Powiedziałam, że nie, ja jestem grudniowa Maria, a ona stwierdziła, że chętnie wróciłaby na estradę. Poszłyśmy do Niny Terentiew, szefowej telewizyjnej "Dwójki". Ustaliły, że wystąpi na jesiennym Pikniku Dwójki w Gnieźnie, l tak też się stało. Bardzo się tego obawiała, to miał być dla niej taki lakmusowy papierek. Ale widownia wspaniale ją przyjęła. Zwariowała przy ich piosenkach. Szalała. Ela była zachwycona, cieszyła się. Wydawało się, że odzyskaliśmy ją już na dobre.

Później Elżbieta Dmoch gościła w radiu. Wystąpiła też z Czarkiem Ślązakiem, Michałem Królem i Dariuszem Sygitowiczem w bardzo udanym koncercie w Sali Kongresowej. Wzięła ponadto udział w nagrywanym w Gdańsku programie Marii Szabłowskiej i Krzysztofa Szewczyka "Dozwolone od lat 40".
- Była w znakomitej formie - opowiada Maria Szabłowska. - A przydarzyła się nam wtedy rzecz straszna, i to jedyny raz, właśnie wtedy. Z jednej kamery nic się nie nagrało. Bałam się jej to powiedzieć. Ale ona w ogóle się nie zdenerwowała. Nagraliśmy jeszcze raz i była świetna. Chciała dalej występować. Niestety. Potem znowu zniknęła.
- Robiłem zdjęcia różnych gwiazd na okładki kolorowych czasopism
- mówi Marek Nelken, znany warszawski fotograf. - Poproszono mnie, abym zrobił fotki zespołu Dwa Plus Jeden, w tym Eli Dmoch. To był bodaj 1998 rok. Przyjechała do mnie do studia z byłym gitarzystą z zespołu. To miał być jej powrót na scenę.

Marek Nelken przyznaje, że kiedy zjawiła się w studiu, wyglądała dość biednie. - Ubrana była w skromny płaszczyk, na pewno nie miała na sobie nowych rzeczy. Załatwiliśmy jej stylistkę i nowe ubrania. Podczas sesji zachowywała się normalnie, mówiła coś o Januszu Kruku. Nie emanowała jednak z niej energia, jak z innych gwiazd. Była w istocie zamknięta, jakby zgaszona, zupełnie nieobecna. Miała smutne oczy. Robiła wrażenie, że w ogóle jej na tym nie zależy. Trudno było coś z niej wydobyć.

Kiedy zdjęcia Eli ukazały się w prasie, coraz częściej mówiło się o reaktywacji zespołu. Wtedy też kolejne pisma chciały publikować zdjęcia popularnej przed laty wokalistki.

- Wydzwaniałem do niej wiele razy - opowiada Marek Nelken. - Ale ona dziwnie się zachowywała. Nie miała czasu, rozłączała się, twierdząc wcześniej, że ma rozładowany telefon. Takie podchody trwały dosyć długo. W końcu się umówiliśmy. W Ogrodzie Saskim. Pamiętam jak dziś. To był pochmurny, jesienny dzień. Spóźniła się dwie godziny. Ubrana w ten sam skromniutki płaszczyk. Zaproponowałem, aby usiadła na ławce. Zrobiła to, ale po chwili nagle wstała. Powiedziała, że to nie ma sensu. Odwróciła się i... odeszła. Zrobiłem jej wtedy zdjęcie, jak odchodzi. Ukazało się w jednej z gazet. Próbowałem się później z nią skontaktować, aby autoryzować fotkę. Nic z tego jednak nie wyszło.

- Po śmierci Janusza nie miałem z nią żadnego kontaktu
- tłumaczy Marek Dutkiewicz. - Kilka lat mieszkałem za granicą. Mam raczej niedosyt co do osoby Janusza Kruka. Stał się muzykiem zupełnie zapomnianym.

Kilka lat temu zespół Dwa Plus Jeden wrócił na estradę. Ale bez Eli. Ze starego składu pozostał jedynie Cezary Ślązak. A menedżerem, jak przed laty, jest Jan Szewczyk. - Elżbieta zrezygnowała z występów ze względu na stan zdrowia - wyjaśnia. - I nic więcej w jej sprawie nie mam do powiedzenia - kończy naszą rozmowę.

- Nie wiem,co teraz się z nią dzieje - mówi Maria Szabłowska. - Kilka lat temu sprzedała mieszkanie na Saskiej Kępie i kupiła dom. Jakąś chałupę. Gdzieś na wsi, pod Warszawą. Ale tam chyba nikt u niej nie był. Czasem bywa jedynie u matki.

- Nie widziałem jej ponad dwa lata
- stwierdza Witold Pograniczny, dziennikarz radiowy, przed laty przyjaciel domu Eli i Janusza. - W czerwcu 2002 roku zorganizowałem nabożeństwo ku pamięci Janusza Kruka. Przyszło mnóstwo osób. Ernest Bryll, Jacek Cygan. Piękne kazanie wygłosił ks. Wiesław Niewęgłowski, a zagrał Cezary Ślązak. Ona też była. Potem zrobiliśmy spotkanie w pubie. Piwo było w cenie promocyjnej, więc śmialiśmy się, że Janusz z zaświatów o nas zadbał. Po godzinie Ela wyszła. Jak inni. Dziś wszyscy ciągle się gdzieś spieszą.

Napotkani na ulicy ludzie dobrze ją pamiętają. - Oczywiście - mówi kobieta w średnim wieku. - Piękna była i pięknie śpiewała. Grała nawet na flecie.

Podobnie mówią i inni. Nikt jednak nie wie, co stało się z gwiazdą estrady sprzed lat. Co dzisiaj robi, jak żyje.

Niestety, grono znajomych i przyjaciół nie wie nic więcej. - Ela wybrała samotność i nikt nie próbował tego zmienić - mówią. - Nikt nie odważył się przyjść i pomalować jej świat na żółto i na niebiesko.

- Mogła na scenie jeszcze tak dużo osiągnąć
- zauważa Maria Szabłowska. - Wtedy, w Gnieźnie, utwierdziła mnie, że ich piosenki są tak żywe, że gdyby chciała, wróciłaby w wielkim stylu. Ale ona musi chcieć. A ona nawet nie mówi, że nie jest gotowa. Czy kiedyś będzie...?

Jak mówią znajomi, niby jest taka sama, ale jakby przebywała w innym świecie. A do tego świata bardzo trudno wejść. Zresztą ona nie chce tam wpuścić nikogo.





TOMASZ GAWIŃSKI, ANGORA nr 42/2004

Nieśmiały geniusz (Adrian Kossowski)


Andrzej Markowski

 Najlepszy wśród równych pierwszą pracę magisterską obronił w wieku 18 lat.

- Nie chcę wyjeżdżać za granicę. Najchętniej zostałbym na Politechnice Gdańskiej. I zrobił doktorat, jak się uda, oczywiście. Zajmuję się teorią grafów. To dosyć przyjemne zagadnienie. Do pracy nie potrzebuję nawet komputera. Wystarczy kartka, ołówek i mogę robić to, co lubię najbardziej - mówi nieśmiało Adrian Kossowski, zwycięzca ogólnopolskiego konkursu "Primus Inter Pares", którego organizatorem jest Zrzeszenie Studentów Polskich.

Najlepszy wśród równych zajmuje się pracą na pograniczu informatyki i matematyki. Gdy miał 13 lat, zdał maturę. A pięć lat później obronił pracę magisterską na Politechnice Gdańskiej, na Wydziale Elektroniki, Telekomunikacji i Informatyki. Teraz studiuje na Uniwersytecie Gdańskim, na Wydziale Matematyki, Fizyki i Informatyki. Łączy dwa kierunki: matematykę teoretyczną i fizykę, a średnia jego ocen nigdy nie schodzi poniżej 5,0.

Ale nie jest zwyczajnym ścisłym umysłem. Zna doskonale angielski i niemiecki. A poza poważnymi pracami naukowymi docenianymi na całym świecie, zdarzało mu się też pisać wiersze i eseje. - Nie chcę odpowiadać na pytania, czy jestem specjalnie zdolny - protestuje z wypiekami na twarzy Kossowski, który najwyraźniej nie lubi, gdy jest wokół niego tyle zamieszania. Choć o jego osiągnięciach można by jeszcze długo mówić. Tłumaczył już książki naukowe na język angielski, jest redaktorem międzynarodowych portali edukacyjnych i popularnonaukowych, był laureatem wielu zagranicznych stypendiów. Oprócz tego pracuje w organizacjach studenckich. Założył Koło Naukowe "Sfera" skupiające miłośników informatyki. Jest też członkiem Koła Naukowego Studentów Politechniki Gdańskiej "Ekologia, Budownictwo i Inżynieria Środowiska".

W tym roku w konkursie "Primus Inter Pares" wzięło udział ponad 3 tys. studentów z ponad stu uczelni w całym kraju. Przy wyborze najlepszego studenta brane były pod uwagę nie tylko osiągnięcia naukowe, ale też aktywność społeczna, również poza murami uczelni.

Adrian Kossowski, choć najchętniej schowałby się w cieniu i zajął pracą naukową, będzie pewnie musiał się przyzwyczaić do tego, że skupia na sobie uwagę innych. Poza nagrodą "Primus Inter Pares" został też wyróżniony tytułem "Primus Ekspert" dla najlepszego studenta na kierunku informatycznym.





Przegląd nr 43