Kobiety jego życia (Józef Piłsudski) - część 9: Pikieliszki

 

   Wspomnienia Lepeckiego są interesującym materiałem do analizy stosunków rodzinnych Piłsudskiego w ostatnich latach jego życia. Aleksandra i córki marszałka pojawiają się często na kartkach pamiętników, autor sugeruje, że rodzina Komendanta funkcjonowała normalnie. Zaledwie raz wspomniało Eugenii Lewickiej, i to dopiero rok po jej śmierci:

Czytaj dalej

Kobiety jego życia (Józef Piłsudski) - część 8: Samotnik z GIS-u

 

   Pomimo wypoczynku na portugalskiej wyspie marszałek opadał z sił. Niezdrowy tryb życia, postępujące procesy chorobowe, a także być może odejście Eugenii Lewickiej fatalnie wpływały na jego kondycję fizyczną i psychiczną. Biografowie sugerowali, że przyczyną cierpień Piłsudskiego było przepracowanie i kompletne lekceważenie zaleceń lekarzy. Ale czy tylko cierpienia fizyczne gnębiły marszałka?

Czytaj dalej

Kobiety jego życia (Józef Piłsudski) - część 6: Eugenia Lewicka

 

   W 1924 roku Piłsudski wraz z rodziną udał się na wypoczynek do Druskiennik - swojego ulubionego uzdrowiska. Tam poznał Eugenię Lewicką - młodszą od siebie o trzydzieści lat lekarkę, specjalistkę od medycyny sportowej. Początkowo wzajemne kontakty ograniczały się do relacji lekarz - pacjent, ale inteligentna i urodziwa pani doktor zrobiła na marszałku ogromne wrażenie. Nie wiadomo, czy Aleksandra dostrzegła rosnącą fascynację męża, ale rok później Piłsudski przyjechał już do Druskiennik sam. W listach do małżonki podawał fałszywe informacje:

Czytaj dalej

Na granicy życia i śmierci (Jarosław Kukulski)

 

      Rozmowa z JAROSŁAWEM KUKULSKIM, kompozytorem, mężem Anny Jantar, ojcem Natalii Kukulskiej

 

      14 marca 1980 roku rozbił się lecący z Nowego Jorku do Warszawy samolot Ił-62 „Mikołaj Kopernik", na którego pokładzie było 87 pasażerów, a wśród nich Anna Jantar, jedna z najpopularniejszych piosenkarek tamtych lat. Właśnie mija 30. rocznica jej tragicznej śmierci. Pozostawiła córkę, męża i pogrążyła w smutku rzesze fanów. Dzisiaj obserwujemy fenomen powrotu jej popularności. W rocznicę tragicznego zdarzenia rozmawiamy z jej mężem, który zrezygnował z własnej drogi muzycznej (miał znany wówczas zespół Waganci), aby skupić się na karierze żony i stworzyć dla niej wielkie przeboje. „Najtrudniejszy pierwszy krok", „Tyle słońca w całym mieście", „Moje jedyne marzenie", „Wielka dama tańczy sama" są wciąż obecne na antenach radiowych.

      - Na czym polega fenomen Anny Jantar?
      - Może na tym, że ludzie wciąż ją pamiętają i kochają. Ania była skromną, miłą i bezpośrednią dziewczyną. Sukcesy i status gwiazdy nie przeszkadzały jej mieć wiele życzliwości i miłości dla ludzi. Jej piosenki też dotyczyły zwykłych spraw, dzięki czemu jej rówieśnicy mogli się z nią utożsamiać. Wielka sympatia przeniosła się na następne pokolenia, które stały się jej fanami. Młodzi ludzie znają ją tylko z filmów, wideoklipów, opowiadań, l choć minęło wiele lat, kochają i śpiewają jej piosenki, zresztą one są ciągle w mediach.

      - Czy po powrocie z Ameryki do Polski mogła tutaj jeszcze coś osiągnąć?
      - Była wtedy jedną z najpopularniejszych polskich gwiazd piosenki, z pierwszej trójki, jej piosenki natychmiast stawały się przebojami. To, co było do zdobycia w Polsce, zdobyła. Miała kilka złotych płyt, mogła nagrać kolejne, zagrać kilkadziesiąt koncertów i na tym jej możliwości w kraju się kończyły. Gdy zginęła, jej piosenka „Pozwolił nam los", śpiewana w duecie z Bogusławem Mecem, znalazła się na pierwszym miejscu radiowej listy przebojów.

      - Powiedziała mi, że chce zmienić styl śpiewania i z popu przejść do rocka...
      - Śpiewała takie piosenki, jakie kochali ludzie, można je było zanucić, z ich treścią się utożsamiali. Ania po prostu była jedną z nich, dlatego tylko w takim repertuarze chcieli słuchać i ją oglądać. Ale rzeczywiście, chciała śpiewać utwory rockowe. Wprawdzie oboje wyszliśmy z big-beatu, ale istniało niebezpieczeństwo, że w nowym stylu mogła nie zyskać nowych fanów, a stracić dawnych. Zastanawialiśmy się nad tym i konfrontacja z widownią pokazała, że źle się czuje w nowym nurcie. Jej głos był zbyt szlachetny, zbyt miękki i dźwięczny, żeby mógł funkcjonować w muzyce rockowej.

      - Ty byłeś przeciwny, a Ania chciała się rozwijać....
      - Nie byłem przeciwny, tylko miałem świadomość, że jej głos kompletnie nie pasuje do rocka. Ona nie miała tej świadomości. A ludzie, z którymi pracowała pod koniec swojego krótkiego życia, poprzewracali jej w głowie i miała w niej kompletny chaos. Niektórym zależało, żeby mnie Ani obrzydzić, zdyskwalifikować to, co dla niej robiłem. Rozpuszczali brzydkie plotki, żeby odwróciła się ode mnie.

      - Nie ukrywajmy, Ania lubiła rozrywkowe życie. Po koncertach przesiadywała z muzykami w restauracjach przy drinku.
      - Byłeś blisko naszej rodziny, odwiedzałeś nas często i widziałeś, jacy byliśmy. Jako młodzi ludzie lubiliśmy zaszaleć, wypić drinka, zabawić się. Bardzo często siedzieliśmy do późnych godzin nocnych ze znajomymi i były to cudowne chwile. Nie ograniczałem Ani zażywania swobody, bo wiedziałem, że po wyczerpującym wysiłku, jakim był każdy koncert, musi się zrelaksować i odprężyć.

      - Była pracowita?
      - Bardzo. Potrafiła godzinami słuchać muzyki i śpiewać.

      - Pozwalałeś jej śpiewać utwory innych twórców, czy miałeś monopol?
      - Nie narzucałem jej swoich piosenek, ona sama decydowała, co chce śpiewać. Moje piosenki były wypadkową gustów i oczekiwań jej publiczności. Próbowałem przemycać piosenki bliskie moim ambicjom muzycznym („Witaj mi", „Dzień nadziei", „Niech ziemia tonie w kwiatach"), posiadającym większe wartości niż te, które śpiewała cała Polska. Zależało mi jednak, żeby śpiewała też utwory innych twórców. Dla niej pisała cała ówczesna czołówka krajowych kompozytorów: Piotr Figiel, Ryszard Poznakowski, Waldemar Parzyński, Wojciech Trzciński, Antoni Kopf.

      - Słyszałem, że byłeś przesadnie oszczędny, a tego Ania nie lubiła.
      - Jak można być rozrzutnym, jeśli niczego się nie ma? Kiedy się pobraliśmy, byliśmy bardzo biedni. Tułaliśmy się po różnych mieszkaniach, wynajmując je na tydzień, miesiąc. A ja chciałem żyć normalnie, mieć własne mieszkanie, własny dom. Dopiąłem swego i kupiłem jeden pokoik z wnęką, ale był nasz i byliśmy w nim bardzo szczęśliwi. Gdy Ania otrzymała kontrakt na występy w niemieckiej rewii Fridrichstpalace", kupiłem czteropokojowe lokum przy ulicy Reymonta. Trzeba było je urządzić, kupić meble i mieć jeszcze pieniądze, na przykład na ubrania.

      - Menedżer Krzysztofa Krawczyka, Andrzej Kosmala, powiedział w „Super Expressie", że kazałeś Annie odkładać na starość.
      - Coś się Kosmali pomyliło, nie na starość, lecz żeby mieć własny kąt. Chciałem też, byśmy mieli przynajmniej małego fiata, bo jeździliśmy taksówkami i tramwajami.

      - Kupiłeś w końcu tego malucha?
      - Tak.

      - Andrzej Kosmala utrzymuje, że między wami źle się układało i myśleliście o rozstaniu.
      - Przez prawie dziesięć lat kochaliśmy się z Anią tak bardzo, jakbyśmy się dopiero poznali. Nie musiałem jej niczego tłumaczyć, składać żadnych deklaracji. Miałem świadomość, że ona wie, jak bardzo ją kocham. Ufała mi i pokładała we mnie olbrzymie nadzieje. Nieporozumienia w naszym małżeństwie zaczęły się w ostatnich sześciu miesiącach wspólnego życia. Doszło do mnie, że będziemy wciąż podróżować, koncertować, a nasza mała córeczka będzie tylko z babcią. Ania zaczęła więc jeździć w trasy sama i zobaczyłem, że nie jest już taka jak dawniej, ma jakieś dziwne nowe koleżanki i nowych kolegów. Wiedziałem, że ci ludzie nie są do mnie dobrze nastawieni.

      - Szukałeś przyczyny takiego stanu rzeczy?
      - Nie zamieniłem się w detektywa i zapytałem Anię wprost: coś złego się dzieje, chyba czujesz?

      - Co usłyszałeś w odpowiedzi?
      - Powiedziała, że jest już inaczej, że ma nowych, wspaniałych przyjaciół, z którymi łączy ją sposób myślenia i upodobania. I że jeden z nich jest jej szczególnie oddany, i w ogień by za nią wskoczył.

      - Jak zareagowałeś?
      - Stwierdziłem: każdy jest kowalem swojego losu, co mogłem, to zrobiłem dla ciebie. Kończmy nagrania i wyjeżdżam do Warszawy. Ale w duszy zabolało mnie bardzo, to było pchnięcie nożem w samo serce. Nie chciałem, by odczuła, że jej słowa zrobiły na mnie tak wielkie wrażenie.

      - To właśnie wtedy odradzałeś jej wyjazd do Stanów Zjednoczonych?
      - Tak, przede wszystkim z uwagi na Natalię, która była za mała, by pozostawić ją na tak długo bez matki. Zapytałem: Ile zarobisz przez sześć miesięcy na tym kontrakcie? Jestem w stanie dać ci te pieniądze, tylko nie jedź i zostań z dzieckiem.

      - Co na to Anna?
      - Oznajmiła, że kontrakt jest już podpisany i nie może zostawić zespołu, który za zarobione w Ameryce pieniądze kupi sobie dobry sprzęt muzyczny. Słysząc taką odpowiedź, oniemiałem. Zrozumiałem, że mam już tylko córkę. Gdyby nie Natalia, dalsze życie przestałoby mieć dla mnie sens.

      - I poleciała...
      - Poleciała. Chciałem, żeby uświadomiła tam sobie, czy jestem jej jeszcze potrzebny w jej życiu, czy kocha mnie naprawdę. Postanowiłem, że zostanę z córką w Polsce. Po trzech tygodniach zadzwoniła, żebym przyleciał z Natalią do Stanów Zjednoczonych.

      - Co zrobiłeś?
      - Nie poleciałem, bo czułem się bardzo zraniony. Nie przypuszczałem, że nigdy już się nie zobaczymy. Ale wiedziałem, że Ania za mną tęskniła. W Chicago zaśpiewała jeszcze dwa dodatkowe koncerty, potem zadzwoniła do mnie, prosząc, żebym wyjechał po nią z Natalią i z babcią na lotnisko. Ponieważ nadal czułem się urażony, powiedziałem oschle: dobrze, będę. Gdybym wiedział, że jest to nasza ostatnia rozmowa, to wszystko inne przestałoby się liczyć. Gdy zginęła, uświadomiłem sobie, jak bardzo ją kochałem i że życie bez niej nie ma dla mnie sensu. Przez kilka tygodni nie byłem w stanie pozbierać się i cokolwiek robić. Równowagę ducha odzyskałem dzięki Natalii.

      - Mówiono i pisano, że leciała do Polski, żeby się z tobą rozwieść.
      - Skoro do mnie dzwoniła z Chicago i prosiła, żebym do niej przyleciał, a potem, żebym po nią wyjechał na lotnisko, to widocznie miała w tym jakiś cel. Z przerażeniem czytam niektóre tabloidy i myślę, ile w ludziach musi być cynizmu, podłości, zawiści, żeby po 30 latach od śmierci dziewczyny dokopywać się różnych pseu-dosensacji i jeszcze ją opluć.

      - Byłeś na cmentarzu w rocznicę śmierci Anny?
      - Nie byłem, lekarz mi nie pozwolił. Jestem po zapaleniu płuc i istniało niebezpieczeństwo nawrotu choroby.

      - W tym grobie rzeczywiście są szczątki Anny Jantar?
      - Tak.

      - Ta tragedia na zawsze pozostanie rysą w twoim życiu?
      - Nie da się o tym zapomnieć. Straciłem młodą żonę, a nasze czteroletnie dziecko zostało pozbawione matki. Długo próbowałem chronić Natalię przed świadomością, że jej mama nie żyje, ale kiedyś musiałem jej o tym powiedzieć. Pokazałem jej mamę w telewizji, we wspomnieniowym programie. Wybiegła do swojego pokoju i rozpłakała się.

      - Istniała groźba, że Natalii nie będzie na świecie, mieliście z Anią konflikt serologiczny i ciąża była zagrożona. Na dodatek lekarze powiedzieli, że Natalia nie powinna się urodzić, bo Ania może umrzeć.
      - Ta wiadomość wstrząsnęła naszym życiem. Całą noc klęczałem przy Ani, modląc się, żeby nasze dziecko mogło się urodzić, żebym nie musiał dokonywać tak trudnego wyboru między żoną a córką. Ania miała zatrucie ciążowe i groziła jej śmierć. Gdy rano się obudziła, po raz pierwszy od trzech miesięcy poczuła, że jest głodna. Od tej pory ciąża przebiegała normalnie.

      - Stał się cud!
- Chyba tak. Natalia urodziła się zdrowa. Czasami uświadamiam jej, że przyszła na świat w sposób niewytłumaczalny przez medycynę.

      - Zły los nadal cię nie opuszcza. Niedawno powiedziałeś w „Vivie", że nosisz w sobie bombę zegarową, że czeka cię ciężka i niebezpieczna operacja. Podobno jest tylko trzech lekarzy na świecie, którzy potrafią usunąć tętniaka aorty, a taki jest pod twoim sercem?
      - Nie trzech, tylko dwóch. Jadę do kliniki w Norymberdze, do lekarza, który pierwszy na świecie podjął się takiej operacji metodą nieinwazyjną. Ale mojego tętniaka, a właściwie dwóch, nie da się usunąć. Operacja będzie miała na celu ich zabezpieczenie, żeby nie pękły, bo gdyby pękły, to w ciągu kilku minut mnie nie będzie.

      - Boisz się?
      - Nie będę udawał supermana, gdy ktoś będzie mi grzebał pod sercem.

      - Miałeś już inne operacje?
      - Tak, i to właśnie tętniaka. Klasycznej operacji nowych tętniaków już bym nie przeżył. Wszystko, co się ze mną dzieje, jest na skraju życia i śmierci. Kiedy przeszedłem zawał serca, okazało się, że mam też uszkodzone tętnice nerkowe i muszę co drugi dzień robić dializy. Z jednej strony ratują one życie, ale też bardzo osłabiają. Gdybym je przerwał, to byłby koniec.

      - Czyli znów jesteś na granicy życia i śmierci?
      - Znów, ale wierzę w opatrzność, w przeznaczenie. Do tej pory opatrzność czuwała nade mną, nad moimi dziećmi, wnukami i czuję, że i teraz Pan Bóg mnie nie opuści.

      - Zauważyłem, że mimo wszystko starasz się żyć normalnie.
      - Tak i nawet staram się żartować, ale nie zawsze mi się to udaje. Przy gwałtownym osłabieniu nie umiem udawać, że nic mi nie jest.

      - Kobiety to już chyba przeszłość dla ciebie?
      - Dlaczego? Jeżeli całe życie przebywało się w towarzystwie kobiet, to czy muszę tego zaniechać?

      - Pamiętam, jak byłeś zauroczony pewną młodą pielęgniarką i wszystko wskazywało na to, że będzie twoją kolejną żoną...
      - Byliśmy razem przez siedem lat, ale musiałem się z nią rozstać. Bardzo mnie rozczarowała.

      - W tym roku obchodzisz jubileusz 40-lecia pracy kompozytorskiej. Podobno ma być wielka uroczystość, spektakl z twoimi piosenkami w Teatrze Kapitol?
      - Podobno. Jeżeli ktoś będzie chciał uczcić ten jubileusz, to proszę bardzo. Ja sam nie będę o to zabiegał.

      - Czego najbardziej żałujesz w życiu?
      - Tego, że Ania nie żyje, że nie może zobaczyć, jaką ma piękną i utalentowaną córkę i fantastyczne wnuki, które są moją wielką radością.

      - Życie mimo wszystko jest piękne, nie sądzisz?
      - Jest piękne.

      - Kiedy ta operacja w Niemczech?
      - W ciągu miesiąca.

      - Trzymam kciuki!


      Rozmawiał: BOHDAN GADOMSKI


      ŹRÓDŁO: ANGORA nr 13, 28 marca 2010

Kiedy śmierć nie zwycięża (Anna Dymna)

 

Z Anną Dymną, zwykłą aktorką, która pomaga ludziom nie tylko przez fundację „Mimo Wszystko", o sensie cierpienia i radości życia, rozmawia Marek Bartosik

      Lubi Pani Wielkanoc?
      W ogóle lubię wszystkie święta... pomagają „łapać pion", ale te wielkanocne są najbardziej kolorowe, radosne, pełne nowej energii i siły. Wszystko budzi się do życia. Odkąd mam ogród, to te święta przeżywam razem z naturą... tak nagle wszystko budzi się i z impetem wychodzi z ziemi do słońca. Już kwitną irysy, krokusy, tulipany... codziennie pojawiają się nowe kolory. We mnie też budzą się nowe siły...

      I Wielki Piątek z jego ostatecznymi refleksjami łatwo Pani zostawić za sobą?
      Niczego za sobą nie zostawiam, bo musiałam dotknąć wielu rzeczy ostatecznych. Nigdy nie żyłam beztrosko, więc i święta nie były tylko malowaniem jaj czy robieniem mazurka. Tradycje pomagają święta przeżyć, ale one są dotykaniem czegoś bardzo ważnego. Są rodzinne, ale zawsze przy stole kogoś brakuje, myśli się o śmierci, o czymś, co odeszło. Grałam kiedyś piękną rolę Kory w „Nocy listopadowej". Mówiłam: „Umierać musi, co ma żyć". Lecz gdy przychodzi wiosna, to człowiek zdaje sobie sprawę, że wszystko będzie od nowa i nic nigdy się nie kończy. Nabiera się takiej pewności, że nawet jak się stąd odchodzi, to musi być coś dalej... bo przecież wszystko wokół ma sens. Ten sens właśnie najwyraźniej odczuwam wiosną, choć przecież jestem coraz starsza i gdzieś tam już bliżej do kresu.

      Miała Pani bardzo trudne chwile w życiu. Włącznie z takimi, że myślała Pani: jestem prawie martwa?
      Jak odzyskiwałam przytomność po wypadku w 1978 r., długo byłam gdzieś daleko, nieprzytomna. Bardzo mi tam zresztą dobrze było. Jasno, ciepło. Powrót do rzeczywistości oznaczał ból, bo byłam bardzo poszkodowana. Z radością i ulgą, że nie boli, zapadałam się więc w tę jasną otchłań. Z momentu, kiedy odzyskałam świadomość, pamiętam niewiele, bo miałam też uszkodzoną pamięć. Ale radość z tego, że jestem pamiętam do tej pory. Myślenie miałam
odjęte, wyłączone, ale emocje i uczucia mi zostały. To mi dało pewność, że człowiek za dużo kombinuje. Ma żyć, to jego obowiązek, największy zaszczyt, szansa i radość.

      A pamięta Pani łudzi, do których z tą prawdą trudno było dotrzeć?
      Znam mnóstwo takich ludzi. Ale gdy pierwszy raz rozmawiałam z chorym na nieuleczalną pląsawicę Huntingtona, spytałam, czy wie, na co jest chory. „Wiem" usłyszałam. Wiesz, czym kończy się ta choroba? Znowu: „Wiem". Więc pytam: To o czym będziemy rozmawiać? A on: „Jak to o czym? O życiu! Jakie jest piękne!". Tacy ludzie bardzo szybko zdają sobie sprawę, że trzeba się cieszyć każdą chwilą. My, zdrowi, tego często nie umiemy robić. Ale samemu naprawdę trudno znaleźć tę wiarę. Potrzebny jest ktoś obok.

      Tym kimś bywa Pani?
      Czasem i ja, ale najczęściej ktoś z rodziny i on znajduje organizacje, które pomagają. Najtrudniej dotrzeć z tym sensem do ludzi, którzy żyją gdzieś opuszczeni i przez to czasem oskorupiali, pełni goryczy, nieufności, nienawiści. Robiłam kiedyś program telewizyjny o ludziach chorych na EB. To piętnująca choroba. Chorzy na nią mają wszędzie rany, strupy. Wyglądają czasem jak trędowaci. Dzięki programowi zaczęli się kontaktować, odnajdywać. Założyli fundację i są razem. Jest im lżej. Matka Teresa mówiła, że nie ma gorszego cierpienia niż samotność. Znałam Bartka Głowackiego, uroczego chłopaka chorego na mukowiscydozę. Miał 24 lata i szczęście, bo poznał młodą, piękną dziewczynę. Wiedziała, na co Bartek choruje. Pobrali się. Była z nim do końca. Kiedy pytałam ją, po co to robi, odpowiadała, że jest jej skarbem największym i jest mu po prostu potrzebna. Bez kombinowania. I razem nawet śmierć przechytrzyli. Bo umarł w jej ramionach i był uśmiechnięty. W takich chwilach śmierć nie jest zwycięska.

      Które z Pani doświadczeń, aktorskie czy osobiste, bardziej pomagają w rozmowach z ludźmi w takiej sytuacji?
      Zawód pomaga mi w nawiązywaniu kontaktu z ludźmi, bo nauczył mnie formułowania myśli, nazywania uczuć, a przede wszystkim słuchania. Bardzo często to oni mówią, a ja tylko słucham. Do tych rozmów*w telewizyjnym programi e„Spotkajmy się" bardzo długo się przygotowuję. Muszę się z moimi bohaterami zaprzyjaźniać, zdobyć ich zaufanie. Zwykle się udaje. Rozmowy te wymagają ogromnej koncentracji, by nie popełnić żadnego błędu, żeby nie zrazić nikogo niefortunnym słowem. A przecież pytać muszę odważnie, dotykać bardzo trudnych i wstydliwych spraw, bo rozmowa o niczym nie ma sensu. Zwykle słyszę, że pytać mogę o wszystko, najwyżej mi nie odpowiedzą. Ale te najważniejsze pytania oni sami prowokują. Kiedyś pewien dziennikarz zarzucił mi, że idę za daleko, bo człowieka kompletnie sparaliżowanego po skoku do wody spytałam, w jaki sposób zrobił dzieci. Żonę poznał, jak był już w szpitalu. Wstydziłam się, a on był taki szczęśliwy, że o to spytałam. Bo jego największą dumą są te piękne dzieci, podobne do niego jak dwie krople wody.

      Ale przecież nie jest tak zawsze, że ludzie czekają na kogoś, kto pomoże im wyrwać się z martwoty?
      Są tacy, którzy położyli na siebie kreskę. W Polsce ciągle niestety są dwa światy: zdrowych i chorych. Te światy zaczynają się łączyć, a ja już wiem, że nie ma między nimi żadnej różnicy. Człowiek jest człowiekiem, i ten bez nóg, i zdrowy. Obaj mają takie same pragnienia. Choroba czy wypadek łączą się z ogromną zmianą całego życia. Ci ludzie często znajdują się na granicy nędzy, w samotności i ciągle jeszcze we wstydzie. Muszą zaakceptować swe kalectwo czy chorobę. Wydaję im się, że świat się skończył, aż znajdzie się ktoś, kto ich kopnie i powie: przestań się nad sobą użalać. Jak się pochylić nad człowie-
Ja nie mam żadnych wątpliwości: życie jest cudem i trzeba walczyć o każda
kiem, dać mu tę szansf, to każdy w siebie uwierzy.

      Czy Pani odnalazła kiedyś źródło tej siły, która każe się w końcu ludziom podnosić?
      Cały czas się nad tym zastanawiam... Oczywiście można tu sypnąć fajnymi cytatami i sloganami, ale weźmy to tak po sobie. Kiedy mamy siłę? Gdy ktoś w nas wierzy i czujemy się potrzebni. Gdybym rano nie miała po co wstawać, to pewnie bym została w łóżku. Nauczyłam się, że każdemu można cel pokazać. Są tacy, którzy są w takiej traumie, że sami go nie zobaczą. Trzeba więc im powiedzieć: potrzebuję, żebyś mi pomógł. Miałam kiedyś koleżankę chorą na raka. Jak błagałam, żeby mi pomogła, bo nie mam z kim dziecka zostawić, że bez niej sobie nie poradzę, to w nią wstępował nowy duch. Ludzie są rozgoryczeni samotnością, a my od kalectwa się odwracamy, bo nas przeraża, bo nie jest piękne, a my przecież odruchowo chcemy być piękni, zdrowi i bogaci, prawda?

      A jak Pani sobie z tymi odruchami poradziła?
      Spadały ze mnie jak łuski. Najpierw nie wytrzymywałam tych rozmów. Trudno, jestem tylko człowiekiem, myślałam i ryczałam. Ludzie pokrzywdzeni podobno najbardziej nienawidzą rozczulania się nad nimi, ale ci moi widzieli, że ja nad sobą płaczę. Dochodziło do tego, że sparaliżowana kobieta mówiła do mnie z wózka: Aniu, nie płacz, wszystko będzie dobrze. Największą siłą, która obala wszystko, jest miłość. To slogan, ale prawdziwy. Jeżeli ktoś kocha życie, świat, umie zachwycać się drzewem, słońcem, to ich widok już go uruchamia do życia. Znam ludzi, którzy potrafią mówić tak pięknie o rzeczach, których my nawet nie zauważamy, bo ciągle biegniemy. Człowiek na inwalidzkim wózku, sparaliżowany nie może biegać, więc siedzi na wózku i potrafi zachwycać się motylem, obłokiem, uśmiechem, spotkaniem... Ja na szczęście umiem cieszyć się takimi drobiazgami od zawsze. Byłam świetnie wychowywana. Nie mieliśmy nigdy pieniędzy, ale umieliśmy docenić każdą chwilę. Potem tak mi się ułożyło życie, że nigdy nie zdążyło mi się przewrócić w głowie.

      Ks. Tischner przed śmiercią w mękach mówił, że cierpienie nie ma sensu.
      Skoro jest tak wszechobecne, to po coś musi być. Byłam teraz w Mrągowie na spotkaniu z dziećmi. I pierwsze zaraz zadało mi pytanie: „Prose pani, a po co człowiek tak cierpi". Więc wytłumaczyłam, że po to, byśmy wiedzieli, jak jest fajnie, kiedy się nie cierpi. Jest pod Krakowem taki chłopiec, który cierpi na zespół Biemonda. Ale cierpi inaczej, bo ta choroba powoduje, że nie czuje bólu. My wiemy, że nie możemy sobie wyjąć oka, odgryźć sobie kawałka języka. On nie wiedział. Cierpienie to nasz stróż, który może uruchomić w nas niewiarygodne siły. Papież mówił, że cierpienie to ogień, który wypala pole dla miłości.

      Kiedy Jan Paweł II przyjeżdżał do Starego Sącza, na spotkanie z nim szły miliony ludzi. 'Wśród nich pewna dziewczyna. Nie doszła. Zabił ją samochód. Jej ojciec powtarzał mi potem: ona została wybrana. Czy Pani takie poczucie dostrzega u swoich podopiecznych?
      Wielu z nich używa tego słowa. Gdy zaprzyjaźniam się z tymi ludźmi, zawsze w końcu zadaje im pytanie o sens. W 70 proc. mówią, że nieszczęście nie spotkało ich bez powodu. Wiele razy słyszę: - Aniu, gdyby nie ten wypadek, byłbym złym człowiekiem! albo los tak chciał, zostałem wybrany do tego doświadczenia, musiał mnie ktoś bardzo kochać, bo wierzył, że ja to przeżyję i wytrzymam. Ludzie w takiej sytuacji próbują w ten sposób nadać swojemu cierpieniu sens. Myślę, że taka świadomość to też kwestia ciężkiej pracy ludzi, którzy są obok nich. Znałam kobietę, która czekała na przeszczep płuc. Miała nadciśnienie tętnicze, zniszczone serce, płuca, okropnie cierpiała. Kiedyś mi opowiadała: „Jednego razu tak obieram ziemniaki i nagle zrozumiałam, że to wszystko ma sens. Poczułam, że są ludzie, którzy cierpią jak Chrystus, bo to jest okropnie potrzebne. Po prostu jestem wybrana". Powiedziała to tak bez patosu, zwyczajnie. Zaraz potem poprawiły się jej wszystkie parametry, pojechała na operację. Dostałam od niej esemesa: Jestem przeszczepiana. Zadzwonię, jak się wybudzę. Nigdy się nie wybudziła. Ale to jest bardzo trudne. Kiedyś kilku artystów podsunęło mi pomysł, że chętnie opodatkowaliby swoje tantiemy na rzecz moich podopiecznych. Nazwalam ten projekt „Wybrani wybranym!", bo pomyślałam sobie, że jedni ludzie wybrani są do śpiewania, tańczenia, robienia kariery, inni do cierpienia. I nie wiadomo czyja rola jest ważniejsza. Nazwa ta wywołała wielką dyskusję. Ale myślę, że tak po prostu jest. Nikt nie odpowie, jaki sens ma cierpienie, tak samo jak nikt nie powie jaki sens ma życie. Ja nie mam żadnych wątpliwości: życie jest cudem i trzeba walczyć o każdą chwilę, każdy oddech! I to musi mieć jakiś sens. A jaki? Nie muszę rozumieć ani wiedzieć, bo co mi z tej mądrości. Ja to czuję! Jak wtedy po wypadku

      Jak Pani te doświadczenia przetrawia? Jaki mają sens?
      Czasami ktoś mówi: po cholerę ci to wszystko. Może ma rację. No bo nie mam czasu na lenistwo, na rozrywki, na wycieczki... Ale myślę, że naprawdę robię to dla siebie, by mieć siłę. Mam 59 lat. Za chwilę przestanę grać w teatrze, bo stare baby są tam mało potrzebne. Dziecko mam coraz starsze, ma już swoje życie. Przez to, co robię, nie czuję żadnej pustki, wciąż jestem potrzebna i chce mi się rano wstawać... więc na pewno robię to dla siebie. Gdybym za to brała pieniądze, to może i sił by mi brakowało. A tak robię to tylko z radością. Choć jest to wielka odpowiedzialność i moralny obowiązek, bo przecież moich podopiecznych z Radwanowic nigdy nie opuszczę. Choćbym miała tam sparaliżowana na wózku jeździć. Jestem przecież dla nich jak rodzina. Ileż ja mam teraz dzieci i rodzeństwa! Mam o kogo walczyć i dbać. A czasem nie jest łatwo.

      Opowiedziała Pani o momencie, gdy była Pani niemal martwa. Jak Pani wtedy wstała?
      Miałam 27 lat. Ten wypadek, krótko po śmierci mego męża, Wieśka Dymnego, pewnie mnie uratował, bo po pogrzebie zupełnie nie chciało mi się zbierać do życia. Katastrofa na chwilę odebrała mi pamięć wszystkiego złego, co mnie spotkało i uruchomiła wielką radość z tego, że jednak żyję. No i miałam teatr, byłam potrzebna. Tak się pozbierałam, że jeszcze ze złamaną miednicą biegałam. A niedawno jak się rehabilitowałam po operacji stawu skokowego, to grupę, z którą ćwiczyłam, doprowadziłam do takiego zapału, że jak ktoś tylko głośniej jęknął z bólu, skandowałam: „Ból to ciul, najważniejsza jest świadomość". Przepraszam, to magiczny cytat z Wieśka Dymnego... i pomaga!

 

      ANNA DYMNA - Założycielka i prezes Fundacji „Mimo Wszystko". Pochodzi z rodziny o korzeniach Łemkowskich. Absolwentka Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Od 1990 jest wykładowczynią na tej uczelni. Od 1973 związana z krakowskim Starym Teatrem. Obecnie jej Fundacja pomaga wielu osobom chorym i niepełnosprawnym w całej Polsce, a także koordynuje pracę wolontariuszy.


      Rozmawiał MAREK BARTOSIK


      ŹRÓDŁO
: Polska Głos Wielkopolski, Magazyn, 20-21 kwietnia 2010

Kobiety jego życia (Józef Piłsudski) - część 5: W niepodległej Polsce

 

      Józef i Aleksandra spotkali się dopiero 10 listopada 1918 roku, po zwolnieniu Komendanta z internowania. Nie widzieli się przez półtora roku - Piłsudski ze zbuntowanego dowódcy polskich oddziałów u boku Austrii i Niemiec przeistoczył się w pierwszego obywatela odrodzonej Polski. Jako Tymczasowy Naczelnik Państwa zamieszkał w Belwederze, ale jego partnerka nie mogła do niego dołączyć. Maria nadal była jego legalną żoną i Piłsudski chciał uniknąć skandalu. Aleksandra przeniosła się do mieszkania przy ulicy Koszykowej, dzięki czemu mogli się częściej widywać. Rzadko jednak odwiedzała Belweder, nie chcąc przyczyniać się do powstawania plotek.

Czytaj dalej

Kobiety jego życia (Józef Piłsudski) - część 4: "Tragiczny trójkąt"

 

      Jesienią 1908 roku zmarła pasierbica Piłsudskiego - Wanda Juszkiewiczówna. Komendant był bardzo przywiązany do dziewczyny i bardzo przeżył jej śmierć. Rozpaczała również Maria, co spowodowało załamanie nerwowe, do tego doszły jeszcze inne schorzenia zakończone ciężką operacją. Sytuacja nie ułatwiała rozmów o rozwodzie, chociaż przyszły marszałek bez wątpienia kochał Aleksandrę i planował wspólne z nią życie. Ale rozwiązanie problemu odkładał na później (jak to mężczyzna), nie chciał zamykać przed sobą żadnej drogi.

Czytaj dalej

Mam z czego oddawać (Alicja Majewska)

      Rozmowa
      z Alicją Majewską
      o domu dzielonym z ciężko chorą mamą


      JOANNA CIEŚLA: - W jednym z przebojów śpiewa pani: „To nie sztuka wybudować nowy dom, sztuka sprawić, by miał w sobie duszę". Przyjaciele mówią, że pani to się udało.
      ALICJA MAJEWSKA
: - Pochlebia mi, kiedy Zbyszek Wodecki mówi, że jak próby - to u mnie, a po nich dobra kolacja i miły wieczór. Mój dom zawsze był otwarty, może nawet jeszcze bardziej, kiedy mieszkałam w nim z moim mężem Januszem Budzyńskim, który był osobą bardzo lubianą i towarzyską.

Czytaj dalej