Oby nie obudziły nas upiory - Wywiad z Zofią Makosą

 Zofia MĄKOSA w rozmowie z Krzysztofem KURZAWĄ
 
 
  Wiem, że nie lubi pani takich pytań, ale dziś nasuwają się mimowolnie. Czy pisząc swoją debiutancką książkę o tym, jak totalitaryzm zmienia konkretnych ludzi, w konkretnej, wymienionej z nazwy miejscowości, przeczuwała pani, że ten problem może się odnosić również do Polski XXI w.?
– Od razu muszę wyjaśnić, że napisałam rzecz literacką, a nie dokument, po drugie, książka opowiada o latach 1938-1945 w rzeczywistości niemieckiej III Rzeszy. Za Hitlera. Trudno ją więc odnosić do Polski, na dodatek w XXI w. Choć gdy siadałam do pisania cztery-pięć lat temu, nie przyszło mi do głowy, że w Polsce w 2017 r. ktoś uczci urodziny Hitlera. To jest szokujące! Ale czy to jest już faszyzm jako zjawisko – nie podejmuję się odpowiedzieć. Jestem pewna, że nie można traktować tego, co się stało, jako wyskoku niedouczonych idiotów, bo choć prawdopodobnie takimi są, to wystarczy popatrzeć na Hitlera. Na filmach dokumentalnych robi wrażenie nieszkodliwego bufona i człowieka niespełna rozumu, a zdołał podpalić świat. Dlatego nie wolno tolerować takich organizacji. Zło trzeba zdusić w zarodku, zanim będzie za późno.
Grozę budzi to, że w Polsce, która tyle ucierpiała od faszystów, ktoś odwołuje się do tej niewydarzonej ideologii. To boli i niepokoi. Świat bohaterów pani powieści „Cierpkie grona”, nie uprzedzając zakończenia, kończy się upadkiem niemieckiego państwa i tragedią narodu. Czyżby i nam coś podobnego mogło się zdarzyć?
– Mam nadzieję, że dziś są jednak inne czasy, że jesteśmy w Unii Europejskiej, gdzie obowiązują pewne standardy cywilizacyjne, i do żadnej tragedii nie dojdzie. Choć muszę stwierdzić, że i moi bohaterowie „schowani” w wiosce na rubieżach III Rzeszy nie przewidzieli konsekwencji swoich wyborów. A wcześniej nie zauważyli, jak ich powoli wciąga i ogarnia totalitaryzm, nie zostawiając miejsca na nic innego. Zwłaszcza podatna była młodzież, dla której różne działania Hitlerjugend i podobnych organizacji o podłożu nazistowskim były swoistą atrakcją, szansą aktywności, wyrwania się z „zaścianka”, czyli ówczesnej wioski Altreben, dziś Chwalim.
Dlaczego podjęła pani w debiutanckiej powieści tak odległy czasowo temat? Na dodatek rozgrywa się to w hitlerowskich Niemczech, przez które musiała się pani dobrze „przegryźć”.
– Mam wiedzę, którą dało mi wykształcenie historyczne. „Przegryzanie się” dotyczyło jedynie szczegółów, a hitlerowskie Niemcy to okres niezbyt odległy czasowo i choć dobrze opisany we wszelkich rodzajach literackich, wciąż są tematy, po które warto sięgać. Mnie najbardziej intrygowały dwa zagadnienia. Pierwsze, na które chyba nigdy nie poznamy wyczerpującej odpowiedzi, czyli jak to się stało, że naród, który miał znaczący wkład w rozwój europejskiej kultury, dał się zmanipulować do tego stopnia, że gotów był popełnić niewyobrażalne zbrodnie. Drugie, może bardziej uniwersalne zagadnienie dotyczy wojny, ale nie rozumianej jako ciąg bitew i bohaterskich czynów żołnierzy. Interesowała mnie wojna tam, gdzie jej z pozoru nie ma – we wsi odległej od frontu i nieodczuwającej konsekwencji konfliktu zbrojnego.

Wydaje się, że to ostatnie, co pani wymieniła, tym bardziej pokazuje związki tamtej sytuacji z aktualną polską rzeczywistością. Pani powieść ostrzega! Jej karty mówią, że historia rozgrywa się w każdym zakątku kraju, na wsiach, ulicach i osiedlach.
– Zdarzały się spotkania autorskie, na których dyskusja szła właśnie w tym kierunku. Z początku byłam zaskoczona. Nie miałam przecież zamiaru ostrzegać. Chciałam tylko przeanalizować problem, o którym wspomniałam, odpowiedzieć na pytania, które od dawna mnie nurtowały jako historyka. Powieść zaczęłam pisać w 2013 r. Mimo toczących się na świecie wojen mój świat wydawał się stosunkowo bezpieczny. Mogłam oddawać się rozważaniom, które wówczas uważałam za czysto teoretyczne. Pisałam długo, bo nie musiałam się śpieszyć. Nagle, w jakiś nieuchwytny z początku sposób coś zaczęło się zmieniać. Mieszkam daleko od politycznego centrum kraju, ale czytam prasę i oglądam telewizję. Marsze z pochodniami, transparenty, na których wypisano rasistowskie hasła, równe szeregi młodych ludzi z flagami w dłoniach, nieustępliwe i fanatyczne oblicza, to wszystko sprawiło, że nieraz wpatrywałam się w ekran telewizora z przerażeniem, a do głowy przychodziła myśl: A więc tak się to wtedy zaczęło?
A zaczęło się to wszystko – mam na myśli pisanie książki – od pani przejścia na emeryturę. Rzec można: zaskakujący fakt wobec panującego szczególnie w mediach kultu młodości.
– W literaturze jest co najmniej kilku pisarzy, którzy zaczynali późno, a poradzili sobie doskonale. Być może niektórzy, tak jak ja, potrzebują poczucia dojrzałości, by rozpocząć dyskusję za pośrednictwem tekstów pisanych. Owszem, istnieje kult młodości, ale to nie powinno ograniczać ludzi starszych. Może wiek utrudnia poszukiwanie pracy, ale nie przeszkadza w powalczeniu o spełnianie marzeń. Już będąc dzieckiem, wyobrażałam sobie różne historie i zapisywałam je w głowie, ale jakoś nie zmobilizowałam się wtedy, żeby je przenieść na papier. Gdy przeszłam na emeryturę, zostałam zdopingowana do pisania pracą męża, Tadeusza, który przygotowywał monografię swojej rodzinnej wsi. A ja także miałam swoją wieś. Może niezupełnie rodzinną, ale taką, która odegrała ważną rolę w moim życiu. Chwalim, leżący blisko miasteczka Kargowa, bardzo mnie interesował nie tylko ze względu na to, że spędziłam tam dzieciństwo. To wieś ciekawa, bo leżała na polsko-niemieckim pograniczu, była miejscem mieszania się dwóch narodów, dwóch wyznań i wreszcie, jak każde miejsce w III Rzeszy, została poddana indoktrynacji totalitarnego państwa.
Znalazła też pani ciekawy, a zapomniany już wątek przewijający się przez karty książki. Zainteresował wielu czytelników biorących udział w spotkaniach autorskich. Myślę o Wendach.
– Była okazja, żeby wpleść w fabułę tę bardzo interesującą, lecz nieistniejącą już społeczność, skorzystałam z tego. Wendowie byli protestanckimi Słowianami ze Śląska lub Łużyc, którzy w XVII w., po wojnie 30-letniej, chętnie osiedlali się w Polsce. Duża grupa znalazła się w Chwalimiu. W powieści, toczącej się tuż przed wojną i w jej trakcie, byli już zasymilowani z Niemcami, ale postanowiłam ich trochę ożywić, wprowadzić choćby kilka zdań, wyrazów w dialekcie wendyjskim, co rzeczywiście wzbudziło zainteresowanie wielu czytelników. W Chwalimiu istnieją jeszcze resztki cmentarza ewangelickiego, gdzie na szczątkach tablic nagrobnych można odczytać słowiańskie nazwiska. A na promocji „Cierpkich gron” pojawił się jeden z ostatnich potomków Wendów – bo wszyscy opuścili wieś w 1945 r. i uciekli do Niemiec – 91-letni pan Hans Gutsche. Bardzo mi zresztą pomógł w trakcie pisania powieści. Odpisywał na listy, wyjaśniał szczegóły przedwojennej topografii Chwalimia, opowiadał o ludziach. Niektóre z tych postaci, często pod prawdziwymi nazwiskami, istnieją na kartach książki.
Krytycy i czytelnicy zgodnie podkreślają wierność realiom w pani książce. Widać znakomity warsztat – przepraszam, że znów to wyciągam – debiutującej przecież autorki. Niektóre czytelniczki deklarowały nawet, że upieką ciasto według przepisów z powieści. W każdym razie podnosi się to jako walor książki.
– Jak mówiłam, jestem historykiem, starałam się zatem trzymać faktów historycznych, i to bardzo ściśle, bo one tworzą fundament powieści umieszczonej przecież w bardzo wyraźnej cezurze czasowej: 1938-1945. Natomiast szczegóły biorą się stąd, że pisałam o konkretnej wsi znanej mi osobiście i o jej mieszkańcach. To nie są figury li tylko literackie. Oczywiście Marta Neumann – główna bohaterka, jej córka Tila, Janka Kaczmarek to postacie przeze mnie stworzone. Ale chwalimski fryzjer, krawiec, sklepikarz czy karczmarz noszą prawdziwe nazwiska. Choć z pieczeniem ciasta to lekka przesada. Nie ma tam aż tak drobiazgowych przepisów. Jednak, szukając różnych informacji, często zaczynałam podejrzewać siebie o obsesję sprawdzania najdrobniejszych szczegółów: od fryzur i ubiorów poczynając, na fazach księżyca kończąc. Jeśli tylko byłam w stanie zweryfikować jakieś, dzisiaj wiem, mało istotne detale, na pewno to zrobiłam.
Niedawno za swoje dzieło otrzymała pani Lubuski Wawrzyn Literacki. Przewodnicząca jury Anna Król w uzasadnieniu werdyktu stwierdziła, że budując cierpliwie, strona po stronie (a jest ich prawie 500), to chwalimskie lokalne uniwersum, jednocześnie zawiesza pani nad odbiorcami dramatyczne pytanie (bez odpowiedzi): „Jakim cudem świat, który jest mitycznie idealny, uporządkowany i bezpieczny, z dnia na dzień zmienia się w piekło?”.
– Akcję powieści umieściłam w realnie istniejącym miejscu, ale jest ono przedstawione jako przestrzeń idealna, niemal mityczna. Eden to raj, ale i symbol czegoś, co ludzkość utraciła, bo popełniła grzech. Powieść wypełniają opisy przyrody i zjawisk atmosferycznych, relacje z codziennego, prostego i szczęśliwego życia, smaki, zapachy i inne doznania zmysłowe. Niektórym czytelnikom to przeszkadza. Pytają: po co tyle szczegółów? Mówię wówczas, że musiałam dokładnie odtworzyć ten raj. Czytelnik nawet pobieżnie znający historię wie, że dosłownie za chwilę jego mieszkańcy zostaną wygnani. Raj musi być idealny, piękny i bezpieczny, po to by dotkliwe było poczucie straty. Wygnanie jest karą za grzech. Raj zmienia się w piekło, ponieważ ludzie zgrzeszyli. Jedni, bo dali się uwieść nazistowskiej ideologii, drudzy, bo byli obojętni i myśleli, że jeśli fizycznie nie przykładają ręki do zła, są bez winy.
Anna Król chwali panią „za wielki temat”. Porównuje go do podjętego przez Iwaszkiewicza w „Sławie i chwale” czy w „Wojnie i pokoju” przez Lwa Tołstoja. Sugeruje ponadto, że jak Margaret Mitchell w „Przeminęło z wiatrem” napisała pani „książkę, którą czyta się tak, jakby się oglądało wciągający film”.
– Czuję się zaszczycona tymi porównaniami. Zestawienie „Cierpkich gron” z „Przeminęło z wiatrem” dla pisarki celującej w czytelnika niekoniecznie rozsmakowanego w literaturze wybitnej, choć uciekającej przed banałem, jest wyjątkowo pochlebne. Przyznam się, że jedna z kluczowych scen w tej sadze wszech czasów zainspirowała mnie do pewnego opisu w mojej powieści. A czy finalnie uda mi się napisać sagę rodzinną jak Margaret Mitchell, to się dopiero okaże. Wydawca po lekturze książki zamówił u mnie trylogię, która nosi już tytuł „Wendyjska winnica”. Obecnie kończę drugi tom, który powinien się ukazać jeszcze w tym roku, a potem zabiorę się do ostatniego. Mogę tylko zdradzić, że akcja kolejnej części będzie się rozgrywać w powojennej Zielonej Górze, a postać wiodąca to jedna z bohaterek pierwszego tomu uwikłana w powojenne już polskie realia.
Trzeba jeszcze koniecznie powiedzieć o tym, że postawiła pani na kobiety. One odgrywają główną rolę na kartach „Cierpkich gron”. Czy dlatego, że w czas wojny mężowie idą na front i nie ma ich we wsi?
– Nie wszyscy mężczyźni idą na front. Zostaje ich dostatecznie wielu, by się zakochiwać, marzyć i cierpieć z zazdrości. Uczyniłam głównymi bohaterkami kobiety z kilku powodów. Lepiej je rozumiem, dzięki czemu łatwiej mi było kreować postacie kobiece. Zwracam uwagę, że poza nastoletnią Matyldą wszystkie bohaterki są w wieku dojrzałym, mają bagaż doświadczeń i nie zawsze bezkrytycznie przyjmują to nowe przynoszone przez państwową ideologię. Kobiety są bohaterkami „Cierpkich gron” także dlatego, że historia traktuje je zwykle po macoszemu. Jeśli pisze się o wojnie, to sławiąc czyny mężczyzn, pochylając się nad cierpieniem żołnierza. A co z matką żegnającą syna idącego na front? Z kobietą, która zostaje zupełnie sama z gromadą dzieci, a te trzeba wyżywić i wychować? Młodą żoną lub narzeczoną tęskniącą za ukochanym? Co z matkami, żonami, siostrami zabitych, zaginionych, okaleczonych? Co z kobietami w każdym wieku, od dziecka poczynając, padającymi łupem zwycięzców, gwałconymi i mordowanymi w najokrutniejszy sposób?
No właśnie – co? Jaką rolę im pani wyznacza?
– Nie każda kobieta ustąpi w rywalizacji o symboliczny tron i nie wszyscy mężczyźni są owładnięci chęcią panowania nad światem. Sądzę jednak, że generalnie kobiety nie mają takiej żądzy władzy jak mężczyźni. Tak już jest, że zwykle odgrywają rolę strażniczek domowego ogniska. Cenią pokój, bezpieczeństwo, pełny garnek i ciepły piec. Mają instynkt, który każe im bronić bliskich przed niebezpieczeństwem. Myślę, że mądre kobiety potrafią wyczuć zbliżające się zagrożenie i sygnalizować je, zanim uświadomią to sobie rozpolitykowani mężczyźni. Mam skłonność do obrazowania. Pokój wyobrażam sobie jako szklankę stojącą na krawędzi stołu. Wystarczy nieostrożny ruch, by spadła i roztrzaskała na posadzce. Dzisiaj tych wykonujących nierozważne, a czasem przemyślane, dyktowane złymi intencjami ruchy jest coraz więcej. Jeśli szklanka spadnie, świat, który znamy, rozpadnie się na tysiące kawałków. My, mieszkańcy sytej i bogatej Europy, staniemy się Syryjczykami, Rohindżami, jazydami czy jakąś inną prześladowaną społecznością. Dlatego kobiety muszą ostrzegać, odsuwać szklankę od krawędzi i uważać na mężczyzn rozpychających się łokciami.
ŹRÓDŁO: Przegląd, nr 13(951)/2018  z 26 marca 2018 r. 
 
 
  • /biblioteka/51-ludzie/3757-co-pozostanie-z-tych-lat-irena-jarocka